SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

archiwum Adria Art

Maryla Forever

3 czerwca 2024
Udostępnij

Na częstochowski koncert zabrała siedem kreacji. Przez dwie godziny na scenie filharmonii dawała z siebie wszystko. W tym czasie spełniła wiele muzycznych i ludzkich marzeń. I ani przez moment nie zapomniała, że bez publiczności artysta nie istnieje. Bo Maryla Rodowicz jest jak „Małgośka”, po prostu „Forever”.

middle-Rodowicz1.jpg

Majowy koncert Maryli Rodowicz był trzecim tej artystki na moim koncie. Trzykrotnie doświadczyłam tego, jak śpiewała cała Filharmonia Częstochowska. I stanowczo powtarzam, że niewiele było (w tych okolicznościach) koncertów, na których wytańczyłam i wybawiłam się aż tak.

Jednak gdy wspominałam, że w tym roku znów się wybieram „na Marylę”, temu wyznaniu odpowiadały jakieś tajemnicze uśmieszki, jakieś przebąkiwania o playbacku, coś na zasadzie: czego spodziewasz się po 78-letniej artystce. A tego, że znów udowodni, że choć prawo do tego tytułu rości sobie wiele wokalistek, to królowa polskiej piosenki jest jedna.

Takie nadzieje pewnie miało wielu, bo bilety na koncert wyprzedały się gdzieś na miesiąc przed terminem. Czy wśród publiczności dominowali równolatkowie artystki? Skądże! Oczywiście nie brakowało tych, którzy pewnie na początku lat 70. zachwycali się jej debiutancką płytą „Żyj mój świecie”, ale znaczną część widowni zajęli ci naprawdę bardzo, bardzo młodzi. Co więcej, okazało się też, że koncert w Częstochowie przyciągnął ludzi z przeróżnych zakątków Polski.

Dwa tysiące piosenek

middle-Rodowicz2.jpg

Rodowicz wie doskonale, że artysta bez publiczności nie istnieje i każdy jej występ jest ukłonem w kierunku fanów. Każdy, kto zasiadł na widowni, wymarzył sobie pewnie inną piosenkę. Podaje się, że Maryla ma ich w dorobku ok. 2 tys., więc nawet gdyby każdy z blisko 700 widzów wybrał jeden tytuł i tak nie wyczerpałoby to puli możliwości. Czas koncertu jest jednak ograniczony, więc dwugodzinny program nie może pomieścić wszystkich przebojów. I choć koncert zatytułowano „Małgośka Forever” to Rodowicz setlistę (modyfikowaną zresztą na bieżąco) ułożyła tak, by evergreeny równoważyły się z piosenkami z jej nowszych płyt.

- Dobry wieczór, od razu zapytam, czego chcielibyście dziś posłuchać? – rzuciła na powitanie. Tu padały przeróżne życzenia, a to „Wielka woda”, a to „Niech żyje bal”. Artystka wyłapywała poszczególne prośby, kwitując będzie, będzie.

Ech, mała poszalej

Zaczęła hitem z 1976 r. „Sing-Sing”, do którego tekst (jak i do większości największych hitów piosenkarki) napisała Agnieszka Osiecka, a który obecnie przeżywa nową falę popularności. Wszystko za sprawą duetu nagranego wspólnie z Mrozu (koniecznie zobaczcie na YouTubie teledysk utrzymany w bondowskim stylu). Kolejne dwie piosenki również wyszły spod ręki Osieckiej, prywatnie przyjaciółki piosenkarki. Żałowaliśmy więc koni, śpiewając, że „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma” i przyznaliśmy, że „Nie ma jak pompa”.

Potem była „Ech, mała” z pierwszą zwrotką dedykowaną nastolatkom, drugą – mężatkom, a trzecią – babciom (tu Rodowicz wskazała na siebie i gdy śpiewała Ech, mała poszalej, Masz 80 lat widać było, że bierze sobie to do serca, a scenicznym szaleństwem przebija młodszych o dekady).

Śpiewając „Gaj”

middle-Marylka-v3.jpg

- Czy ktoś chciałby ze mną zaśpiewać? – zapytała ze sceny piosenkarka. Na odpowiedź nie musiała długo czekać, po chwili obok niej stało kilkanaście osób, najmłodsi byli kilkulatkami (i znali teksty!). To fanom Rodowicz zostawiła wybór piosenki. Padło na „Gaj”. Ekipa tak się rozochociła, że na jednym utworze nie poprzestano i razem wykonali jeszcze „Gadu, gadu”. Zanim wielbiciele artystki opuścili scenę, była moc ucisków i pamiątkowych zdjęć (trochę to trwało, bo nikt nie został pominięty). Osobiście bardziej zazdrościłam Marcelinie, która w lutym na tej samej scenie zaśpiewała z Kazikiem i Kultem, a i te momenty sprawiły, że na chwilę na świecie zrobiło się jakoś tak radośniej.

