SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Sylwia Bielecka

Jezus z Filipin, rozkalibrowany aparat intelektualny i inne opowieści

1 lipca 2024
Sylwia Bielecka
Udostępnij

Ruben już 34 razy pozwolił się przybić do krzyża. Zawsze w Wielki Piątek. W marcu postanowił zawisnąć kolejny raz, a Przemysław Kossakowski pojechał na Filipiny, by porozmawiać z nim i podjąć – jak sam twierdzi – beznadziejną próbę zrozumienia, jak człowiek może sobie robić coś takiego.

middle-Kossakowski-2.jpg

Pochodzący z Częstochowy podróżnik i dziennikarz znany jest ze swoich nietuzinkowych pomysłów i patrzenia na świat inaczej, niż przeważająca większość. Efekty licznych wyjazdów, spotkań z ludźmi mogliśmy wielokrotnie oglądać przede wszystkim w jego autorskich programach telewizyjnych.

W maju był gościem VIII edycji Częstochowskiego Festiwalu Podróżniczego "Za Horyzontem". Tym razem opowiadał o swojej ostatniej podróży na Filipiny, której celem był Ruben Enaje, były malarz i pracownik budowlany, który po raz 35. dał się ukrzyżować w Wielki Piątek. Wszystko to w podzięce za cud z 1985 roku, kiedy to spadł z trzeciego piętra i nie dość, że przeżył, to jeszcze niczego sobie nie zrobił.

Przemysław Kossakowski opowiada barwnie i wciągająco. Bardziej jak kumpel, niż wszystkowiedzący dziennikarz. Oczywiście to kwestia doświadczenia w mediach, ale albo się ma pewien dar, albo nie. Kossakowski ma, bezwzględnie. Kupił publiczność w pierwszych minutach, a potem narracja z licznymi dygresjami, ubarwiona zdjęciami, popłynęła.

Sprzedaż waty cukrowej na Golgocie

Cutud, gdzie odbywają się filipińskie ukrzyżowania, leży ok. 80 km od Manili. - Pojechaliśmy do domu Rubena 3 dni przed Wielkim Piątkiem, ale okazało się, że go nie ma, bo… jest na próbie.

Zamiast czekać na niego, postanowili obejrzeć miejsce gdzie miało się odbyć cale misterium, nie tylko sama droga krzyżowa (były drogowskazy), ale przede wszystkim Golgota. Znaleźli, była na wzgórzu, a pan - trzy dni przed wydarzeniem - trenował już sprzedaż waty cukrowej...

middle-Kossakowski-4.jpg

- W tym całym szokującym nas spektaklu mistycznym, jest też nieprawdopodobny ładunek komercyjny – mówił Przemysław Kossakowski. Już te trzy dni wcześniej ustawiono zadaszenia, które były, ni mniej ni więcej, tylko strefą VIP. Każdy mógł sobie taką ogarnąć. Kolega Darek – ten od inwestycji w podróże przez Chiny* – dwa lata wcześniej dostał się do strefy VIP, pokazując w urzędzie gminy smycz do kluczy z nazwą jego fundacji. – O! Biały dziennikarz, proszę bardzo - usłyszał.

- Kiedy Filipińczycy widzą białego z aparatem bardzo chcą zostać sfotografowani – mówił Kossakowski, pokazując przy tym liczne zdjęcia na których mieszkańcy archipelagu, nieżalenie od płci i wieku wyraźnie radośnie i tłumnie uśmiechali się do obiektywu, bez względu na okoliczności, w których ta fotografia była robiona (np. tuż po biczowaniu). - Nie wiem z jakiego powodu, ale uważają, że to jest bardzo atrakcyjne. My jesteśmy w ogóle dla nich bardzo atrakcyjni. Ponadto – co ciekawe - uważają, że pomoc białemu przynosi szczęście.

Czy taki akt podoba się Bogu?

Ruben nie jest jedyny, który daje się przybić. Jest jednym z nielicznych, ale nie jest sam. Gwoździe, którymi jest krzyżowany trzyma przez cały rok w pojemniku ze spirytusem.

Kossakowski zapytał go czy ten akt poświęcenia, to, że daje się przybić do krzyża podoba się Bogu. Odpowiedział, że kiedy w 1985 roku leciał w dół, to był przekonany, że to są jego ostatnie chwile, że nigdy nie zobaczy swoich dzieci, żony, bliskich. Otworzył oczy, nad nim było błękitne niebo, okazało się, że nic się nie stało. W tym momencie Bóg dał mu bardzo jasny komunikat. Zrozumiał, że Bóg może się z nim kontaktować bezpośrednio, że to jest relacja jeden na jeden. I on wie w jaki sposób Bóg jest w stanie przemówić. - Od tego czasu, krzyżowałem się już 34 razy i nigdy Bóg w żaden sposób nie pokazał mi, że jest z tego niezadowolony – zakończył swoją wypowiedź Ruben.

middle-Kossakowski-1.jpg

- To jest taki moment, kiedy nasz aparat intelektualny ulega rozkalibrowaniu – opowiadał o swojej reakcji na te słowa podróżnik.

Według Kossakowskiego Filipińczyk ma na twarzy wciąż taki wyraz smutku, jego nie cieszy całe to wydarzenie. Twierdzi, że nie podoba mu się ten karczemny spektakl, który wokół tego się odbywa. - To wszystko przypomina rodzaj znanego nam sprzed lat odpustu – mówił podróżnik. - I tu, w tym wszystkim stoi człowiek, który chce podziękować Bogu. I jego to boli. On by wolał iść sam, żeby ktoś się przebrał za Rzymianina, przybił go do krzyża, żeby to było bardziej intymne.

