Huk braw i pomruk uznania
Kończy się
sezon operowy w częstochowskim Ośrodku Kultury Filmowej, gdzie transmitują na
żywo spektakle z Nowego Jorku. „Salome” Straussa poszła jako przedostatnia w
programie. Byłam, wysłuchałam, przetrawiłam.

Na początek wyjaśnijmy, bo zawsze ktoś o to pyta: chodzi o Ryszarda Straussa, który absolutnie nie był spokrewniony z wiedeńskimi Straussami, królami walca. Co nie zmienia faktu, że sam też walce komponował.
W „Salome” dał ognia. Nowojorska Metropolitan Opera właśnie pokazała jego dzieło w nowej inscenizacji; poprzednią utrzymywała na scenie przez 20 lat.
Jak to ujął jego biograf Ernst Krause, Strauss chciał swą operę uczynić lustrem, w którym przejrzy się współczesne mu społeczeństwo, uwikłane w pozory. Pisał „Salome” w latach 1903-1905. Gdy śledziło się poczynania bohaterów teraz, na scenie Met, nie mógł się człowiek oprzeć wrażeniu, że po tych 120 latach społeczeństwo nie zmieniło się ani trochę. My również grzęźniemy w pozorach. Co zobaczyliśmy w lustrze?

Realizatorzy nie ubrali wykonawców w kostium współczesny. W antyczny również nie. Akcję przenieśli do epoki wiktoriańskiej, z jej mieszczańskimi zasadami. Herod na przykład wygląda i zachowuje się jak poczciwy stryjaszek. Tylko lepkie uśmiechy kierowane ku bratanicy pozwalają się domyślać, kim jest naprawdę i czemu w niektórych scenach – na czele z tańcem siedmiu zasłon - nosi maskę wielkiego, przerażającego Salome barana.
Te wiktoriańskie salony Heroda, podobnie jak pałacowy ogród toną w teoretycznie eleganckiej czerni. W istocie służy ona do skrywania mało eleganckich zabaw dworu tetrarchy. Takich, przez które Met uprzedza na swojej stronie internetowej: pojawiają się krótkie sceny nagości, wątki dla dorosłych i niepokojące obrazy.
p.jpg)
Paradoksalnie, ciemnica, w której przykuty jest do ściany Jan Chrzciciel, jaśnieje bielą. Może i brudną, ale jednak. Z prorokiem głoszącym nową naukę miłości bliźniego, pozostaje niczym źródło światła. Dla tej jasności Salome, żyjąca dotąd w mrokach, traci głowę. Ale to nie amore sacro. Bratanica lubieżnego stryjaszka ani nie wie, co to takiego, ani nie umie się na tym poznać, ani tego nie pragnie. Jedyne pragnienia, jakich nauczyła ją jej dysfunkcyjna rodzina, cisną się w kręgu amore profano – i to tego bardzo profano. W efekcie głowę – dosłownie - straci Jan. Spowoduje to odklejona od rzeczywistości, żyjąca w bańce pozorów, rozkapryszona, całe życie maltretowana 16-latka. Dorośli jej nie odmówią – właśnie dlatego, by zachować pozory.
Cała ta historia zajmuje jeden akt, trwający jednak ponad dwie godziny. Muzyka nie ma chyba żadnych punktów stycznych z kompozycjami największych twórców operowych tamtych czasów, a w każdym razie tych, którzy kreowali trendy.

- Ale to dobrze, posłuchać czasem czegoś, co jest takie inne – skomentował jeden z widzów opuszczających OKF. Za nim płynęły odgłosy z sali kinowej, gdzie na ekranie wciąż było widać scenę i widownię Met: jednostajny huk braw i zbiorowy pomruk uznania.
Tu koniecznie trzeba dodać, że wśród wykonawców znalazł się polski tenor Piotr Buszewski. Jest rozdygotanym z miłości i pożądania, zapatrzonym w Salome sługą Heroda.
Spektakl na deser
Przed nami w tym sezonie jeszcze jedna opera z Nowego Jorku, prawdziwa wisienka na torcie – „Cyrulik sewilski” Rossiniego. Wszyscy, którzy tak świetnie bawili się niedawno na „Weselu Figara”, będą mieli okazję poznać początek pokazanej tam historii. Bo to właśnie w „Cyruliku…” Figaro pomaga hrabiemu Almavivie poślubić piękną Rozynę. Tę samą, którą w „Weselu…” znudzony już żoną hrabia tak beztrosko zdradza. Poza tym Rossiniego zawsze warto posłuchać, gdyż u niego przebój goni przebój: serenady pod oknami, błyskotliwe duety i tria, karkołomne ansamble…

Uprzedzam, biletów na sobotę, 31 maja zostało już niewiele.
Melodie przyszłości
A przed nami sezon 2025/26. OKF dopiero co zaczął sprzedaż biletów i karnetów.
Na dobry początek, 18 października dostaniemy popisy bel canta - „Lunatyczkę” Belliniego. 8 listopada będziemy płakać przy Puccinim i jego „Cyganerii”. 22 listopada „Arabella” Ryszarda Straussa (uwaga, Tomasz Konieczny w obsadzie!). A 13 grudnia idziemy na operę „Andrea Chénier” Giordana – obowiązkowo, bo główną partię męską będzie śpiewał Piotr Beczała.
W rok 2026 wkroczymy kolejnym dziełem belcantowym, „Purytanami” Belliniego. Met pokaże ich 10 stycznia, z udziałem Artura Rucińskiego jako pułkownika Ryszarda Fortha. Po kilku tygodniach przerwy, w pierwszym dniu wiosny wybierzmy się na „Tristana i Izoldę” Wagnera (Tomasz Konieczny będzie tam Kurwenalem). 2 maja wypada „Eugeniusz Oniegin”, a 30 maja, na koniec sezonu - „Ultimo Sueño de Frida y Diego”, współczesna opera amerykańskiej, debiutującej w Met kompozytorki Gabrieli Leny Frank.
Fot. archiwum Metropolitan Opera
