Hontologiczny wgląd
Do 13 lipca we wszystkich salach Miejskiej Galerii Sztuki gości twórczość Marcina Berdyszaka. To właśnie w ramach wystawy „Hontologiczny wgląd” po raz pierwszy w Polsce można oglądać instalację „Global igloo – wersja afrykańska”.

Przypomnijmy, że Marcin Berdyszak już po raz drugi zajął niemal całą częstochowską galerię. W 2021 r. autor prezentował tu bowiem wystawę „Consensus Omnium”. Wiele z prezentowanych wówczas prac miało premierę właśnie w naszym mieście. Na ekspozycję trafiły m.in. obrazy z cyklu „Kiedy rama staje się treścią” czy instalacja „Jednostka edukacyjna” (powstała w ramach cyklu-dialogu, jaki twórca prowadzi w swoich dziełach z innymi artystami, w tym przypadku z Tadeuszem Kantorem). Niestety, termin tamtej ekspozycji zbiegł się w dużej mierze z lockdownem. Dlatego swobodnie można było ją zwiedzać niemal na koniec jej trwania.
O wstydzie, o dylematach
Dziś podobnych ograniczeń na szczęście nie ma. Za to Berdyszak przygotował dla Miejskiej Galerii Sztuki zupełnie nową, choć nawiązująca do poprzedniej, prezentację. Ekspozycję zatytułował „Hontologiczny wgląd”. Co kryje się za tym symbolicznymi słowami? By lepiej je zrozumieć, warto spojrzeć na plakat (zaprojektowany przez Emilię Kapsę). Oś stanowi tu wnętrze rakiety, obiektu prezentowanego w ramach „Consensus Omnium”. Widzimy białe napisy „ONTOLOGICZNY WGLĄD” i znajdujące się nieco poniżej pięć liter. Układają się one w napis „HONTE”, czyli z języka francuskiego – „wstyd”.

- Tytuł dotyczy wglądu, czyli czegoś inwazyjnego do środka. Jacques Lacan stworzył termin „hontologia”, który ze względu na bezdźwięczne „h” w języku francuskim brzmi identycznie jak „hontologia”. „Honte” w języku francuskim znaczy wstyd. Zatem istnienie zawiera w sobie cichy, niesłyszalny wstyd. Mamy świadomość tego widma i nic z nim nie możemy zrobić. I właśnie ta wystawa jest trochę o dylematach, o wstydzie, o sytuacjach, które mogą być nieoczywiste, ale dotyczą różnych rzeczy – wyjaśnia autor.
Berdyszak zaznacza, że jego prace nie są komentarzami. –Wszystkie traktuję raczej jako powody do tego, żeby się nad czymś zastanowić. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że niektóre prace uderzają w jakieś systemowe myślenie, nie chciałbym jednak, żeby oglądający ulegali takiemu złudzeniu. Interpretacja widzów jest dla mnie równie istotna, ponieważ robię te rzeczy także po to, żeby dowiedzieć się o nich czegoś innego niż to, co sam wiem – mówi.
„Sztuczne złudzenie”
„Hontologiczny wgląd” rozpoczyna się w Sali Śląskiej. Tam zawisły prace z cyklu „Angor Amini” (czyli strach przed śmiercią), który powstał po napaści Rosji na Ukrainę. Berdyszak sięgnął w nim po tak charakterystyczny dla jego twórczości motyw banana. - Doszła do tego gwiazda, która w tej chwili - na skutek również nadmiernego użycia (przypomnę pięciogwiazdkowe hotele, oznaczone jakości w internecie) - pojawia się wszędzie - dodaje.
To cykl pełen rozważań, często ironicznych, jak nawiązanie do Afrika Korps (tu raczej „Banana Korps”).
Nieco dalej znajduje się pierwsza z ośmiu instalacji. To „Sztuczne złudzenie”, czyli realizacja z 2011 r. – Był to moment, w którym uświadomiłem sobie, że gesty i pozycje powszechnie kupowanych manekinów, nie biorą się tylko z chęci prezentacji samej mody, ale zawierają w sobie ukryte gesty ze sztuki. Postanowiłem dokonać takiego „recyklingu” tych wytwarzanych w Chinach manekinów (bo taki jest ich rodowód) i przywrócić je z powrotem do sztuki, do działań kreacyjnych – wyjaśnia Berdyszak, zaznaczając, że gesty, które manekiny prezentują, zostały uformowane nie przez niego, a producentów lalek. - Kiedy ubierze się manekina i lekko przysposobi do „bycia” inkwizytorem, ułoży się go w takiej relaksującej pozycji i postawi się naprzeciwko jego dzieci (z których jedno jest zamyślone, a drugie nagle przerwało zabawę ze skakanką) mamy do czynienia z dość skomplikowaną sytuacją. I właściwie nie wiemy, czy te dzieci się boją, czy inkwizytor jest przyłapany na dość niecodziennym widoku, gdy tak sobie siedzi i odpoczywa – dodaje.

