Jaka Chorwacja, taka Abba
Artur Andrus swoimi piosenkami odpowiada na braki
polskiego rynku muzycznego. Zapełnił lukę wśród szant narciarskich, wprowadził
polską turecką piosenkę i żeński odpowiednik "psa na baby". Braki językowe nie są
dla niego barierą, nie znając chorwackiego, przetłumaczył (zachowując poziom
literacki) przebój tamtejszej grupy Novi Fosili. Dowody tej rozległej działalności
zabrzmiały niedawno w częstochowskim teatrze.

Ten recital odbył się 26 stycznia. Z racji różnych naj, z naciskiem na „najpilniejsze” i najbardziej „na już”, pisanie relacji odwlekałam, odwlekałam, aż poczucie wstydu kazało zebrać mi wspomnienia. Na myśl o nich ubawiłam się zresztą setnie, bo kolejna wizyta Artura Andrusa w Teatrze im. Adama Mickiewicza tradycyjnie łączyła pierwszorzędną muzykę i kabaretowy humor.
Wieczór rozpoczął się „Bez katarynek” (to również utwór, który rozpoczyna płytę „Sokratesa 18”). - Od jakiegoś czasu witam się tą piosenką z publicznością. Stała się taką moją piosenką programową. Nie jest ona o żadnym konkretnym miejscu ,a raczej o stanie ducha i o tym - moim zdaniem, że nie ma na co narzekać, nawet jak jest na co narzekać. Ja wiem, że to może być dziwne, że zimą śpiewam o bzach, zmieniłem więc na końcu na „zima bez bzów” i już jest aktualne. Może nie bardzo sensowne, ale aktualne – witał się Andrus.
Troszkę niezręczna tęsknota
Potem zdradził jeszcze kilka swoich występowych zasad, wprowadzając na wypełnionej po brzegi sali lekkie zamieszanie. - Na początku każdego mojego spotkania z publicznością, staram się zrobić coś takiego, żeby państwo się od razu dobrze poczuli się w swoim towarzystwie. Co do naszego towarzystwa to nie mamy wątpliwości, że jest ok, ale państwo przyszli i nie wiedzą obok kogo siedzą, to może być troszkę niezręcznie. Proszę się rozejrzeć wokół siebie i wypatrzyć najbliżej siedzącą obcą osobę. I na moje trzy-cztery do tej osoby powiedzcie: tęskniłem – instruował.

Zadanie wykonaliśmy, choć z pewnym skrępowaniem. - Mój Boże, jacy stęsknieni ludzie. I teraz macie nowych znajomych. Wychodząc, nie zapomnijcie powiedzieć: będę tęsknił. Ja mam takie marzenie, że po moim występie niektórzy z państwa wrócą do domu niekoniecznie z tymi, z którymi przyszli. Przyprowadzicie kogoś do domu i powiedzie np. Jasiu, Marysiu, to jest pan Janusz, poznaliśmy go na występie pana Andrusa, pan Janusz będzie z nami mieszkał…
Utwór sondażowy
Nie wiem jak u pozostałych, ale u mnie w domu (na szczęście?), pomimo zachęt artysty, stan liczbowo-osobowy się nie zmienił. Artur Andrus jako człowiek „szczery z publicznością” zdradził więcej scenicznych tajników. – Będziecie wiedzieli, że każdy to robi, ale o tym nie mówi. Każdy na początku występu ma utwór sondażowy. Tym utworem trzeba sprawdzić, jaka dziś przyszła publiczność i na co można liczyć.
Nas sondowała „Baba na psy” - jeden z moich ulubionych kawałków. Piosenka narodziła się jako efekt poszukiwań odpowiednika na istniejące w męskim świecie zjawisko „psa na baby”. Żeńskim odpowiednikiem okazała się właśnie tytułowa baba. Andrus zadedykował ją swojej przyjaciółce Marii Czubaszek, która identyfikowała się z tą postacią. Miała tylko jedną uwagę, nigdy nie uważała się bowiem za kobietę „przy kości”.

