Morowe powietrze
W głębi podwórka Domu Księcia stoi pochylony niski buk. Nie widać go z ulicy. Niewiele osób wie, że to najważniejsze drzewo na świecie. Korzenie buka sięgają aż do lewej strony Ziemi, czyli w okolice jej serca. Dzięki bukowi Ziemia trzyma się swojej orbity i nie spada w kosmos bezwładnie jak piłka. Pilnujemy buka od lat. Ja jestem szeryfem. Mój brat i jego szwagier to zastępcy.

Wielu próbowało dorwać buka. Ściąć, spalić, podlać trutką. Złe duchy, najeźdźcy z obcych galaktyk, międzynarodowi terroryści. Jak dotąd bezskutecznie. Zawsze na czas rozpoznawaliśmy przeciwnika i likwidowaliśmy zagrożenia szybko i niezawodnie. Aż nadeszło morowe powietrze i przestaliśmy dostrzegać wrogów.
Morowe powietrze składa się z mieszaniny smogu i zaklęć. Ponoć wydychają je zimowe kopciuchy, a w kieszeniach roznoszą nieświadomi pracownicy częstochowskich firm i urzędów, podróżujący co rano do pracy.
Wskutek postanowienia sztabu kryzysowego postanowiliśmy przenieść się do Domu Księcia. Zabraliśmy broń palną, kosy, pałki i instruktażowe horrory klasy B. Jeden z nas, incognito, bezustannie patrolował miasto, nieważne dzień czy noc. Podsłuchiwaliśmy rozmowy w tramwajach, zagadywaliśmy taksówkarzy, parkowaliśmy auto na miejscu dla niepełnosprawnych, żeby ściągnąć dobre słowo od Strażnika Miejskiego. Morowe powietrze wciąż utrzymywało zaklęcie nad miastem.

Zaczęło się w niedzielę przed Świętami. Ciepły słoneczny i wietrzny poranek, zupełnie inny od poprzednich. Na obchodzie był akurat mój brat. Zadzwonił koło dziesiątej rano.
– Co się stało?! – spytałem zaspany.
– Zombie, Rafał. Idą od strony Kłobucka. Morowe powietrze obudziło trupy!
– Trzeba powiadomić policję. Ludzie powinni zostać w domach. My musimy obronić buka za wszelką cenę!
Przygotowywaliśmy strategię obrony. Tymczasem oddziały nieżywych powiększały się o lokalnych autochtonów z pobliskich cmentarzy. Wszyscy stopniowo przemieszczali się kierunku centrum. Dwa dodatkowe posiłki truposzy nadciągały od strony Kul i Rakowa, atakując po drodze maruderów, którzy sprzeciwili się zaleceniom służb, wyprowadzając na spacer czworonogi albo próbując skorzystać z usług nieczynnej Pączkarni w Alejach. Większość częstochowian obserwowała jednak straszliwy pochód z balkonów obrzucając potwory inwektywami, płonącymi szmatami lub strzelając do nich z łuku. W ten sposób unieszkodliwiono jednak tylko nieznaczną część zagrożenia.

Dotarli w samo południe. Cuchnące morze zgniłego mięsa. Do tego czasu zdążyliśmy jedynie delikatnie umocnić warownię w Domu Księcia i wezwać do pomocy ledwie jeden zastęp częstochowskich celebrytów. Wypiliśmy za dużo kawy, więc czuliśmy się silni i zdeterminowani, choć nieliczni i cherlawi.
Atak trwał kilka krwawych godzin. Niestety w kluczowym momencie nieżywi odkryli nasz czuły punkt i przebili się zwartą kolumną, płotem od strony Sobieskiego. Potargali niebieską kurtkę Najmanowi i zbili Muńkowi okulary. Starałem się dekapitować najskuteczniej jak tylko mogłem. Próbowałem być szybki jak Brad Pitt w „World War Z”. Ale mnie też dopadli. Przygwoździli przy starym sklepie rybnym. I wtedy szwagier mojego brata, jeden z najmądrzejszych ludzi na świecie krzyknął:
– To koniec! Ziemio! Pomóż sobie sama! My nie podołamy! Inaczej zetną twego buka i runiesz w kosmos jak piłka!

I stało się. Morowe powietrze opadło tak szybko, jak przybyło, a pokonana armia zombie legła na chodniku i ulicy, znowu nieżywa. Pogoda pomogła. Wiatr rozwiał zaklęcie smogu, słońce zgasiło kopciuchy. Wygraliśmy, szczęśliwie i niespodziewanie.
Dzisiaj, tydzień po Świętach z dumą wspominamy wielkie zwycięstwo. Szwagier mojego brata tłumaczy, że nasza planeta prawdopodobnie próbowała popełnić samobójstwo, lecz w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Nikt nie słucha szwagra mojego brata.
Fot. Mateusz Zajda
