„Gdzie tam komu dziś myśleć o sutych świętach”, czyli Boże Narodzenie sprzed wieku
Zima przed 100 laty była wczesna i mroźna. „Gdyby się człowiek nie rozgrzał biegając po zebraniach przedwyborczych to, dalipan, można by się na śmierć zamrozić” – twierdził Acer, felietonista „Gońca Częstochowskiego”.
W grudniu 1925 r. Częstochowa żyła wyborami do Rady Miejskiej. To znaczy żyła o tyle, że co chwila organizowano jakieś spotkania albo wiece. Miały służyć prezentacji kandydatów na radnych, ale też szerzeniu wiedzy o samorządzie lokalnym. Niestety, sale wynajęte dla tych celów świeciły zwykle pustkami. Mieszkańcy nie interesowali się polityką na szczeblu podstawowym. Zwłaszcza ci z inteligencji; robotnicy czy rzemieślnicy już chętniej wiecowali. „Goniec Częstochowski” konstatował z oburzeniem, że część społeczeństwa nawet nie wie, iż mają się odbyć jakieś wybory, i sarkał na zanik poczucia obywatelskiego.
Cóż, ludzie mieli ważniejsze sprawy na głowie, o czym poniżej.
Co do terminu wyborów, to zaplanowano je na… 27 grudnia, czyli dzień po Bożym Narodzeniu. Komitety narobiły krzyku, że przecież w święta wiele osób wyjeżdża. Zwróciły się nawet do wojewody z wnioskiem, o przesunięcie daty głosowania. Bez rezultatu.
Gorączka organizowania wystąpień kandydatów na radnych zbiegła się w czasie z atakiem zimy. Gdyby się człowiek nie rozgrzał biegając po zebraniach przedwyborczych to, dalipan, można by się na śmierć zamrozić – twierdził Acer, felietonista „Gońca Częstochowskiego”. Temperatura spadała do -9 stopni. Tym, których nie grzała polityka, apteki proponowały maść Mrozol gojącą rany powstałe w rezultacie odmrożeń.
Kryzys gospodarczy
Jako pierwsza zaczęła zwalniać pracowników huta na Rakowie. Powód – brak zamówień na wyroby walcowane. Od 1 grudnia walcownia mała i duża miały być czynne tylko przez trzy dni w tygodniu. Razem zatrudniały około 250 ludzi. Część z nich musiała odejść.
Do tego hutnikom wstrzymano pensje za listopad. Odpowiedzią był strajk rozpoczęty 18 grudnia. Ponad 1000 robotników żądało natychmiastowej wypłaty zarobków. Nie ograniczyli się do wiecowania, zeszli ze stanowisk. W rezultacie trzeba było zadekować wielki piec, a piece martenowskie wygasić. Obsługę elektrowni i stacji pomp wzięli na siebie inżynierowie i majstrowie – by cały Raków nie został bez prądu. Strajk zakończył się 22 grudnia, gdy huta uregulowała należności wobec zatrudnionych.
Redukcje przechodziła zapałczarnia. W połowie miesiąca wymówiono też posady wszystkim 350 pracownikom szpagaciarni w Stradomiu. Tuż przed świętami zarząd fabryki Peltzery ogłosił, że z dniem 2 stycznia zwalnia robotników i zamyka zakład na czas nieograniczony.
Nawet w budżetówce nie było spokojnie. W urzędach państwowych wstrzymano przyjęcia do pracy, awanse, a pensje za grudzień okrojono.
W dodatku budżet państwa przewidywał drastyczne oszczędności na następny rok, w tym całkowite zawieszenie dotacji dla samorządów. Tyle że jeszcze w grudniu rząd wyskrobał z jakichś rezerw pieniądze na subwencję m.in. dla Częstochowy. Było to niespełna 13,5 tys. zł na jednorazową pomoc żywnościową dla bezrobotnych. Osoby zakwalifikowane do niej przez specjalną komisję mogły kupić taniej po 150 kg ziemniaków i 30 kg mąki (jeśli miały rodzinę) albo 75 kg ziemniaków i 10 kg mąki (samotni).