Żałuję tylko tego, że podczas koncertu nie można było robić zdjęć, tekst ilustrujemy więc tymi „oficjalnymi”. Do zakazu się stosowałam… prawie, bo, gdy na scenie pojawiała się publiczność, podobnie jak wielu sięgnęłam po komórkę. Efekty są marne i adekwatne do odległości od sceny, ale mają pamiątkową wartość.

Największa garderoba

Wróćmy jednak na scenę. Bo tam tempo zabawy nie spadło ani na moment. – Teraz będzie kolejny tekst Agnieszki Osieckiej. Agnieszka, myślę, że pisała trochę o mnie, trochę o sobie, ale ta „Tępa blondyna” to na pewno o mnie – zapowiedziała.

middle-Rodowicz.jpg

Wykonując „Remedium”, Rodowicz zdradziła z kolei kilka sekretów dotyczących owianych legendami scenicznych strojów (tym razem postawiła na czarny gorset i kolorową, ogromną spódnicę). – Te moje kreacje są piękne, ale by chodzić w nich po scenie, to tego trzeba się nauczyć. Nigdy nie wiem, co mam na siebie włożyć. Do Częstochowy wzięłam ze sobą siedem kreacji. Mam największą garderobę, chyba taką dla całej orkiestry – przyznała.

Kilka klimatycznych smutasów

Co dalej? Parada przebojów, którymi, przyznam się, zasłuchiwałam się, zdzierając kasetę „Niebieska Maryla” (wydaną ponad 20 lat temu). Nie zliczę, ile razy taśmę wciągnął mi magnetofon i ile razy ratowałam ją za pomocą ołówka. Do dziś uważam, że to jedna z najlepszych „koncertówek”. Po latach kupiłam ją w wydaniu płytowym, nie pamiętam tego, kiedy słuchałam jej ostatnio, ale set złożony z „Rozmowy przez ocean”, „Wielkiej wody” czy „Do łezki łezka” uruchomił dobre wspomnienia.

Te piosenki śpiewałam na całe gardło, oddech zapewniło mi kilka klimatycznych smutasów, Tak artystka anonsowała „Największą miłość, największy grzech” „W sumie nie jest źle”, „Las” czy wreszcie „Polską madonnę” (jeden z moich ulubionych tekstów), który jak sama mówiła – tu w Częstochowie ma szczególną wymowę. Mam nadzieje, że nikt się nie obrazi – zastrzegła, nim rozpoczęła śpiewać o pannie z dzieckiem, która musi się martwić o pieniądze na czynsz.

Małgośka forever

middle-Rodowicz3.jpg

Czas mijał nieubłaganie. Cała filharmonia „stała”, bo jak tu siedzieć, gdy grają „Niech żyje bal” (ta piosenka ma na karku już 40 lat, a mimo to ani odrobinę nie straciła siły przekazu), „To już było” czy „Kolorowe jarmarki”? Jednak gdy zabrzmiało To był maj, pachniała Saska Kępa… było pewne, że „Małgośka” pożegna zaraz scenę. Zrobiła to z przytupem, fundując z chórzystkami show w rytmie „Szparki-sekretarki”.

Oklaskom nie było końca, Rodowicz musiała wrócić na scenę, by na bis przypomnieć, że w swojej długiej karierze była też i „Marysią biesiadną”, która śpiewa „Szła dzieweczka” i inne tego typu szlagiery. I – niestety – dzień po koncercie ta dzieweczka nadal mnie prześladowała i co chwilę nuciłam Gdzie jest ta ulica? Gdzie jest ten dom? Bardzo przepraszam tych, do których uszu dotarły te wrzaski. I zanim myśliweczek znów mnie dopadnie, na szybko odpalę sobie teraz na YT „Sing-Singa”.

Na „biesiadzie” się jednak wieczór nie skończył. Ze sceny padł komunikat, że w foyer filharmonii rozpocznie się sprzedaż płyt, a artystka każdą z nich podpisze. Ja skierowałam się do szatni, szukając wzrokiem końca kolejki chętnych po autograf (wielu czekało tam z bukietami kwiatów). I za to również Maryli Rodowicz należy się szacunek. Po dwóch godzinach dawania z siebie 200 proc. na scenie, mogłaby poczuć się po prostu i po ludzku zmęczona. Jednak ona fanów nie zawodzi.

Fot. archiwum Adria Art

Zuzanna Suliga - czytaj więcej