Gwiazdy mają czerwone pazury
Jej życie od początku było niestandardowe. Urodziła się 19 grudnia, ale w papierach ma datę wcześniejszą. Na ekranie i scenie porywa tłumy, ale w domu synowie woleli, żeby nie czytała książek, bo ciągle zmienia głosy. Ma na koncie bardzo wiele zawodowych sukcesów, a z drugiej strony - kilka dosyć spektakularnych kulinarnych porażek. O tym i o wielu innych historiach Krystyna Janda opowiada ze sceny w „My Way”. Spektakl ten zawitał do Częstochowy za sprawą III Festiwalu im. Piotra Machalicy.
- Najzdolniejsza, najbardziej pracowita i najodważniejsza aktorka, jaką znam – tak mówi o niej Magda Umer. Słyszałam to zdanie wielokrotnie, zdzierając niemiłosiernie płytę „Live. Krystyna Janda w trójce” (pisząc ten tekst, oczywiście do niej wróciłam). Odtwarzałam ją, marząc, by ulubionego „Na zakręcie” posłuchać kiedyś tak naprawdę „live”. I taką okazję dostałam, w licealnych czasach szczęśliwie załapałam się na koncert w naszej filharmonii. Co więcej, młodzieńcza odwaga sprawiła, że wyszłam stamtąd z autografem aktorki. Akurat czytałam książkę o Agnieszce Osieckiej, w której wiele wspomnień stanowią te Jandy i ta idealnie nadała się „do podstawienia” do podpisu.
Później (dużo później) zamarzyło mi się, by zobaczyć spektakl, który łączy te trzy niezwykłe kobiety – Jandę, Umer i Osiecką, czyli kultową „Białą bluzkę”. Udało się, tym razem nie w Częstochowie, a w warszawskim Och-Teatrze.
I tak przechodzę do marzenia numer trzy. Tym razem zapragnęła mi się wycieczka do Teatru Polonia, by zobaczyć „My Way”, spektakl-monolog sceniczny, który aktorka przygotowała z okazji 70. urodzin. Premiera odbyła się 16 grudnia 2022 roku. Data jej urodzin jest jednak inna. Urodziła się 19 grudnia 1952 roku, ale w dokumentach wpisano jej 18. Była noc, poród był trudny, więc zmęczona pielęgniarka prawdopodobnie nie zauważyła, że zaczął się kolejny dzień. Tak przynajmniej tłumaczy to sobie sama zainteresowana. I tym wspomnieniem otwiera „My Way”, czyli po prostu opowieść o swoim życiu.
Skoro to piszę, znaczy, że trzecie związane z Jandą marzenie się spełniło. I tym razem moją „złotą rybką” była Aleksandra Sosnowska-Machalica, prezeska Fundacji im. Piotra Machalicy, która od 2022 roku wkłada całe serce w to, by w Częstochowie odbywał się festiwal pamięci jej zmarłego męża. To ona zaproponowała ten tytuł jako inaugurację tegorocznej, trzeciej już edycji wydarzenia.
Przyjaźń z widzem
Zanim 27 czerwca na scenie Klubu Politechnik rozpoczęło się „My Way” miałam dosłownie siedem minut, by z aktorką porozmawiać. Efekty tego króciutkiego spotkania (także dzięki uprzejmości kolegów z redakcji TVP Katowice) trafiły już na CGK. Piszę o tym, bo Krystyna Janda zachwyca mnie nie tylko żywiołowością, ale i takim szacunkiem do drugiego człowieka, nieolewactwem. Jako aktorka, a pewnie jeszcze mocniej prezeska Fundacji Krystyny Jandy na Rzecz Kultury, która prowadzi dwa wspomniane już teatry, wie, że bez widzów nie mają one racji bytu. I to „My Way” to – przynajmniej w moim odczuciu – opiera się w dużej mierze na przyjaźni z widzem.
Wiele z opowiedzianych historii znałam. Lata temu czytałam je w biograficznej książce „Gwiazdy mają czerwone pazury”, w której portret Jandy naszkicowała Bożena Janicka. Te słowa spodobały mi się na tyle, że dziś nigdy nie maluję już paznokci na inny kolor. Nie muszę pewnie precyzować też tego, jaki manicure aktorka miała tego wieczoru na scenie.
Śledzie w Bambino i fioletowy kalafior