„Babę” podśpiewywaliśmy z przyjemnością, zdając przy okazji kolejne testy. Andrus snuł zaś opowieść, gdy na kameralnych urodzinach Quincy’ego Jonesa (było tylko kilkanaście osób), do 5 rano dotrwała czwórka – jubilat, Bob Dylan, Paul McCartney i on sam. Rozmowa toczyła się o życiu i pracy, a Andrus ośmielił się zapytać mistrzów tak: jak rozpoznajecie, że ludzie was kochają. Odpowiedź była prosta: jak z tobą śpiewają albo ci klaszczą, to znaczy, że cię kochają. - Naprawę to jest takie proste - zdziwił się w opowieści Andrus. Na to Quincy odparł: Spokojnie młody, pojedziesz do Częstochowy, to się przekonasz. Tu – już w teatralnej sali – posypały się brawa. – Nie ma jak publiczność sama z siebie wyrwie się ze spontaniczną reakcją – skwitował artysta.
Wrak Człowieka i Bogowie Rehabilitacji
A skoro zima, ta kalendarzowa, to nie brakowało piosenek aktualnych. – Pomyślałem, że powinienem ją zaśpiewać. Państwo nie są teraz na nartach, ale może wypełnia was tęsknota za nimi. Ta piosenka powstała dlatego, że odkryliśmy pewien brak. Mianowicie w polskim show biznesie brakuje piosenek narciarskich, a żeglarze mają od groma swoich szantowych piosenek typu „hej ciągnij linę”. Sprawdziłem w śpiewniku turystycznym jest 86 piosenek o linie. Wszystkie żeglarskie, żadnej narciarskiej. Postanowiliśmy coś z tym zrobić. I napisaliśmy szantę narciarską. Skorzystaliśmy z doświadczeń żeglarzy, daliśmy to narciarzom. Tam niewiele trzeba zmienić. Założyliśmy nawet zespół szanty narciarskiej Wrak Człowieka – wyjaśniał zapowiadając „Szantę narciarską”.

Zresztą Wrak Człowieka to nie jedyna formacja, która narodziła się okazjonalnie. - Zauważyliśmy z kolegami, że coraz częściej jesteśmy zapraszani na występy w sanatoriach, już nawet w ramach Nocy Muzeów występowaliśmy. Dostosowaliśmy się do potrzeb sanatorium i założyliśmy zespól Demony Sanatorium. Jednak gdzieniegdzie ta nazwa nie jest dobrze przyjmowana, jest za ostra i mamy też taką łagodniejszą wersję - Bogowie Rehabilitacji – objaśnił.
Hit na Sylwester marzeń
To oczywiście nie koniec. - Kolejną strukturą, którą założyłem jest Studium Przeróbek Istniejących Piosenek i Dostosowywanie Ich Do aktualnych Trendów - w skrócie SPIPiDIDAT. Jedną z form działalności jest tłumaczenie. Zajmuję się tłumaczeniami najchętniej z języków, których nie znam. Bo uważam, że to ambitniejsze. Co to za sztuka przetłumaczyć z języka, który się zna. To każdy potrafi. A z takiego, którego się nie zna, to już jest sztuka. Jak sobie niedawno uświadomiłem, ilu języków nie znam, to sobie autentycznie zaimponowałem. Nie znam zbyt wielu osób, które nie znają aż tak wielu języków – przyznał.

Efektu działań SPIPiDIDAT-u mieliśmy okazję też posłuchać. Nie ukrywajmy: „Diridonda” w teatrze to naprawdę duża rzecz! - To jest tłumaczenie z języka, którego nie dość, że nie znam, to ja się go nawet nie domyślam. Historia tej piosenki jest taka: kiedyś moi słowaccy przyjaciele podesłali mi link do teledysku. To nie jest słowacka piosenka. W roku 1975 na Festiwalu w Splicie wylansowała ją grupa Novi Fosili, nazywana chorwacką Abbą. To wszystko prawda. Ja się tym zachwyciłem, chciałem zaśpiewać, ale nie miałem polskiego tekstu. Pomyślałem: jaki problem, to sobie przetłumaczę. Usiadłem i zacząłem to robić intuicyjnie, przyglądać się temu i zastanawiać, o czym to może być. Parę lat później znalazłem fachowe tłumaczenie tej piosenki, zrobione przez kogoś, kto znal język i okazało się, że to jest dokładnie o tym, o czym ja napisałem. To znaczy są inne słowa, zdania, inna opowieść, ale poziom literacki udało mi się zachować w pełni – opowiadał Andrus.
- Przeżyjecie szok estetyczny – ostrzegał (i trochę tak było). - Muszę wytłumaczyć, dlaczego wprowadziłem to do repertuaru. Jest kilka powodów. Są takie imprezy jak Sylwester marzeń, jak Eurowizja i może państwo zauważyli, że mnie tam państwo nie zauważyli. Ale to nie dlatego, że ja nie chcę, tylko nie zapraszają. Pomyślałem, że nie zapraszają dlatego, że myślą. że ja nie mam repertuaru, żebym tam nie pasował. To teraz udowodnię, że tą jedną piosenką mógłbym obskoczyć i Sylwester marzeń, i Eurowizję, i nikt by się nie zorientował, że coś tu jest nie tak.

