Już lżej oddychać
Grzebanie w gazetach pożółkłych ze starości zawsze przynosi jakieś fascynujące znaleziska. Jedno z nich przyda się nam właśnie teraz, 9 maja 2025 r., kiedy to wypada 90. rocznica urodzin Haliny Poświatowskiej.

Jaka gazeta tym razem kryła niespodziankę? „Przekrój” z 1 grudnia 1958 r. Numer gwiazdkowy. Na okładce duża reprodukcja portretu „Młoda księżniczka” holenderskiego malarza Jeana Gossaerta Mabuse’a. Z boku rysunek Eryka Lipińskiego: Święty Mikołaj z kolumny Zygmunta, z choinką zamiast krzyża i gazetą w miejsce miecza ogłasza w komiksowym dymku: Dla Ciebie na święta przygotowaliśmy 48 stron Przekroju. Przeczytaj!. Niżej zachęta: Motorower do wygrania w konkursie na stronie 45.
Jasne, że zaintrygowany czytelnik z miejsca otwiera pismo w tym właśnie miejscu. I tuż obok, na stronie 44. wpada mu w oko całostronicowy artykuł „Serce poetki”.
U góry małe zdjęcie. Znamy doskonale tę panią: Halina Poświatowska. Niżej krótki tekst o niej: […] to młoda kobieta, która jest chora i pisze wiersze. Przez kilka miesięcy jej stan zdrowia stale się pogarszał. Miała ciężką wadę serca. Dawano jej rok życia. Niedawno poetka pojechała do Stanów Zjednoczonych. Będąc w Ameryce, dała się zbadać, lekarze orzekli konieczność operacji serca. Operacja przebiegła pomyślnie, Halina Poświatowska jest obecnie rekonwalescentką. Poniżej drukujemy listy, pisane przez Halinę Poświatowską krótko po operacji – do matki oraz do lekarza, który leczył ją w Krakowie. Przedstawiają one walkę młodej dziewczyny ze śmiertelną chorobą, decyzję na ryzykowany zabieg, praktykowany dopiero od niedawna, dramatyczne dni po zabiegu. Ostatni list przyszedł w momencie, gdy oddawaliśmy ten numer do druku. Drukujemy również dwa wiersze Poświatowskiej, pisane jeszcze przed operacją.

Pomogła Polonia
Wszystko z tej notatki już z grubsza wiemy – z lekcji języka polskiego, z biografii poetki, z publikacji na jej temat. Wiemy, że gdy w styczniu 1945 r. wojska sowieckie wchodziły do Częstochowy, cywile w obawie przed strzelaninami ukrywali się m.in. w piwnicach. Tak też zrobiła rodzina Mygów, spędzając kilka dni i nocy w lodowato zimnych pomieszczeniach pod kamienicą nr 4 w I Alei. 9-letnia Halinka Myga zachorowała przez to na anginę, potem na gorączkę reumatyczną i zapalenie wsierdzia, które doprowadziło do niedomykalności zastawki. Dziewczynka przy niewielkim nawet wysiłku traciła oddech, mdlała. I tak przez mniej więcej 10 lat, bo jej choroba była wtedy nieuleczalna.
Aż w połowie lat 50. Amerykanie skonstruowali płucoserce - urządzenie, które podczas operacji na otwartym sercu przejmuje jego funkcje, umożliwiając tzw. krążenie pozaustrojowe. W 1956 r. specjaliści z USA prezentowali tę metodę na kongresie kardiochirurgów w Krakowie. Prof. Julian Aleksandrowicz, którego pacjentką była Haśka (wtedy już wdowa po Adolfie Poświatowskim), przedstawił jej przypadek. Sprawa młodej częstochowianki stała się na tyle głośna, że Polonia amerykańska zebrała pieniądze i późnym latem 1958 r. Halina popłynęła Batorym do Stanów. Operacji podjął się Hahnemann Hospital w Filadelfii.
Przemyciłam się na operację
Podobno zabieg pokazywała telewizja. My możemy poznać jego przebieg z relacji… samej Haśki, z jej listów do matki wydrukowanych w „Przekroju” z 1 grudnia 1958 r.
Jakoś mi dziwnie lżej się oddycha, tętno mam nieregularne – ale nic się we mnie nie skacze – piersi spokojniutkie, nie uwierzyłabyś. Leszek wczoraj przylazł i opowiedział mi trochę o tej operacji. Wesołe rzeczy. Podobno miałam zupełnie zniesioną zastawkę, rozszerzenie jakiegoś tam czwartego stopnia i że oni jeszcze tego nie operują. Przemyciłam się na operację dzięki temu, że badanie było niedokładne. A dopiero gdy mnie ładnie rozkroili – przyszedł Nichols (najlepszy chirurg, który mnie operował). Zgodził się, bo go Leszek prosił, żeby zdecydować, czy operacja się odbędzie – włożył mi palec do serca i stwierdził, że jest bardzo źle i że strasznie niebezpiecznie jest w tych warunkach operować, i kazał zobaczyć Leszkowi – więc Leszek też włożył paluch do serca i zgodził się, żeby robić. Nichols poszedł sobie palić papierosa, a oni mnie rozcinali dalej, i zakładali ten aparat do przetaczania krwi. Ten aparat przetaczał mi krew, zabierał sprzed serca i wtłaczał w pachwinę, gdzie mam takie szerokie cięcie, bo tu była arteria.