W dniach 20-23 grudnia w wybranych sklepach wydawano lub sprzedawano po zaniżonych cenach artykuły spożywcze. Odbierały je – na podstawie kwitów wystawianych przez magistrat – osoby bezrobotne. Dla samotnych przewidziano 5 kg mąki, kilogram cukru, po pół kilograma kaszy łamanej i perłowej. Dla dużych rodzin – 16 kg mąki, 4 kg cukru, po 2,5 kg kaszy.
No i Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej przekazało Częstochowie 6 tys. zł na jednorazowe zasiłki dla pracowników umysłowych pozostających bez zatrudnienia, Pomoc miała wynosić od 45 do 100 zł, w zależności od tego, czy bezrobotny ma rodzinę, czy nie.
Mnożyły się w prasie ogłoszenia o licytacjach komorniczych majątków osób prywatnych, ale głównie firm, np. Fabryki Mebli „Zawodzie”, Odlewni Metali „Z. Kokular”, Częstochowskiej Fabryki Wyrobów Stalowych Ostrych, Domu Przemysłowo-Handlowego „Z. Rylski”... A Szmulowi Goldowi z ul. Warszawskiej to komornik zlicytował sześć beczek wina owocowo-rodzynkowego wartych 1900 zł.
Wraz ze wzrostem liczby bezrobotnych powiększała się liczba bezdomnych i rosło zjawisko żebractwa. Walki z nim podjęło się Towarzystwo Dobroczynności dla Chrześcijan. Przez komunikaty w prasie namawiało częstochowian, by kupowali tzw. tabliczki - kolorowe po 10 zł dla sklepów albo białe po 5 zł dla mieszkań. Miały one sygnalizować żebrzącym, że właściciel lokalu wpłacił już datek na ich rzecz (pieniądze ze sprzedaży tabliczek przeznaczano na zapewnienie potrzebującym ciepłych ubrań i posiłków). Pomysł nie zdał egzaminu praktycznego. Korowody żebraków nie ustały […]. Nie zważając na widniejące na drzwiach tabliczki, jałmużnicy […] dopominają się natarczywie o datki w naturze i pieniądzach – krytykował „Goniec Częstochowski”.
Drogo, coraz drożej
1 grudnia miejska komisja statystyczna ogłosiła, że utrzymanie czteroosobowej rodziny w Częstochowie kosztuje 4,45 zł dziennie. Dane te krótko pozostały aktualne.
Spadek wartości złotego spowodował masowy eksport zboża za granicę, np. na Łotwę. W efekcie młynarze nie mogli kupić ziarna. Z tygodnia na tydzień rosły ceny pszenicy i żyta, a tym samym mąki, więc również chleba. Na początku grudnia kilogramowy bochenek jasnego pieczywa kosztował w Częstochowie 38 gr. W ciągu kilku dni jego cena skoczyła do 45 gr. Potem „spadła” o 1 grosz, by w połowie miesiąca podnieść się do 48 gr.
Przykładowe ceny innych produktów (dane z 10 grudnia): jajko – 24 gr, mleko – 40 gr za litr, masło – 7 zł za kilogram, ryż – 95 gr za kilogram, mięso na rosół – 1,30 zł, wieprzowina – 1,80 zł.
Spodziewając się kolejnych podwyżek, częstochowianie na potęgę czynili zapasy. Oczywiście tylko ci, których było na to stać. Niewykluczone więc, że właśnie z tego powodu, a nie z racji zbliżających się świąt panował ruch w handlu. Polegał na tym, że klienci biegali po sklepach szukając np. cukru. Plotka mówiła, że jego wartość dojdzie do nawet 5 zł za kilogram (normalnie wynosiła 1,32 zł). Bank Cukrownictwa zapewniał, że cukru jest pod dostatkiem, ale wprowadził regulację dostaw, by spekulanci nie mogli gromadzić towaru. Efekt? Kilka dni później nagle „zabrakło” cukru w częstochowskich sklepach. Tajemnicą poliszynela było, że kupcy zwyczajnie go ukrywali, by sprzedać jak najkorzystniej.
