Muzyka, która sięga gwiazd
13 czerwca Filharmonia Częstochowska kończy swój jubileuszowy sezon
artystyczny. Zabrzmi „Beethoven”, emocje będą więc kosmiczne. Ale ja olbrzymią ich dawkę w tym półroczu już odebrałam, wszystko za sprawą „Gwiezdnej Sagi koncertowo”.

9. Symfonia Ludwiga van Beethovena (z finałową „Odą do radości”), jedno z najpotężniejszych dzieł wszech czasów, uświetni finał jubileuszowego, 80. już sezonu Filharmonii Częstochowskiej. W programie znajdzie się też Fantazja c-moll op.80 (znana również jako „Chóralna fantazja). Taki dobór repertuaru sprawi, że piątek, 13 czerwca z pewnością nie będzie dla melomanów pechowy. W sali koncertowej, której patronuje Wojciech Kilar, wystąpią: Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Częstochowskiej, Chór Filharmonii Częstochowskiej „Collegium Cantorum” oraz „Camerata Silesia” Zespół Śpiewaków Miasta Katowice. Solistami będą: Ewelina Janda – sopran, Justyna Kopiszka – alt, Aleksander Kunach – tenor, Artur Janda – bas, a przy fortepianie zasiądzie - Alessandro Marano. Za pulpitem dyrygenckim stanie zaś dyrektor instytucji – Adam Klocek.
Koncert zaplanowano na godz. 19.00 i kto jeszcze nie kupił biletów, ma ostatnią szansę, choć jest ich niewiele (szukajcie wolnych miejsc na bilety.filharmonia.com.pl).

Mistrzowskie kompozycje kolejne już stulecie poruszają słuchaczy z różnych zakątków świata, emocje piątkowego występu z pewnością sięgną gwiazd. I już niebawem opisze je na CGK Joanna Skiba.
A ja w jubileuszowym sezonie też miałam w filharmonii porcję kosmicznej magii (a raczej Mocy!). Wszystko za sprawą koncertu „Gwiezdna Saga Koncertowo” z udziałem częstochowskich symfoników i chóru „Collegium Cantorum” prowadzonych przez wspomnianego już Adama Klocka. Producentem widowiska był Adam Celiński, realizator nagrań i muzyk od lat związany ze Studiem Radioaktywni (w którym nagrywali utwory m.in. Hanna Banaszak czy Maciej Maleńczuk).
Epickie kompozycje Johna Williamsa po dziesięciu latach znów zabrzmiały w gmachu przy ul. Wilsona. W 2015 roku - dla fanów sagi - roku szczególnym, bo premiery siódmego epizodu „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” (w reżyserii już nie George’a Lucasa a J.J. Abramsa) – z inicjatywy Celińskiego zorganizowano już symfoniczny występ „Gwiezdne wojny koncertowo”. Zabrzmiało wówczas kilkanaście najbardziej znanych tematów z serii. Ułożono je w kolejności chronologicznej od „jedynki”, czyli „Mrocznego widma”, przez „Atak klonów”, „Zemstę Sithów”, po „starą trylogię”: „Nową nadzieję”, „Imperium kontratakuje” i „Powrót Jedi”. Zabrzmiały więc m.in. „Duel Of The Fates”, „Yoda's Theme”, „Cantina Band” (uwielbiam!), „Battle of the Heroes” czy „Across The Stars”.

Nie zabrakło ich i w maju tego roku. Ale po kolei. Miesiąc koncertu wybrano wówczas nie przez przypadek, bo to właśnie w maju fani (ja też!) obchodzą Dzień Gwiezdnych Wojen. Nie ukrywam, że idąc do filharmonii, cieszyłam się jak dziecko. Zwłaszcza że w holu czekali rekonstruktorzy: dwaj szturmowy (uzbrojeni w karabin blasterowy i lekki blaser) i sam imperator Palpatine. Choć wyglądali groźnie, ale chętnie pozowali do zdjęć. Oczywiście ustawiłam się w kolejne, przecież taka okazja może mi się już nie trafić. A żołnierze Imperium byli tak mili, że na czas zdjęć, dali mi potrzymać broń (może nie wiedzieli, że gdybyśmy spotkali się w świecie uniwersum, stałabym po stronie rebeliantów?). Dzięki Agnieszce Małasiewicz, która jest autorką wykorzystanych w tym tekście zdjęć, mam świetną pamiątkę.
Tego wieczoru ubyło mi ze 30 lat! Gdy siadłam już w fotelu, zgasły światła i zabrzmiał „Star Wars Main Title”, poczułam się tak, jakbym po raz pierwszy czytała kultowe zdanie: Dawno, dawno temu w odległej galaktyce. Normalnie ciarki!

Od poprzedniego koncert minęła dekada, a saga „Star Wars” liczy dziś dziewięć epizodów, w 2017 roku dołączył do niej „Ostatni Jedi”, a w 2019 roku – „Skywalker. Odrodzenie”. Stąd i program koncertu rozbudowano o trzy części, a do motywów poświęconych takim bohaterom jak Yoda, Anakin, Leia doszła Rey. Każdej z kompozycji towarzyszyła graficzna zapowiedź i specjalna wizualna oprawa. Gra świateł, ledy ustawione na scenie niczym świetlne miecze (swoją drogą taki miecz - oczywiście zabawkowy – i koniecznie zielony, to moje niespełnione marzenie, może przed 40. pora je wreszcie zrealizować?), robiły niesamowite wrażenie.
Takie – zresztą po raz kolejny – wywarł na mnie kanoniczny „Marsz Imperialny”, nierozłącznie kojarzony z Darthem Vaderem (oczywiście nie brakowało w nim charakterystycznego oddechu Lorda). Jednak, gdybym miała wskazać kompozycję, która skradła ten koncert, bez zastanowienia będzie to wspomniane już „Duel Of The Fates” z „jedynki”. Słyszę ją i od razu widzę scenę pojedynku między Qui-Gonem Jinnem i Obi-Wanem Kenobim a Darthem Maulen, który na ekranie przerażał mnie jako dziecko.
I właśnie ten utwór – jako publiczność – wyprosiliśmy na bis. Gdy muzycy skłonili się po raz ostatni, pewien nie tylko ja miałam ochotę krzyczeć: jeszcze raz, zagrajcie od nowa!
A gdy tylko wróciłam do domu, włączyłam sobie… „Mroczne widmo”. I wiecie co, nadal boję się Darth Maula.
Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska
