Na miłość boską, pani Robinson!
Gdyby nie „Absolwent” śpiewalibyśmy może „And here's to you, Mrs. Roosevelt”, Alfa Romeo Spider 1600 nie stałaby się marzeniem wielu chłopców, a w sieci byłoby o wiele mniej memów.

Za rok „Absolwentowi” stuknie sześćdziesiątka. Zbliżająca się rocznica stała się dobrą okazją, by go zremasterować. Cyfrowo odrestaurowany film we wrześniu trafił na ekrany polskich kin. Dla niektórych widzów to szansa, żeby kinowo odświeżyć sobie ten tytuł, dla innych, by obejrzeć go po raz pierwszy na dużym ekranie, dla kolejnych – by w ogóle poznać tę historię.
Sama reprezentuję drugą grupę. Film Mike’a Nicholsa widziałam pewnie z 20 lat temu. Miałam nawet własne wydanie DVD. Pożyczyłam (pamiętam komu), nie odzyskałam do dziś (jeśli ta osoba nadal ma moją płytę – niezmiennie czekam na zwrot). Z „Absolwenta” pamiętam migawki, wiele scen mi się zatarło. Pretekstem, bym nie tylko ja mogła powrócić do tej opowieści, był pokaz specjalny w OKF-ie z gościnnym udziałem Piotra Metza.
By obśmiać amerykański sen

Wieczorem, 23 września, sala kina „Iluzja” była pełna. Nic w tym dziwnego - częstochowskie wizyty cenionego dziennikarza zawsze licznie przyciągają publiczność. – Nie znudziło mi się mówienie, że zawsze to dla mnie ogromna przyjemność, żeby się z państwem spotkać. Za dzisiejsze zaproszenie chciałbym szczególnie podziękować, bo jest ono nie tylko muzyczne, ale i filmowe. Ja absolutnie nie czuję filmoznawcom, ale ten „Absolwent” to film dla mnie bardzo ważny – mówił Metz. Wspominał, że obejrzał go pięć lat po amerykańskiej premierze, podczas legendarnego przeglądu „Konfrontacje Filmowe”: Zdobycie karnetów graniczyło z cudem. Przez mniej więcej tydzień mieliśmy skondensowane święto kina, wtedy na seanse chodziło się cztery razy dziennie.
Film Nicholsa nazwał „prekursorem”, w którym – wbrew ówczesnym schematom – obśmiewany jest amerykański sen. Stąd i reżyser miał spore problemy ze znalezieniem finansowania dla swojego pomysłu. Producenci, którzy nie wierzyli w śmiały projekt, pewnie pluli sobie potem w brodę, bo „Absolwent” zebrał wiele nagród i nominacji, a sam Mike’e Nichols otrzymał m.in. statuetki Oscara, Złotego Globu i BAFTA dla najlepszego reżysera.
Nieoczywiste wybory
Jednak nie tylko dla późniejszego twórcy „Zgagi” i „Pracującej dziewczyny” była to przepustka do kariery, drzwi do niej zaczęły się otwierać (choć nieco wolniej) również przed debiutującym Dustinem Hoffmanem. Metz zdradził, że w roli Benjamina widziano pierwotnie m.in. takich przystojniaków jak Warren Beatty czy Steve McQueen (lista potencjalnych kandydatów była zresztą naprawdę długa). Wszystkich zdeklasował mierzący 166 cm 30-latek z Kalifornii (obdarzony mniej klasyczną urodą). – Hoffman zarobił na „Absolwencie” pierwsze większe pieniądze, ale i tak wrócił do wynajmowanego mieszkania, bo jego kariera nie odpaliła tak od razu – przypomniał dziennikarz. Fakt, na role w „Nocnym kowboju” czy „Sprawie Kramerów” aktor – dziś jeden z najważniejszych w Hollywood - musiał jeszcze trochę poczekać.

Inne wybory obsadowe – w efekcie trafione w punkt – początkowo też nie były oczywistością. Panią Robinson wcale nie miała być Anne Bancroft, bo myślano np. o Ingrid Bergman. – Hoffman, grający 21-letniego absolwenta college’u, naprawdę miał 30 lat, a grająca jego starszą - w fabule - kochankę, Bancroft, miała zaledwie sześć lat więcej. Umówmy się - nie była to skandalizująca różnica wieku. Natomiast jej filmowa córka, czyli Katharine Ross, była o niej młodsza tylko o… dziewięć lat – wyjaśnił związane z metryką zawiłości Metz.
Ekranowy romans stał się pożywką dla licznych parodii, a zdjęcie z plakatu ze zgrabną nogą pani Robinson na pierwszym planie zainspirowało dziesiątki memów. Zresztą sam Hoffman miał do tego spory dystans, w 2004 r. – co wspominał Metz – scenę w kościele wykorzystano w reklamie Audi, w której zagrał (obejrzyjcie ją sobie na YouTubie, naprawdę warto). Gość pokazu zdradził też, że twórcy myśleli nawet o kontynuacji dzieła, która ukazałaby dalsze losy bohaterów miłosnej układanki, jednak ze względu na prawa do filmu, pomysł ten nie wypalił (za to historia „Absolwenta” zainspirowała powstanie w 2005 r. komedii „Z ust do ust”, w której główne role grają Jennifer Aniston Kevin Costner i Shirley MacLaine).

