SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

archiwum Piotra Karońskiego

Jagoda ukryta w kopercie

3 czerwca 2026
Udostępnij

Jest 4 marca 1970. Pojawiam się w - nie pamiętam już - którym, szpitalu w Częstochowie. Moja mama traci wzrok w jednym oku. Nie wiem, dlaczego ukrywa to przede mną, ale gdy dowiaduję się o tym już jako nastolatek, ryczę całą noc.

middle-JAGODA-(4).jpg

Nie dlatego, że czuję się winny, że stało się to poniekąd z moim udziałem. Jest mi po prostu przykro. Bo jak to możliwe, przecież mama dla dziecka to byt idealny, nie może oglądać świata tylko jednym okiem… a jednak.

Dzień później w Nowym Jorku pojawia się John Frusciante. Nic nie wiem o jego matce i jej oczach. Obaj jesteśmy mali, więc oboje mamy zainteresowania stosowne do wieku – jedzenie, wydalanie i wrzaski. Z tą różnicą, że ja wydalam w tetrową, polską, siermiężną pieluchę, a John Frusciante pewnie w lepszą, bo amerykańską. Wrzeszczymy pewnie podobnie, w tym przypadku amerykański wrzask Johna z pewnością nie jest lepszy od mojego, rodem z PRL-u.

Później dorastamy – Frusciante kupuje gitary i wzmacniacze, ja też. Teraz właśnie sobie pomyślałem: kurde – jaką ja mam obszerną część wspólną z Johnem Frusciante. Niesamowite.

Wróćmy do marca – na zagranicznych listach przebojów króluje Simon & Garfunkel – „Bridge Over Troubled Water” i The Beatles z kiczowatym muzycznie utworem „Let It Be”. Gdy byłem mały, byłem święcie przekonany, że śpiewają „lery bi, lery bi”.

middle-JAGODA-(5).jpg

Triumfy na liście Billboardu święci „Venus” grupy Shocking Blue. Dziś wszyscy myślą, że to piosenka zespołu Bananarama. Do Polski przedostaje się niewielka część zachodniej muzyki, więc społeczeństwo skazane jest na rodzime produkcje, ale na szczęście w natłoku infantylnych kompozycji zdarzają się perełki w wykonaniu choćby Niemena, zespołu Breakout, czy Grechuty.

Mnie muzyka jeszcze nie interesuje. Z pewnością jest obecna w otaczającej mnie przestrzeni, ale jestem pewien, że znacznie częściej dobiegają do mnie słowa dorosłych. To słowa specyficzne, jakby zaczerpnięte z nieistniejącego poradnika o tytule „Jak w idiotyczny sposób mówić do małych dzieci” kolportowanego ustnie niczym konspiracyjna bibuła. Nic nie pamiętam z tego marca, ale na pewno byłem bombardowany wszelakimi „kosi, kosi”, „amciu, amciu”, czy „ziobać piotlusiu”. Jakie to szczęście, że tego nie pamiętam.

Nie pamiętam również chwili, kiedy to postanowiono wypędzić ze mnie szatana. Owo wypędzanie odbyło się w kościele św. Jakuba na placu Biegańskiego. Nie wiem, kto tego szatana wypędzał. Być może był to ówczesny proboszcz Tadeusz Ojrzyński. Gdy byłem już starszy, docierały do mnie rodzinne opowieści tych, którzy mieli okazję doświadczyć spowiedzi u wyżej wspomnianego. Otóż na starość zainteresowania proboszcza zaczęły oscylować wokół części ciała poniżej pasa u mężczyzn i nieco poszerzonego obszaru ciała u kobiet. Przez drewnianą kratkę konfesjonału ostrzeliwał skruszonych grzeszników pytaniami o sposób wykorzystywania pewnych organów i nie chodziło tu o organy kościelne. W oczyszczeniu mnie z grzechu, którego nie popełniłem, uczestniczą rodzice chrzestni. Młodszy brat mamy – Marek i młodsza siostra taty – Jadwiga, nazywana przez wszystkich Jagodą i to ona, a nie ja, jest tak naprawdę bohaterką tej opowieści.

middle-JAGODA-(1).jpg

Jagody nigdy nie miałem okazji bliżej poznać. W 1970 roku ma 21 lat, przed sobą wymarzone studia w Krakowie, a wcześniej wakacje z grupą przyjaciół w Bieszczadach. Ten dziki bieszczadzki wschód spędzał sen z powiek mojej babci. Wanda, czyli babcia, nie była wieszczką, ale ten jeden jedyny raz w życiu stała się Sybillą.

W 1970 roku szwendał się już po Ustrzykach niejaki Eugeniusz Olejarczyk, może już wtedy pod prąd. Miał dziewięć lat i chyba nikt jeszcze nie mówił na niego Siczka. Nikt wtedy nie jechał tam, żeby go spotkać. Jagoda z przyjaciółmi również jedzie tam w innym celu. Ma być miło, ma być wesoło, ma być szczęśliwie. I było. Kiedyś w pudłach pełnych starych negatywów odnalazłem celuloidową rolkę ze zdjęciami w formacie 6x9. Na wyblakłym negatywie widzę Jagodę, góry, plecaki, ludzi. Ludzi młodych i radosnych, ludzi na kilka sekund przed eksplozją.