Obudziłam się, gdy mnie przenoszono do łóżka. Leszek coś do mnie gadał, ale nie wiem co, pomyślałam, że to już chyba po – a potem miałam potworne dreszcze. Takie dreszcze. Dostałam jakiejś zawrotnej gorączki, telepało mną dosłownie. A oni położyli mnie na lód i obłożyli workami z lodem – i przykryli jednym prześcieradłem. A ponieważ mi noga wystawała spod tegoż, więc krzyczałam, aby mi ją przykryli, bo mi jest zimno. Na drugą noc znowu ta potworna gorączka, i znowu położono mnie na lodzie i pootwierano wszystkie okna i kazali mi pić dużo wody z lodem – ale ja się trzęsłam potwornie. I nie przeziębiłam się, nie dostałam zapalenia płuc, chociaż przyrzekałam tym czarnym, że to zrobię. Zbadali mnie i coś im się nie podoba, bo mi się migotanie przedsionka utrzymuje, ale to nic nie jest. Leszek mówi, że z tą zastawką żyłabym najwyżej rok lub półtora, a potem udusiłabym się. Genialny Nichols przyszył ją czterema ściegami na amen nylonem, już teraz tylko serce musi przywyknąć do pracy i będzie dobrze.
Biuletyny lekarskie w eterze
Kim był tak często wspominany tutaj Leszek? Jadąc do USA, 23-letnia Poświatowska nie znała wcale angielskiego. A przecież musiała się jak najbardziej precyzyjne komunikować z lekarzami. Przydzielono jej więc opiekuna mówiącego po polsku - kardiochirurga Polaka z pochodzenia, choć już urodzonego w Stanach. Nazywał się Leszek Dereń. To on przygotowywał ją do operacji. To jemu wyznała, że woli umrzeć na stole niż powoli dusić się przez ten rok czy dwa, które jej jeszcze zostały.

Kiedy otwarto klatkę piersiową pacjentki, główny operator, prof. Henry Nichols orzekł, że lepiej będzie zrezygnować z zabiegu, bo jest on zbyt ryzykowny. Serce było w bardzo złym stanie, medycyna nie miała jeszcze metod, które by można w tym przypadku zastosować. Do podjęcia się – mimo wszystko – operacji nakłonił Nicholsa właśnie Leszek Dereń.
W efekcie o innowacyjnym zabiegu zrobiło się w USA głośno, nie tylko w kręgach medycznych. Na czym zresztą skorzystała rodzina Mygów, zatrwożona o los córki. O kontakcie telefonicznym przez ocean nie było mowy, telegram szedł niecały tydzień, list lotniczy – dwa tygodnie. A jednak miała praktycznie na bieżąco wiadomości o stanie zdrowia Haśki: komunikaty na ten temat nadawało co kilka godzin... Radio Wolna Europa.
Na szczęście wyżyłam
Tydzień później Haśka sama mogła napisać do matki:
Pocięta jestem tak, że sobie lepiej wyobrazić nie można – ale to nawet zabawne, zawzięcie wypyskowuję się o zastrzyki morfiny. Oni mnie mają za zdrową i każą samej jeść i myć się […]. O, jak boli – moje złotko – jak boli.
Nie wpadaj w histerię, bo zanim list zajdzie, to już to będzie bardzo mało aktualne. No i zresztą, gdyby mi nie było lepiej, to bym jeszcze nie pisała. Ale Leszek mi kazał. A ja go lubię słuchać.