Robinson czy Rosevelt?
Jednak „Absolwent” to nie tylko znakomite role, zabawne dialogi i bardzo pomysłowe – jak na tamtą rzeczywistość – zdjęcia, ale również rewelacyjna muzyka, za którą stał przede wszystkim duet Simon&Garfunkel. Metz przywiózł do Częstochowy zarówno ten soundtrack, jak i płytę „The Sound of Silence”. – Mike Nichols namówił Paula Simona, by wykorzystać piosenki z ich płyty, ale potem pomyślał, że dobrze, żeby w filmie pojawiły się nie tylko utwory znane z radia, ale także nagrane specjalnie z myślą o tej produkcji. Muzykę incydentalną, również znakomitą, stworzył Dave Grusin. Z kolei Simon, który bez przerwy koncertował z Garfunkelem, wydaje mi się, że zlekceważył nieco propozycję stworzenia piosenek do „Absolwenta”. Obiecał trzy nowe, zrobił jedną i uchylał się od dalszej roboty. Przyparty do muru, powiedział, że pisze pewien utwór, ale nie jest on skończony… – opowiadał Piotr Metz.

Okazuje się, że jedna z najsłynniejszych dziś piosenek miała mieć inną bohaterkę. – Simon zaznaczał, że to tylko ślad pomysłu i że pisał o pani Roosevelt, żonie amerykańskiego prezydenta. Skończyło się na tym, że została ona panią Robinson, stając się podstawowym utworem filmu. Słyszymy go tylko w dwóch krótkich wersjach, bo ta ostateczna trafiła dopiero na płytę duetu – wyjaśniał dziennikarz.
Metz nie byłby sobą, gdyby nie przygotował dla nas kilku rarytasów. Na ekranie pojawiło się więc m.in. naganie z gali nagród Grammy, gdy Simon&Garfunkel wystąpili tam z „The Sound of Silence” jako goście specjalni, a ich występ zapowiadał Dustin Hoffman.
Co ciekawe, utwór, któremu drugie (mroczniejsze) życie już w XXI w. nadał zespół Disturbed, w „Absolwencie” brzmi aż trzykrotnie (po raz pierwszy na samym początku, podczas lotniskowej sceny). Oglądając, nie dało się go nie nucić, podobnie jak charakterystycznego wstępu „Mrs. Robinson”.

Ben martwi się o swoją przyszłość...
Czy sześćdziesięcioletni „Absolwent” nadal zachwyca? Zdecydowanie. Ogląda się go znakomicie. Dowcip, na który postawili scenarzyści – Buck Henry i Calder Willingham, ciągle bawi. Dialogi są krótkie, celne, często niespieszne, czasami abstrakcyjne. Dawno się w kinie tyle nie śmiałam, bo jak zachować powagę, gdy patrzymy, jak Ben rezerwuje pojedynczy pokój hotelowy na schadzkę z kochanką, albo zabiera jej córkę na randkę do klubu ze striptizem?
Pamiętajmy” Ben, który wraca do domu rodzinnego, martwi się o swoją przyszłość (co na ekranie powtarza regularnie i co trafiło na jeden z plakatów). Ciągle słyszy pytania „co dalej”, „co będziesz robił”, dostaje też nieproszone rady - z taką o wyższości plastiku nad resztą świata na czele. Jak to się dzieje, że wdaje się w burzliwy romans z żoną wspólnika ojca? To też pewna seria przypadków, których podobno nie ma. Scena nieudolnego uwiedzenia absolwenta nie bez przyczyny jest kultowa. Aż chce się zakrzyknąć za Benem – „Na miłość boską, pani Robinson!”.

Jest zabawnie, lekko, czarująco. Bo „Absolwent” uwodzi. Nie tylko samą fabułą. Przyznam, że zazdrościłam głównym bohaterkom świetnych stylizacji, chętnie pogrzebałabym w ich garderobie. A Benowi… w garażu. I choć nie jestem znawczynią motoryzacji, czerwona Alfa Romeo Spider 1600 bardzo mnie kręci.
W kontrze do pochmurnej jesieni, dobrze dać się uwieść takim opowieściom. W Kinie Studyjnym OKF „Iluzja” są na to jeszcze dwie okazje: 24 września o godz. 18.30 i 27 września o godz. 16.30.
Fot. Robert Jodłowski/Miejska Galeria Sztuki, archiwum OKF-u
