Krzyk autentyczności
Podczas
tego wydarzenia wiersz stawał się rytmem, rytm – melodią, a melodia – emocją. W
Szafa Gra nie było klasycznej sceny, ani podziału na artystów i publiczność. I
to było największą siłą występu braci Rafała i Astka Cuprjaków.
Wszystko zaczęło się od poezji. Wrześniowy Turniej Jednego Wiersza w częstochowskim Pubie Szafa Gra znów przyciągnął tych, dla których słowo ma wagę, temperaturę i znaczenia. Gdy ostatni uczestnicy turnieju odczytali swoje wiersze, a jury i zgromadzeni widzowie nagrodzili najlepsze teksty, naprzeciw publiczności stanęli ONI - bracia Cuprjak – Astek i Rafał. Tego wieczoru nazwali się po prostu CUPRJAK. Astek, multiinstrumentalista i kompozytor, związany z projektami takimi jak Nowica 9, Jaźna czy Ogień z Wody, i Rafał - poeta, prozaik o brutalnie szczerym i refleksyjnym piórze, autor powieści „Po drugiej stronie”, „Mamusiu, przecież byłam grzeczna”, tomu poetyckiego „Manifesty” i zbioru opowiadań „Częstonsy”, a od 2020 roku wokalista zespołu Jaźna.
Nie było sceny, koncertowych, profesjonalnych świateł ani efektów. Była przestrzeń między ludźmi, kilka instrumentów i wibrujące emocje. Właśnie ta surowość – brak dystansu między wykonawcą a słuchaczem – okazała się największą siłą tego występu. Od pierwszych dźwięków było jasne, że to nie będzie zwykły koncert, tylko doświadczenie, gdzie granica artysta – widz zostanie zatarta.
Bracia, stając obok siebie, uwolnili energię skumulowaną latami wspólnej częstochowskiej wrażliwości i artystycznego fermentu. Ich projekt, zgodnie z zapowiedzią, łączy jazz z poezją, improwizację muzyczną z tekstową. I to właśnie połączenie nie było grzeczną fuzją. To zderzenie.
Astek, niczym szaman, żonglował instrumentarium godnym małej orkiestry: od gitary, przez flety, akordeon, aż po instrumenty perkusyjne tworząc z nich ruchomy krajobraz. Każdy dźwięk był tu improwizowaną odpowiedzią na słowo, a nie tylko jego tłem. W tym muzycznym tyglu, gdzie etno spotykało się z jazzową swobodą, a folkowa prostota z kompozytorską finezją, Rafał stawał się katalizatorem. Czasem śpiewał, częściej melorecytował, a momentami po prostu krzyczał. Nie był to jednak krzyk wściekłości, raczej krzyk istnienia, konieczność wyrzucenia z siebie słowa.

Improwizacja stała się naturalnym językiem tego wieczoru. Astek reagował na rytm słów, Rafał na zmianę tonacji. To, co się działo, przypominało rozmowę, w której nikt nie wie, co powie za chwilę, ale obaj rozmówcy mówią tym samym sercem. Nie było tu podziału na „piosenki” i „wiersze”. Jedno przechodziło w drugie. Wiersz stawał się rytmem, rytm – melodią, a melodia – emocją. Z czasem trudno było rozróżnić, co jest kompozycją, a co chwilą improwizacji. Wszystko płynęło.
Znając Rafała i jego twórczość, wiemy, że unika łatwych metafor i cukierkowych puent. Jego liryka uderza mocno w tematy uniwersalne: miłość, ból, radość, cierpienie, relacje międzyludzkie, ale robi to z pozycji kogoś, kto widział za dużo i nie boi się o tym mówić. Czasem bawi – ironią i absurdalnym, humorem. Czasem zmusza do przemyśleń – rzucając słuchaczowi w twarz szablony, które, ku zaskoczeniu, idealnie pasują do własnych przeżyć i obserwacji świata. Poezja Rafała Cuprjaka nie próbuje się podobać. Jest bezpośrednia, często gorzka, czasem brutalna. Jego teksty uderzają, bo są prawdziwe – pozbawione literackich ozdobników, zanurzone w doświadczeniu. Rafał nie recytuje, on przeżywa własne słowa. W jego głosie słychać życie, gniew, tęsknotę, momentami śmiech, ale zawsze autentyczność. Ten wieczór był tego esencją.
Były momenty, w których muzyka Astka stawała się brutalnym rytmem, perkusyjnym, transowym, a słowa Rafała były niczym litania gniewu, manifest sprzeciwu. W innych chwilach ton i dźwięk stwarzał przestrzeń dla refleksji i intymności, a słowa stawały się zaskakująco kruche i wrażliwe.

Ten kontrast – między multiinstrumentalną wirtuozerią Astka, jego zdolnością do płynnej zmiany gatunków i nastrojów, a poetycką dosadnością Rafała – stanowił o unikalności projektu Cuprjak. Na krótki moment nawet Rafał chwycił za gitarę, co tylko podkreśliło ich braterską, organiczną więź i improwizacyjny charakter całości. To nie był duet z ustalonymi rolami. To była rozmowa. Z Astkiem łączy Rafała bowiem nie tylko pokrewieństwo, ale i wspólne rozumienie sztuki. Ich występ był dowodem, że potrafią słuchać siebie nawzajem – także w ciszy. Kiedy Rafał zaczynał frazę, Astek znajdował w niej rytm, a gdy Rafał milknął, dźwięk instrumentu kończył zdanie za niego.
Ten braterski występ nie potrzebował sceny. Wystarczyło kilka metrów kwadratowych, dźwięki odbijające się od ścian i wiersz, który wypełniał przestrzeń. W takich warunkach nie ma miejsca na fałsz. I właśnie dlatego to, co stworzyli, było tak wiarygodne. Facebookowa zapowiedź koncertu określała występ jako „słowno-muzyczny performance” i „połączenie jazzu z poezją, improwizacji muzycznej i tekstowej”. To nie były puste słowa. Jazzowy był sposób myślenia – otwartość, reagowanie na chwilę, unikanie schematu.
Najbardziej sugestywnym a zarazem wzruszającym momentem występu był jego finał. Rafał, w sposób metaforyczny, a zarazem boleśnie sugestywny, zwrócił się do tych, którzy odeszli – nieodżałowanych: Adama Florczyka, Adama Markowskiego oraz swojego przyjaciela Macieja Głogowskiego.
W „Szafie” nie ma klasycznej sceny, nie ma również miejsca na podział: tu artyści, tam odbiorcy. Ten wieczór był rozmową – bez cudzysłowów i barier.
Nie było łatwo pozostać obojętnym. Kiedy Rafał wchodził w emocjonalny monolog, niektórzy spuszczali wzrok, inni wpatrywali się w niego bez ruchu. Właśnie w takich chwilach muzyka i poezja odzyskują sens – gdy przestają być towarem, a stają się spotkaniem ludzi.
Pozostaje mieć nadzieję, że projekt CUPRJAK nie był jednorazowym epizodem, a zwiastunem kolejnych, równie zmuszających do refleksji podróży.
Fot. Piotr Karoński