Ważna jest tu symbolika trzymanych przez dzieci przedmiotów. Chłopczyk trzyma bowiem procę (identyfikowaną jako „kara”), dziewczynka – opuszczoną skakankę (odczytywaną jako przerwanie ciągłości, przerwanie zabawy). Podsycane doniesieniami medialnymi skojarzenia narzucają się same. Jednak autor ostrzega przed tytułowymi „sztucznymi złudzeniami”. Bez względu na interpretację, praca (trzy postacie ustawione w pustej, ciemnej przestrzeni) robi elektryzujące wrażenie.
Gdy przejdziemy nieco dalej, trafimy na instalację „Global igloo – wersja afrykańska”, która dotychczas prezentowana była w synagodze w słowackim Samorinie. Częstochowska odsłona jest pierwszą w Polsce. - To praca na swój sposób jest bardzo atrakcyjna – mami, urzeka, ale jest przykładem absurdalnego, literalnego rozumienia idei globalizacji, gdzie możemy taki obiekt jak igloo, przenieść w inną sferę klimatyczną, w inną materię i może powstać zupełnie inny twór – zaznacza Berdyszak. - To jak przenoszenie roślin do miejsc, gdzie warunki klimatyczne są dla nich niesprzyjające, a koszty bardzo wysokie. I o tym jest moja praca – przedstawia rezultat pozlepiania zjawisk kompletnie przeciwstawnych, z różnych obszarów i różnych sensów - w jedną całość. Dodaje przy tym, że: absurdy, banały mogą nas pociągać, bo mogą nas czymś mamić.

Między zlewem a wanną
Z tymi przemyśleniami kierujemy się dalej, do Sali Plenerowej zdominowanej przez malarstwo. Tam Marcin Berdyszak po raz pierwszy w całości zaprezentował cykl „Biało-czerwone”. – Te prace dotyczą różnych naszych polskich problemów i dylematów, m.in. emigracji, konsumpcji, żyłowania idei Unii Europejskiej przez różne kraje na swój własny sposób – wylicza.
To tutaj zobaczymy „Polską szachownicę” (symbolizującą stawianie w niezręcznej sytuacji), „Letnią wodę” (nawet woda w wannie jest tu podzielona), „Polskie okno” (którego nie możemy otworzyć, ponieważ klamki splątane są kirem), czy „Polski zlew” (w którym pierzemy nasze narodowe „brudy”).
Zaskoczeniem mogą być też prace, które trafiły na półpiętro, czyli do Galerii Antresola. – Znajdziemy tutaj fotografie zrobione z działania polegającego na „wyrywaniu” kolorów gwiazd znajdujących się na flagach różnych państw. I właściwie to wszystko zostało zsumowane, ściekło z obiektu, a następnie te mieszaniny zostały sfotografowane, Jest to nieprawdopodobnie malarskie, ale jednocześnie znajduje się poza malarstwem. Nic nie zostało tu zrobione ręką człowieka, to stało się absolutnie samo – opowiada artysta.