Byłam cholernie dzielna przed tym – nic się nie bałam – zaczęłam się bać panicznie po operacji. W czwartek było bardzo źle, w piątek też, dopiero w sobotę się uładziło. […] Na szczęście wyżyłam. […] Kobieta operowana w moim pokoju zmarła na trzeci dzień. To było najgorsze. W ogóle nie mówiłam ci, a tu po tych operacjach mrą jak muchy. Dlaczego ja nie? Podejrzewam w tym ciemne machinacje losu. Oni mówią, że zdrowieję bardzo ładnie.
Poszłabym na uniwersytet
„Przekrój” zamieścił też list do prof. Aleksandrowicza. Znajdujemy w nim opis tego, co lekarze zobaczyli po otwarciu pacjentki:
Podobno nieomal wszystka krew, bo więcej niż 80%, ganiała mi z powrotem z drugiej komory do pierwszej […] i do organizmu szło te mizerne 20. I byłam okrutnie niedotleniona.
Oni powiedzieli, że mogłabym żyć jeszcze rok – dwa – to wszystko. Ale oni nie wiedzą […] o naszym wściekłym uporze. Chcieliśmy żyć, prawda? Chociaż tuż przed operacją wszystko wydawało nam się jedno – i nie martwiłam się nic, i tak ładnie chciałam umrzeć, i tak bardzo miałam dość.
Poszłam jak malowanie, pouśmiechaliśmy się do siebie z dr Nicholsem – on bardzo miły – potem Leszek Dereń powiedział »Dobranoc, Halinka« […] Bolało tydzień – teraz to już nie jest ból, tylko takiego coś oswojonego i jak się łagodnie obchodzić – to znaczy poruszać – można z tym współżyć. Spuchnięte jeszcze – a już lżej oddychać i gadać mogę przedziwnie szeroko i nic nie dusi. […] A teraz- po raz pierwszy w życiu zaczynam się podejrzewać o coś takiego jak przyszłość […] Poszłabym na uniwersytet i studiowałabym język angielski i literaturę oczywiście. Potem mogłabym przekładać, miałabym taki cudowny fach. Po powrocie do Polski mogłabym pomagać rodzicom, a nie jak do teraz, że oni ciągle i zawsze mnie. Przecież oni są biedni – i naprawdę nie mogą.
Chcę życia
Oprócz listów, znajdziemy na dole 44. strony „Przekroju” dwa wiersze Haśki. Jeden pisany w Nowym Jorku, 12 września:
[…]
a ja chcę życia – płasko
a ja chcę życia – nisko
ja nie chcę w głąb
ja nie chcę wszerz
ani wzdłuż
Chcę, żeby się owinęło
o występ muru
konsystencją dzikiego wina
chcę żeby czepiało się okien
drzwi -
żeby zapachem
biegło przez dom
żeby dokoła z ziemią krążyło
z moim sercem co wewnątrz tkwi
[…]

Drugi wiersz jest z listopada. Pisała go już w Filadelfii:
Halina Poświatowska to jest podobno człowiek
i podobno ma umrzeć jak wielu przed nią ludzi
Halina Poświatowska właśnie teraz się trudzi
nad własnym umieraniem
[…]
Cóż, na śmierć przyszło jej zaczekać. Prof. Aleksandrowicz występując kiedyś w audycji Polskiego Radia poświęconej Halinie Poświatowskiej powiedział: – Żyła o blisko dziesięć lat dłużej, niż przewidywała tradycyjna medycyna. Na przykładzie Poświatowskiej zweryfikowałem moją koncepcję zdrowia, że nie ma nieuleczalnie chorych.
Fot. „Przekrój” z 1 grudnia 1958 r. - reprodukcja, Robert Jodłowski (Dom Poezji. Muzeum Hali Poświatowskiej), Kacper Staszczyk