Ta wiadomość nadchodzi niespodziewanie. Biegnie drutami telefonicznymi z gór do Częstochowy, rozgrzewając je do czerwoności, by przy ulicy Dąbrowskiego 15 zmaterializować się w postać jądrowej głowicy o niszczycielskiej sile rażenia. W Bieszczady jedzie dziadek Henryk z wujem Błażejem. Jadą samochodem, długo, prawdopodobnie w ciszy, bez słów muzyki, patrząc przez szybę na świat, który wydawał się być cały przysypany szarym popiołem.

middle-JAGODA-(2).jpg

Identyfikacja, podpis, pieczątka, protokół.

Ciało wyłowione z jeziora, na głowie silny ślad uderzenia - domniemana przyczyna zgonu. Brak oznak walki, brak oznak gwałtu, brak innych obrażeń, brak życia od 25 lipca 1970. Teczka na półkę do milicyjnego archiwum.

Mam wtedy już prawie 5 miesięcy, tyle samo co John Frusciante. Teraz bardziej się różnimy, bo z jego rodziny nikt nie pojechał w Bieszczady, a w jego domu nie rozsiadła się kostucha w najwygodniejszym z foteli. Ja tego nie widzę, a nawet jeśli widzę i słyszę, to nic nie rozumiem. Mam jeszcze ten cudowny dar nicnierozumienia, tak dobrze sprawdzający się w takich chwilach. Inni widzą i to wyraźnie, moja mama jednym okiem, babcia i dziadek, druga siostra mojego ojca - Ewa. Żyją, jedzą, wydalają i płaczą. To jakby zbliżyli się do mnie, do mojego stanu, który przypominał wówczas jałową egzystencję.

Nie wiem, jak sobie radzą z emocjami. Mój ojciec pisze wiersze.

Poznaję je, będąc w liceum. Wracam pewnego popołudnia do domu, wchodzę do pokoju i włączam kasetę z jednym nagraniem. To pierwszy utwór Dewiacji Psychicznej - mojego zespołu. Ojciec słucha uważnie, wychodzi z pokoju, by za chwilę wrócić ze starym skoroszytem. Pożółkłe kartki pokrywały strofy, które dla mojego taty zaczęły nagle jawić się jako teksty kolejnych utworów zespołu. Nie nadają się. Wydają mi się takie przedatowane i boomerskie. Nie, to złe określenie, nie było jeszcze wtedy tego słowa, one są dla mnie po prostu, zwyczajnie i po ludzku c*****. Takie andrzejowe „lery bi”. Nie mówię tego głośno, ale dyplomatycznie sprawiam, że stary skoroszyt wraca na długie lata do szuflady.

Powraca w 2024 roku, gdy wraz z innymi kartonami zdjęć i dokumentów zmienił miejsce pobytu i zostaje już na zawsze w moim domu. Pewnego popołudnia sięgam po skoroszyt. Czytam. Wiersze są nadal słabe językowo, ale pojawia się coś, czego wcześniej nie dostrzegłem – emocje. Teraz w banalnym „nie płacz matko, na nic twoje łzy” dostrzegam ten przygniatający ciężar lipca 1970 roku. Dwa miesiące później świat zostanie przygnieciony przez album „Paranoid” Black Sabbath, ale to zupełnie inny rodzaj miażdżenia – z bezpieczną strefą zgniotu.

middle-JAGODA-(3).jpg

Jest 1971 rok. Zbliża się bolesna dla wszystkich rocznica. Na kredensie stoi oprawione w ramkę czarno-białe zdjęcie Jagody. Dziadek zdejmuje zdjęcie z kredensu i wychodzi na korytarz. Puka do drzwi vis-a-vis jego mieszkania. Na przykręconej do drzwi mosiężnej wizytówce splątane stylowe litery tworzą napis - Wanda Wereszczyńska. To znana częstochowska malarka. Dziadek pokazuje jej fotografię, ale ona ma zasadę - maluje z natury, nie ze zdjęcia. Dziadkowie i Wereszczyńska znają się od lat. Jednak to raczej nie wieloletnie sąsiedztwo, ale rozpacz pokrywająca jak skorupa postać mojego dziadka sprawia, że robi wyjątek. Maluje, nie podpisuje. By podpisać, musiałby pozować jej żywy człowiek, a tym razem pozował martwy. Na odwrocie opisuje więc portret mój dziadek i stawia w ramce na kredensie.

Teraz ja przechowuję ten portret schowany w kopercie. Ciekawe, co w kopertach przechowuje John Frusciante. Na pewno nie portret Jagody.

Jednak się różnimy.

Fot. archiwum rodzinne Piotra Karońskiego

Piotr Karoński - czytaj więcej