Ten rodzaj rytuałów pasyjnych jest bardzo popularny na Filipinach. Władze kościelne go nie aprobują, takie procesje nie mają wstępu do katolickich kościołów. Misteria, w których udział biorą samobiczujący się (po ich plecach leje się mniej lub bardziej prawdziwa krew), rzymscy centurioni, Jezusy, mają swoje korzenie w późnym renesansie, kiedy na archipelagu pojawili się Hiszpanie. W ten sposób mieszkańcy połączyli swoje wcześniejsze ludowe tradycje z chrześcijaństwem.

W tym duchu, kilkaset lat później, Ruben Enaje, były malarz i pracownik budowlany z prowincji Pampanga w Wielki Piątek dał się ukrzyżować po raz 35.

- Po tym doświadczeniu wiem, że nigdy nie zrozumiem drugiego człowieka, ale przynajmniej podjąłem próbę – powiedział Przemysław Kossakowski.

Dygresja nr 1 – oszczędności w podróżach

Mój kolega postanowił, że przyoszczędzi na podróży do Manili. Urwał tysiąc złotych, żeby polecieć chińskimi liniami. Leci się wtedy 24 godziny i ma się 12 godzinną przerwę w Pekinie, ale – bonusik - linie dodają do tego wizę, tak, że można w tym czasie zwiedzić sobie Pekin. Po tej podróży jednak kolega mówi, że nie da się zwiedzić Pekinu. Po pierwsze dlatego, że wszystkie informatory są po chińsku. Po drugie nikt nie zna angielskiego i po trzecie jest cała masa utrudnień. Jak już się znalazł na tym Placu Niebiańskiego Spokoju, to marzył tylko o tym, żeby wrócić z powrotem do terminalu. A na koniec Chińczycy zgubili mu bagaże. Wolę dopłacić i lecieć tymi Emiratami, których też nie lubię, ale mam jakieś zaufanie, oni mi niczego nie zgubili.

middle-Kossakowski-6.jpgDygresja nr 2 - Whang-od, Bartek i zęby

Wylądowałem w Manili i spędziłem dwa tygodnie z dwoma Polakami, których wcześniej nigdy nie widziałem. Korespondowałem jedynie z Bartkiem. Mariusz ma swojego vloga Rajskie życie w kurniku, mieszka na Filipinach ze swoją żoną, teściową i dwójką dzieci w 40-metrowym bungalowie, krytym blachą, teraz kopie studnie, no niesamowity człowiek.

A Bartek, a Bartek to jest patologia. Mieszka w Polsce, ale robi wszystko, by jak najczęściej jeździć do Azji. Bartek ma wspaniałą cechę, którą na co dzień spotykam u osób z zespołem Downa, ale bardzo rzadko u ludzi w tzw. normie. A mianowicie jak Bartek o czymś sobie pomyśli, to musi to powiedzieć.

Po spotkaniu z Rubenem pojechaliśmy odwiedzić Whang-od, która jest znana jako najstarsza tatuatorka na świecie. Urodziła się w 1914 roku. Uzyskała wielką reputację, tatuując łowców głów. Wiedziałem, że zaczęła tatuować jak miała 15 lat, a jej pierwszymi klientami byli wojownicy. Robiła im rytualne tatuaże, które potwierdzały ich zabójstwa. Jest skarbem narodowym dla Filipińczyków, to niesamowita historia.

Wdrapujemy się do Buscalan, do wioski ,w której mieszka i okazuje się, że jesteśmy jej ostatnimi klientami. To nie była akurat żadna rewelacja, natomiast później, jak już skończyła nas tatuować, jakoś ją tak rozbawiliśmy, że powiedziała, że możemy ją zapytać o jedną rzecz. Myślę sobie, ożeż, to jest ten moment… Tylko o co zapytać - o łowców głów, o pierwszego klienta?! Nie zdążyłem...

middle-Kossakowski-3.jpg

Obok siebie usłyszałem głos Bartka, który zadaje Whang-od pytanie – ikonie tatuażu, skarbowi narodowemu Filipińczyków, dwa lata temu miała okładkę Vouge (najstarsza osoba na świecie, która miała tę okładkę). Oto pytanie Bartka: te zęby to są pani czy to proteza?

Pogrom, nie było co zbierać. Jak mówię to ludziom od tatuażu w Polsce, to im wody odchodzą. I co się okazuje? Ona dostaje ataku śmiechu, jak już ściera łzy,to mówi, że o wszystko ją pytali już, ale o zęby to jeszcze nie. I w związku z tym, że tak ją ujęliśmy tym pytaniem, to mamy godzinę i możemy pytać o co chcemy. Dostałem od niej taką historię, że klękajcie narody, nie znajdziecie tego w internecie. O nieszczęśliwiej miłości, wykluczeniu społecznym…

Dygresja nr 3 - Poza skalą*

Dziennikarz pokazywał też zdjęcia „osiedli”, gdzie żyją ludzie trochę poza naszą skalą rozumienia nędzy. - W takich momentach myślę sobie, że poszliśmy w złym kierunku - mówił. - Tam jest masa radosnych, uśmiechniętych ludzi. Byłem w miejscach, które zasługują na określenie slumsy, gdzie mężczyźni wyglądają, że potrafią użyć przemocy, ale czułem się tam bezpieczniej, niż w sobotę wieczorem na Pradze w Warszawie.

Oczywiście Kossakowski nie robi z nich aniołków, wie dobrze, że tam też można dostać nóż pod żebro, uważa jednak, że wystarczy wiedzieć, gdzie nie wchodzić. - Natomiast ten wieczny uśmiech i że oni wciąż się cieszą – ze wszystkiego - jest aż niepoważne – opowiadał nie kryjąc fascynacji.

Fot. Sylwia Bielecka

Sylwia Bielecka - czytaj więcej