Koniec wakacji, więc dajcie tu jakąś muzyczkę
Fryderyk Chopin bez fortepianu? Tylko na orkiestrę i… balet? Oczywiście. Od 120 lat tak go wykonują. Ba, zrobili z tego przebój. Zapoznaliśmy się z nim na żywo podczas ostatniego w sierpniu koncertu filharmonii, zorganizowanego na finał Dni Częstochowy.

Beztroskich wakacji to orkiestra naszej filharmonii nie miała w tym roku: niby zakończyła sezon, niby lato trwało w najlepsze, a ona wciąż grała. Trwał bowiem Letni Jurajski Festiwal Muzyczny – a to w Nieznanicach, a to w Świerklańcu, w Złotym Potoku, Czarnym Lesie, Ogrodzieńcu i Częstochowie. Gdzie się człowiek nie obrócił, zaraz słyszał jakieś D-dury.
30 sierpnia muzycy zasiedli na własnej scenie z innej okazji. Tradycyjnie wzięli udział w koncercie finałowym Dni Częstochowy. To nie tylko impreza muzyczna, ale ważna uroczystość: władze miasta przyznają nagrody szczególnie zasłużonym dla lokalnej kultury (o tegorocznych laureatach można przeczytać na CGK).
Z tego właśnie powodu widownia filharmonii wyglądała odświętnie, bo gala flagowa zobowiązuje (w rzędzie przede mną siedziały obok siebie cztery panie, każda w perłach). Scena też się prezentowała dostojnie. Na lewo od widzów stał kosz z imponującym bukietem w barwach miejskiej flagi. U góry kompozycji kwiatowej śnieżnobiałe mieczyki, pośrodku pasek jakichś żółtych kwiatków, dołem szafirowe chyba hortensje. Po prawej – trzej strażnicy miejscy w wyjściowych mundurach, przy szablach, ze sztandarem Częstochowy.

Rychło część oficjalna ustąpiła artystycznej. Ta zaś nastąpiła z przytupem: Chopin, Polonez A-dur. Tyle że bez udziału fortepianu. Orkiestra i zero (!) klawiszy. Wiecie, jak człowiek reaguje w takiej sytuacji? Zaskoczony marszczy brew, przerzuca muzyczne fiszki w głowie i zastanawia się: - Skąd ja u licha to znam?
Dopiero dyrektor filharmonii i dyrygent Adam Klocek wyjaśnił: to Fryderyk Chopin i jego słynny polonez, ale w wersji przerobionej na orkiestrę.
A było to tak. W 1907 roku słynny rosyjski choreograf Michał Fokin szukał pomysłu na romantyczny balet dla Teatru Maryjskiego w Petersburgu. Wybrał do niego muzykę Chopina, a kompozytor Aleksander Głazunow ją zaaranżował. Zmieniając – dodajmy – tempa, bo oryginał nie był przewidziany do tańczenia, więc trzeba go było dostosować. Całość opatrzono tytułem „Chopiniana”; jest pod nim znana do dzisiaj. Jednak dwa lata później Sergiusz Diagilew zarządził zmianę nazwy na „Sylfidy”, po czym przy pomocy swego zespołu Ballets Russes zaprezentował choreografię Fokina zachwyconym Paryżanom.
W Częstochowie baletnice nie drobiły, niestety, przed widownią żadnego pas de bourrée suivi. Okazały się kompletnie nieobecne. Za to usłyszeliśmy jeszcze dwa fragmenty słynnego baletu – Nokturn i Walca.

