Marek miał niesamowity dar oznaczania sobą bliskich
Dokładnie 20 lat temu zmarł Marek Perepeczko. Przyjaciela i byłego dyrektora Teatru im. Adama Mickiewicza wspomina Robert Dorosławski, który podobną funkcję sprawował przez kilkanaście lat, a obecnie jest dyrektorem artystycznym Fundacji Soward Kolorowa Edukacja.
Właśnie wyszedł przed chwilą
jeszcze jego cygaro
pokój dymem napełnia
jeszcze cienie od gestów
jeszcze ten blask nad świecą.
Z głośnika płynie Bach.
Chmurami pełnia.
(K.I. Gałczyński)
Takim właśnie zapamiętałem Marka Perepeczkę…
Z dobrym cygarem i dymem wypełniającym gabinet. Tak samo jak dobra muzyka. Marek często słuchał klasyki, zatem ten Bach byłby jak najbardziej na miejscu. Do tego dodałbym może jeszcze wykwintną herbatę w takim fikuśnym, piętrowym zaparzaczu. I nastrojowe światło. Może nie ze świec, a z kinkietów i stojącej lampy. Lubiłem te wieczorne gabinetowe spotkania. I niespieszne rozmowy. Praktycznie o niczym. Żadna tam burza mózgów. Albo milczenie.

Marek uchodził za duszę towarzystwa, rozmowny, elokwentny, iskrzący dowcipem, miejscami rubaszny, stąd nie wszyscy może wiedzą, że lubił też sobie pomilczeć. Ale nie sam. Z kimś. Zdarzało się, że tym kimś byłem ja...
Kiedy teraz – po dwudziestu latach od Jego odejścia – wspominam swojego byłego dyrektora, jakoś nie piętrzą się w mojej głowie anegdoty i śmieszne sytuacje. Tych zresztą już trochę się naopowiadałem. Raczej – może to też kwestia wieku – nachodzi mnie refleksja, ile Mu zawdzięczam. Zawodowo i prywatnie. Przy Nim nauczyłem się, albo raczej przekonałem, że teatr repertuarowy, teatr „środka” może być rzetelny artystycznie i atrakcyjny dla publiczności a zarządzanie jakimkolwiek zespołem ludzi nie musi bazować na strachu, histerii, umniejszaniu, wyciąganiu administracyjnych armat, którymi - bądź co bądź - każdy dyrektor dysponuje. Że szacunek należy się każdemu pracownikowi niezależnie od funkcji czy czynności, jaką wykonuje. Jeżeli robi to uczciwie i z oddaniem.

To On zaopiekował się mną, kiedy już musieliśmy odejść z teatru. Poznał mnie z Krysią i Jarkiem Pietrzakami i tak zaczęła się moja trzyletnia przygoda z zakładaniem i rozwijaniem Agencji „Certus”.
To Marek z Jędrusiem Iwińskim wymyślili imię dla mojej córki. Przyjechali do nas na wieś i kiedy z żoną – wtedy już w mocno zaawansowanej ciąży – nie mogliśmy się zdecydować, zdecydowali za nas. I czasami, do tej pory, kiedy Justyna coś przebąkuje na temat swojego imienia, całą winą obarczamy pomysłodawców.
Marek Perepeczko obdarowywał osoby, które lubił. Mam od Niego piękną irlandzką fajkę (wtedy paliłem tytoń), mam jeden z zegarków na rękę, które też namiętnie zbierał. Teraz ten zegarek jest w kolekcji syna. Mikołaj Marka lubił i doskonale go pamięta. Justyna mniej, bo kiedy odszedł, miała niespełna trzy lata.
Po śmierci Marka zrealizowaliśmy z częstochowskimi i przyjezdnymi artystami cztery koncerty. A to z okazji rocznicy, a to postawienia ławeczki w Alejach, a to wydania książki Andrzeja Kalinina. Pierwszy, niedługo po śmierci, zainicjowany przez Teresę Dzielską i teatralnych przyjaciół nosił tytuł „Znaczyć sobą…”. Dopiero teraz doceniam, jak trafnie to wymyśliliśmy.

Marek miał niesamowity dar oznaczania sobą bliskich. Zostawiał ślady. Te materialne i niematerialne. I dlatego chyba, mimo upływu dwudziestu lat od Jego odejścia, tak mocno jest w Częstochowie obecny. I tak pięknie pamiętany.
Robert Dorosławski
Tekst biograficzny Juliusza Sętowskiego poświęcony Markowi Perepeczce przeczytacie w najnowszej odsłonie cyklu CGK „Historyczny Człowiek Roku”.
Fot. Piotr Dłubak/Teatr im. Adama Mickiewicza