Sporo w ten sposób ryzykowali, bo zdecydowaną walkę z lichwą drożyźnianą zapowiedział oficjalnie 10 grudnia wojewoda kielecki Ignacy Manteuffel. (Częstochowa należała wtedy do województwa kieleckiego.) Rosnące ceny uznał za umyślne działania spekulantów, względnie za objaw nieuzasadnionej paniki wśród konsumentów. Apelował, by jej nie ulegać. Ogłosił, że podległe mu służby mają bezwzględnie ścigać sprzedawców, którzy przetrzymują towary i zawyżają ceny. Wzywał, by każdy przypadek tego typu zgłaszać policji.
Działanie bicza na spekulantów jako pierwsi w Częstochowie odczuli Bajla Goldberg z ul. Koszarowej, która za drogo sprzedawała chleb, oraz Łukasz Śliwiński z ul. Piłsudskiego, robiący to samo ze świecami.
Nawet zapałki podrożały - z 5,5 gr na 7 gr w detalu. Uważano, że to wina Polskiego Monopolu Zapałczanego, a raczej szwedzkiego konsorcjum, które go przejęło. Zastrzegło ono bowiem w umowie z polskim rządem, że cena zapałek ustalana będzie według kursu złota.
W zasypanym takimi informacjami „Gońcu…” prawie nie widać Bożego Narodzenia. Gdzie się podziały smakowite, kuszące, obecne jeszcze rok czy dwa wcześniej anonse sklepów kolonialnych? M. Szybowski raptem ze dwa razy zaprosił do swego Handlu Win i Wódek. Z równą skromnością cukiernie Versal (II Aleja 25) i Błaszczyńskiego (I Aleja 13) przypominały o swych ciastach, a apteka Wacława Orła w III Alei polecała perfumy, wody kolońskie i inne kosmetyki na prezenty. Pod numerem 19 w Alejach można sobie było na Gwiazdkę kupić patefon. Działająca tuż obok Restauracja Paryska raz ogłosiła, że przyjmuje na święta wszelkie obstalunki z ryb. I tyle.
Pojawili się co prawda na ulicach sprzedawcy choinek, sklepowe witryny przybrały świąteczny wygląd, ale klientów przyciągały niewielu. Gdzie tam komu dziś myśleć o sutych świętach i drzewku, o kupnie zabawek i przysmaków, gdy brak grosza na najpilniejsze potrzeby – komentował „Goniec…”.
Mimo to wszystkie sklepy miały być otwarte w ostatnią niedzielę przed Wigilią od godz. 13 do 18. Do tego rząd pozwolił, by w dniach 13-23 grudnia przedłużyć godziny handlu do godz. 21.
Co nowego w mieście
28 października 1925 r. utworzono diecezję częstochowską. Miał nią kierować Teodor Kubina. Papież Pius XI mianował go biskupem na konsystorzu 16 grudnia .
Od początku miesiąca dzwoniły Rakowowi cztery nowiutkie dzwony kościelne – pierwsze w tej dzielnicy. Poświęcił je wikariusz generalny nowej diecezji bp Władysław Krynicki, w asyście aż szesnaściorga rodziców chrzestnych. Największy z dzwonów nosił imię Najświętszej Maryi Panny, pozostałe zaś - św. Stanisława, św. Barbary i św. Jadwigi. Zostały odlane w Kałuszu, w słynnej ludwisarni braci Felczyńskich.
Miasto szykowało się do uruchomienia komunikacji autobusowej. Miała ona połączyć ówczesne przedmieścia, np. Ostatni Grosz, z centrum. Cenę biletu ustalono na 20 gr. Koncesję otrzymała jedna z firm warszawskich. Pojazdy sprowadziła z zagranicy – niedużo, raptem trzy. Niestety, przez kilka tygodni przetrzymywano je na cle, więc przedsięwzięcie się opóźniało. Wreszcie na Mikołaja miasto dostało wiadomość, że autobusy już jadą.