- Mieliśmy plan, żeby zaprezentować państwu wszystkie części „Sylfid”, ale te pozmieniane tempa w mazurkach… Nie. Jakże to grać w Polsce? Tu wypada wykonywać muzykę Chopina tylko w oryginale – westchnął na koniec tej części koncertu Adam Klocek.
Jak na letni wieczór przystało, program imprezy składał się głównie z muzyki pogodnej, choć systemowo nazywanej poważną. A konkretnie - takiej, że nogi człowiekowi same się rwały do tańca. Orkiestra miała na pulpitach nuty słynnych baletów, Chopin zaś stanowił aperitif przed następującym menu: Ponchielli, Czajkowski, Prokofiew, Ravel i Chaczaturian.
Amilcare Ponchielli ze swoją „Muzyką godzin” zapowiadał się nawet spokojnie. Zapowiadał, ale nie skończył. W pewnym momencie bowiem orkiestra zasunęła najprawdziwszego kankana. Ech, gdyby tak choć ze trzy, cztery chahuteuses (w tłumaczeniu: niesforne dziewczyny) w falbanach...
Piotr Czajkowski i fragmenty „Jeziora łabędziego” położyły kres tym swawolnym myślom.

Poświęconą mu część programu orkiestra zaczęła co prawda od figlarnego pas de quatre małych łabądków, ale potem zrobiło się już bardzo lirycznie. Miłosny duet księcia i Odetty – czy trzeba coś więcej? Nad tło orkiestry wzniosły się solo skrzypce koncertmistrza Tomasza Kulisiewicza, wiolonczela Siergieja Rysanova i harfa Natalii Leśniewskiej. Ten i ów na widowni złapał się emocjonalnie za serce, a oczy się nam rozmaśliły. Potem był dramatyczny finał całego baletu, z jego najsłynniejszymi motywami muzycznymi. Cała widownia przygnieciona została potężnym ładunkiem romantyzmu.
A skoro już przy Rosji byliśmy, wykonawcy dołożyli nam dwa znane kawałki z „Romea i Julii” Sergiusza Prokofiewa. Lekkie? A skąd! Muzyka to raczej mroczna, niemniej pierwszy z tych kawałków, przebojowy „Taniec rycerzy”, i tak zawsze się podoba.
Kolejny punkt programu – tak samo. Nie wysłuchaliśmy co prawda całego Ravelowskiego „Bolera”, tylko skrót, za to dyr. Klocek dołożył opowieść o historii tego dzieła. Konkretnie zaś, o Bronisławie Niżyńskiej, siostrze Boga Tańca Wacława Niżyńskiego. To Bronisława w 1928 roku stworzyła choreografię „Bolera” – dla słynnej Idy Rubinstein.

Jak głosi legenda, Ravel skomponował ten utwór zainspirowany widokiem maszyn w zakładach Forda w Detroit (całe życie zresztą fascynowała go mechanika). Miał nawet pomysł na premierę dzieła: na scenie zmontuje się makietę fabryki, a tancerze będą odtwarzać ruchy robotników przy linii produkcyjnej. Bronisława jednak dała mu odpór. Ustawiła Idę na stole wśród dekoracji udających hiszpańską tawernę. Widok kobiety ruszającej się rytmicznie i coraz bardziej zmysłowo przed zebranymi w karczmie, tracącymi panowanie nad sobą mężczyznami, odebrał publiczności dech. Aż jedna starsza pani podniosła histeryczny krzyk: „To szaleństwo!” i podobno nawet zemdlała. Lata mijały, wrażenie tej choreografii pozostało - w 1961 roku Maurice Bejart też ustawił swoich tancerzy na stole.
U nas nie doszło do takich ekscesów… choć niewiele brakowało, bo na finał koncertu mieliśmy szalony „Taniec z szablami” Arama Chaczaturiana. Słuchacze oczywiście wstali z miejsc.

- Czy na bis mamy zagrać „Bolero”, czy „Szable”? – zapytał dyrygent, gdy stało się jasne, że bez powtórki któregoś z utworów orkiestra nie zostanie wypuszczona do domu. I co? Czajkowski, proszę państwa, ten morderca kompozytorów. Dopiero po wzruszeniu się drugi raz przy finale „Jeziora łabędziego” publiczność zgodziła się na zakręcony deser, czyli Chaczaturiana.
No, to przygrywka do nowego sezonu artystycznego w filharmonii już za nami. Jesteśmy gotowi na więcej. Jak to ujął klasyk: „Dajcie tu jakąś muzyczkę”.
Fot. Łukasz Kolewiński