Był jeszcze inny powód. - Uważam, że najwyższym wyrazem uznania artysty dla publiczności jest to, na ile ten artysta jest się w stanie dla tej publiczności skompromitować. Po tym, co usłyszycie za chwilę, pomyślicie, że ja muszę was kochać. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko: jaka Chorwacja, taka Abba.
Dwa oddzielne monologi
Gdy wybrzmiały ostatnie tony, nas opuścił szok, a muzycy… opuścili scenę. Okazało się, że zespół zgodził się zagrać „Diridondę” pod warunkiem, że potem… może zejść ze sceny.
Artura Andrusa stan ten jednak nie krępował. Mając w zanadrzu tyle historii, mógłby w pojedynkę zapewnić program koncertów na 365 dni. Mnie szczególnie urzekły opowieści o mamie artysty. Słyszałam je już wcześniej, ale bawiły mnie tak, jak nowości.
- Jednym z trudniejszych momentów w życiu jest ten, gdy człowiek sobie uświadamia, że jego własna matka traktuje go jak rówieśnika. A ja właśnie jestem na takim etapie. Mama potrafi zadzwonić i powiedzieć, że się numerek do neurologa zwolnił i że może chcę skorzystać. To fenomenalne, co się dzieje miedzy nami. Zacząłem sobie notować nasze rozmowy telefoniczne, bo to oddzielny rodzaj literatur się tworzy. To zresztą nie rozmowy, a dwa oddzielne monologi. Cytuję w oryginale. Mama mówi: co zmęczony jesteś. Ja mówię: nie. Ona: no ja też się właśnie położyłam.
Turecka piosenka interwencyjna

Nie było rady, łzy same ciekły mi po policzkach. A że ze wszystkich humorów najbardziej lubię ten czarny, stan ten utrzymywał się u mnie niemal cały wieczór. I jeśli znalazł się ktoś, kto z kamienną twarzą wysłuchał „Diridondę”, to „Cyniczne córy Zurychu” pokonały chyba wszystkich. – To piosenka interwencyjna, która powstała kilka lat temu, gdy uświadomiliśmy sobie, jak bardzo w polskim repertuarze brakuje dobrych piosenek tureckich. Jest z tym problem, nie wiem dlaczego. My postanowiliśmy coś takiego napisać. Na te potrzeby założyliśmy zespół Westchnienie Haremu. Najpierw nazywaliśmy się Strażnicy Haremu, ale potem dowiedzieliśmy się, kim byli strażnicy w haremach i trzeba było szybko zmienić nazwę – wyjaśnił Andrus, dodając – zgodnie z umową sponsorską – że zespół ubiera Dom Mody Rozpacz Sułtana, a on sam choreografii uczył się z tureckich teledysków.
Za każdym razem, gdy niestrudzeni muzycy wyliczali imiona sześciu zaradnych córek, które ma stary tata Turek, tj. Ajsze Baszak Fatma Dżanan Burczu i Raszida (tu podpieram się stroną tekstowo.pl), zastanawiałam się, czy za każdym razem powtarzają to samo. Mnie się ta sztuka nie udała, mogłam zaśpiewać tylko przeciągłe „aaaaa” (do czego na turecką nutę Andrus zresztą zachęcał).

Ostatnia z oficjalnych piosenek była okazją, do przedstawienia muzyków. Przy fortepianie zasiadł Wojciech Stec. Kompozytorem „Cór” (i większości piosenek wykonywanych przez Andrusa) jest kontrabasista i akordeonista Łukasz Borowiecki. Na saksofonach i klarnecie zagrał Łukasz Popławski, a na perkusji – Paweł Żejmo.
Wymuszacz bisów
Wszystkim należały się oklaski, a za nimi poszły też prośby o bisy. I tu kolejny patent estradowy Artura Andrusa - Wymuszacz bisów. Ja bisy zaczynam już śpiewać w środku programu. Dla państwa nie ma to żadnego znaczenia, dla mnie ogromne, bo potem przyjeżdżam, a koledzy pytają: jak tam w Częstochowie? Bisowałeś? Odpowiadam: sześć razy.
Wśród utworów na bis nie mogło zabraknąć „Piłem w Spale, spałem w Pile”. - I to jak na razie tyle, hej łoo hej – wtórowaliśmy artyście.
Teraz czekamy na powrót. Mamy nadzieję, że to nastąpi. Zwłaszcza że częstochowski teatr przygotował mu „wesołe powitanie” – jak to ujął na swojej facebookowej stronie. Na drzwiach od portierni zawisnął bowiem baner: Kochamy Pana, Panie
Andrzeju Arturze. Ozdobiono go serduszkami i odciśniętymi uszminkowanymi ustami. Zdjęcie z Facebooka załączmy na dowód. Baner się z pewnością jeszcze przyda. Gdy znów przyjedzie do nas Andrzej Poniedzielski (z Andrusem zresztą zaprzyjaźniony), dołoży się kolejne skreślenie.
Autorem fotografii z recitalu jest Robert Jodłowski.