5 grudnia krakowska centrala Poczty sfinalizowała notarialnie akt kupna działki u zbiegu ulic Śląskiej i Kopernika w Częstochowie. Cel – budowa gmachu pocztowego. Budynek przetrwał do dzisiaj i nie zmienił przeznaczenia.
Przy gimnazjum im. Sienkiewicza uruchomiono staraniem komitetu rodzicielskiego Kino Szkolne. Było czynne w każdą sobotę i niedzielę od godz. 14 do 20. Cena biletu – 50 gr. Program reklamowano jako odpowiedni dla młodzieży. Na premierowy seans wybrany został film odsłaniający tajemnice egzotycznych krajów, pt. „Przygody Johnsona w Afryce”.
W grudniu też na ulicach Częstochowy ustawiono specjalne „armaty”. Płacąc złotówkę można sobie było strzelić. Za pociski służyły kule zawierające pamiątkowe żetony i bilety loteryjne, na które wygrywało się tak wartościowe nagrody jak maszyny do szycia, rowery, zegarki i stołowe platery. Dochód z loterii przeznaczono na Dom Żołnierza Polskiego.
A na same święta zjechał do miasta słynny stołeczny cyrk. Dyrektorował mu Alessandro Ciniselli, członek włoskiej rodziny od XIX wieku dominującej w branży. Zwany w Warszawie cyrkiem Cynzelego, przywoził do nas „najwybitniejsze siły artystyczne krajowe i zagraniczne” w osobach akrobatów, żonglerów, komików, klaunów i treserów. Ci ostatni popisywali się numerami z udziałem 12 koni oraz dzikich zwierząt (słoń, niedźwiedź, lamy, zebry, małpy). Przedstawienia miały się odbywać od 25 grudnia, w specjalnie przystosowanym i ogrzanym budynku Panoramy w III Alei, pod numerem 57. Tyle że drogo tam było, bo bilety kosztowały od złotówki po nawet 5 zł.
Sensacja na deser

W nocy z 12 na 13 grudnia uciekło z częstochowskiego więzienia sześciu bandytów i złodziei. Wszyscy przebywali w 21-osobowej celi nr 10. Oderwali od drzwiczek pieca gruby żelazny pręt i zrobili nim dziurę w ścianie. Wydostali się przez nią na uliczkę między ratuszem a więzieniem (tak, tym ratuszem na dzisiejszym Placu Biegańskiego; więzienie było tuż obok). W dziurze – co podkreślił „Goniec…” - zostawili liścik do naczelnika Mazurkiewicza, polecając się jego łaskawej pamięci. Potem przez parkan przeskoczyli na ul. Śląską. Była godz. 3.30.
Nie pozostali niezauważeni, natychmiast interweniowała straż więzienna. Dlatego ze wszystkich uciekających 21 mężczyzn skutecznie uczyniło to tylko sześciu: bandyci Władysław Czerwik i Piotr Juda oraz złodzieje Zygmunt Biernacki, Kazimierz Stanik, Stefan Bebłot i Mieczysław Kucharczyk.
Naczelnik zaalarmował policję. O godz. 4.20 ruszyły za zbiegami w pościg oddziały piesze i konne.Na ul. Fabrycznej (obecna Mielczarskiego) zatrzymały Kucharczyka i Bebłota. Ci wsypali współwięźniów – że poszli w stronę Koziegłów. Cały następny dzień policja z Częstochowy i Myszkowa oraz strażnicy więzienni przeczesywali tamte okolice. Dopadli Czerwika i Biernackiego.
Sam naczelnik też prowadził śledztwo. Ustalił, że jednego ze zbiegów widziano przy ul. św. Barbary. Udał się tam w cywilnym przebraniu, oczywiście ze wsparciem innych funkcjonariuszy. Trafił akurat na moment, w którym Kazimierz Stanik opuszczał kryjówkę. Złodziej rozpoznał naczelnika, wyciągnął nóż, obezwładniono go jednak.
Piotra Judy nie udało się odnaleźć.
No i wreszcie przyszło Boże Narodzenie. Na Gwiazdkę częstochowianie – wraz zresztą kraju - dostali piątą w ciągu roku podwyżkę cen zapałek.