Z konfesjonału do fotoplastykonu
Największe wrażenie (pewnie nie tylko na mnie) zrobiła jednak najwyższa z sal – Gobelinowa. Tu znajdziemy wyłącznie instalacje. A jako pierwszy wzrok przyciąga konfesjonał, który łączy się ściśle… z fotoplastykonem. „Dwubiegunowość kultury”, czyli praca z 2015 r. (pokazywana dotychczas tylko w Bydgoszczy) oddaje dwie pewne skrajności.
- Konfesjonał stanowi miejsce nieprawdopodobnie intymne, to tu wyznaje się grzechy, a fotoplastykon jest miejscem oglądania zdjęć różnej treści. Posłużyłem się starymi, patrząc z dzisiejszej perspektywy, oderotyzowanymi już zdjęciami nagich kobiet, które widzimy w centrum, a na dole są fotografie twarzy ludzi, którzy na samym początku projektu zaglądali do tego konfesjonału i zostali uchwyceni, gdy naruszyli tę intymność. My możemy obserwować ich zaskoczenie, przerażenie, bo nikt nie chce być przyłapany w podobnej sytuacji, a jednocześnie bardzo nas pcha do tego, co zakazane czy niedostępne – wspomina Berdyszak.

Obok znajdziemy stos bananów i stojącego na taborecie manekina. Symbolizuje on dyrektora laboratorium w Hondurasie, które zajmowało się opracowaniem banana genetycznie odpornego na chorobę panamską (TR4). Działania tamtejszych naukowców wzbudzały wiele kontrowersji, a wspomniany dyrektor popełnił samobójstwo. – Chciałem pokazać to, że banan traktowany jako coś głupiego, kojarzącego się nam - dzięki Warholowi- z kulturą popularną, niesie ze sobą ludzkie tragedie. Musimy pamiętać, że większość najbiedniejszych ludzi na świecie, żyjących na przykład w Indiach, jako podstawowe jedzenie ma właśnie banany – przypomina Marcin Berdyszak.
Dialogując z Nam June Paikiem
W Sali Gobelinowej można zobaczyć także kolejną z prac ze wspomnianego już cyklu, w ramach którego Berdyszak dialoguje z dziełami innych artystów. „Ulubiona hontologia obrazu” nawiązuje więc do sztuki wideo i twórczości zmarłego w 2006 r. Nam June Paika. Jego najsłynniejsze chyba dzieło „TV Buddha” z 1974 r. przedstawiało posąg Buddy, który ogląda obraz samego siebie na ekranie telewizora. - Moja praca właściwie powtarza pewien układ, z tym że mamy już pustą obudowę telewizora, oczy trzymamy w rękach, nic nie widzimy. Zostaje tylko pozycja fantomu - prawie identyczna, natomiast nie ma obrazu – opowiada autor.

Oczu nie ma również wyestetyzowana postać kelnera (manekina) z instalacji „Nie dziękuję, już widziałem”. - Kelner serwuje jajka, które w istocie są oczami. To jest sytuacja odmowy – ktoś nam coś proponuje, ale my odmawiamy: już tego nie chcę oglądać, nie chcę tego widzieć. To jest praca reflektująca na temat tego, na co my musimy patrzeć – wyjaśnia.
Wystawę wieńczy „Transparentne oczko sieci”. - Mamy tu sieć internetową, która nas wszystkich łączy, ale też mamy sieć, która nas łowi. Siedzący fantom porusza się i płynie w rytm rybaków, których obserwuje na ekranie. Pozostaje pytanie, kto kogo łowi. Kto jest rybą? Kto łowcą?- zastanawia się twórca instalacji.
Tylko do 13 lipca!
Na te i na wiele innych pytań, które stawiają odbiorcom prace Marcina Berdyszaka, można szukać odpowiedzi do 13 lipca. W piątek Miejska Galeria Sztuki zaprasza od godz. 10.30 do 18.00, a w sobotę i niedzielę od godz. 11.00 do 19.00. Kto nie widział, powinien to koniecznie nadrobić. Kto miał już okazję, wie dobrze, że warto zrobić sobie powtórkę. Bilety normalne kosztują 15 zł, ulgowe – 10 zł.

A częstochowska instytucja ma już kolejne artystyczne plany. W czwartek, 24 lipca o godz. 18.00 zaprosi bowiem na wernisaż wystawy Wojciecha Szybista „Pejzaż za oknem”. Malarstwo i rysunek urodzonego w Jaśle twórcy prezentowane będzie w Sali Śląskiej do 7 września.
Szczegóły: galeria.czest.pl
Fot. Robert Jodłowski/Miejska Galeria Sztuki