Dwie godziny monologu scenicznego. Opowieści o młodości, drodze zawodowej, rodzicach, małżeństwach, dzieciach, filmach, ludziach kina, ludziach sceny, samych teatrach, nagrodach… Wcześniej spotkałam się z opinią, że taka forma nie może porwać. Bo jak to jedna osoba na środku niemałej przecież sceny, nie ma wymyślnej scenografii, nie ma gry świateł? Jest życie i słowo. Mało? Wręcz przeciwnie. Słucha się tego w oczarowaniu, doświadczając całej skali emocji.
Raz śmialiśmy się w głos, bo jak nie śmiać się, słysząc opowieść o kulinarnych „dokonaniach” aktorki, która śledzie zrobiła w oliwce kosmetycznej Bambino, a kalafiora gotowała w wodzie z octem, aż stał się fioletowy (dziś mówi wprost, że należy do internetowej grupy Ch… Pani Domu i ta jest jej bardzo bliska). Albo słuchając o tym, że prestiżową Srebrną Muszlę z Festiwalu w San Sebastian (otrzymaną za „Przesłuchanie”) jej ojciec wykorzystał jako popielniczkę, a ona nigdy nie wyprowadziła go z błędu. Chwilę później mniej lub bardziej udolnie skrywaliśmy wzruszenie. Bo, gdy aktorka mówiła o nieobecnych, to gardło jakoś się samo ściskało.
Wspomnienia i pożegnania
„My Way” to piękny ukłon w kierunku tych, których Janda spotkała na swojej aktorskiej ścieżce. Opowieści o Andrzeju Wajdzie, Januszu Gajosie, Jerzym Stuhrze (dziś już nie ma go wśród nas) zaciekawiły chyba każdego, kto choć trochę interesuje się kinem czy teatrem. Mnie najbardziej spodobały się jednak te ze wspomnianą Magdą Umer w roli głównej. Artystki przyjaźnią się od lat wielu i często razem podróżują. I właśnie te wyprawy zapewniły liczne anegdoty, bo albo piosenkarka wróciła z wycieczki na innym rowerze niż pojechała, albo jako jedyna z ekipy miała nadpłatę (i to sporą!) za bagaż powrotny, a na pytanie, jak do tego doszło, rozbrajająco wyjaśniła, że wiezie… mokre pranie.

Jeśli chodzi o wzruszenia, to wiele z nich dostarczyły nam wspomnienia o patronie festiwalu, byłym dyrektorze artystycznym Teatru im. Adama Mickiewicza, który – jak mówiła aktorka – był najdłużej jej partnerem scenicznym. „My Way” miało premierę dwa dni po drugiej rocznicy śmierci Piotra Machalicy i Krystyna Janda nie ukrywa, że nadal nie może pogodzić się z jego odejściem.
Pożegnań, jak to w życiu, przeżyła wiele i w tych momentach bardzo mocno doświadczyła cieni swojego zawodu. Nie odwoływała jednak spektakli, nie zmieniała terminów, nie zarywała zdjęć. Gdy umierali jej rodzice – grała, gdy umierał jej drugi mąż – grała. Gdy w szpitalu znalazła się jej ukochana gosposia Honorata – w przerwie między kręceniem serialu „Modrzejewska”, w krynolinie, szła ją odwiedzić (seniorka leki i jedzenie przyjmowała tylko od niej). Kiedy Honorata umarła, także grała, a na pogrzeb pojechała jej córka - Maria Seweryn.
Honorata, Maryś i Baba
Rozbrajającym historiom o pani Honoracie i o małej Marysi (dziś blisko 50-letniej) należy się osobny akapit. To gosposia przez lata wyprawiała córkę Jandy do szkoły i przedszkola, zawsze ubierając ją w swoim stylu, czyli grube majtki, spodenki, na to spódniczka, sweterek, kurteczka, czapka, na czapkę chusta… Wyglądało to zapewne dziwacznie, ale dziewczynka nigdy nie chorowała.

Do Marysi Honorata mówiła Maryś, do Jandy – Baba, a o pierwszym mężu aktorki (czyli Andrzeju Sewerynie) mówiła Un. To Honorata wyprowadziła artystkę z jej pierwszego, rozpadającego się małżeństwa. Powiedziała ponoć: Będzie tego! Bierz dziecioka i idziemy do tatusiów. I to Honorata wybrała jej drugiego męża, światowej sławy operatora filmowego Edwarda Kłosińskiego. Do serca gosposi trafił ponoć tym, że nie wstydził się przez cały Ursynów iść z wiankiem papieru toaletowego (Honorata poprosiła go o załatwienie tego towaru), a przy tym i okno potrafił naprawić. Co prawda, narzeczonemu ślub wybić z głowy próbował sam Andrzej Wajda, ostrzegając przyjaciela podobnymi słowy: Edziu, Krysia się na wszystko nadaje, ale nie na żonę. W konsekwencji Janda przepłakała kilka godzin w łazience reżysera, a oni obaj ją przepraszali.
Małżeństwem byli jednak niezwykle udanym. Doczekali się dwóch synów: Adama i Jędrzeja, którzy nie lubili tego, jak mama czyta im książki, bo nie robi tego normalnie, tylko ciągle zmienia głos. Obok rodzinnych opowieści z Milanówka, gdzie mieszka aktorka, nie mogło zabraknąć też tych dotyczących największego zawodowego wyzwania. Aktorce - jako pierwszej w Polsce - udało się stworzyć prywatny teatr. O jego powstaniu opowiadała tak, że aż czuło się zapach tej budowy. Jednak gdybym i ten wątek rozwinęła (choć kusi!), zamiast tekstu zrobiłaby się chyba książka.

Nie wiem, kiedy minęły mi te dwie godziny. Sygnałem, że podróż się kończy, były pierwsze dźwięki tytułowego nieśmiertelnego przeboju Franka Sinatry (tu wykonanego w polskiej wersji językowej). Najpierw artystce towarzyszył jedynie trębacz, potem kotarę podniesiono i naszym oczom ukazał się cały zespół. Oklaskom nie było końca! Wychodząc z sali, pomyślałam sobie, że to jedno z najpiękniejszych teatralnych doświadczeń, jakiego doznałam.
III Festiwal im. Piotra Machalicy przyniósł mi, przyznam, więcej takich emocji. Póki co układam je jeszcze w głowie, ale i o nich przeczytacie kiedyś na CGK.
Fot. Martyna Niećko
