„Naku*wiam zen”, czyli przewodnik po bezradności

Nie lubię słowa wywiad, brzmi tak jakoś celebrycko. Wolę rozmowę, tak po ludzku, tak po prostu. Wielu wydaje się, że nie ma prostszej metody napisania tekstu. Podstawiasz rozmówcy dyktafon pod nos, spisujesz 1:1 i voilà! Niedzielna rozmowa z Marią Peszek o m.in. o sztuce rozmowy (ona również unika słowa „wywiad”, a na pewno już „wywiad-rzeka”) była dobrą okazją, by pokazać jak trudna to sprawa. Zostajesz bowiem ze spisanym tekstem, widzisz powtórzenia, mniej interesujące czytelniczo wątki, pewną koślawość wypowiedzi, a musisz zrobić tak, by ten, kto mówi, pozostawał sobą.
I choć Peszek ma wiele artystycznych pomysłów do zrealizowania, przyznaje, że „rozmowami” chciałaby zająć się szerzej. Co z tego wyniknie? Zobaczymy. Na razie to rozmowa z nią, ostatnią gościną 13. Festiwalu Dekonstrukcji Słowa „Czytaj!”, przyciągnęła do sali kina OKF tłumy.
Pretekstu dostarczyła wydana rok temu książka „Naku*wiam zen” stanowiąca zapis rozmów, które Maria przeprowadziła ze swoim ojcem, Janem. Pojawiają się więc nieszablonowi artyści, absurd, powaga, euforia, rozpacz, rzeczy święte i przyziemne, a także sztuka wolności w życiu i wolności w sztuce.

Tu nie ma ściemy
Sama autorka nazywa literacki debiut „przewodnikiem po bezradności”. Zapytana przez prowadzącego spotkanie Tomasza Florczyka o półkę w księgarni, na którą powinno trafić „Naku*wiam zen”, odrzuca biografię czy autobiografię. Tworzy nowe. Zresztą nie po raz pierwszy.
- To przewodnik na czas mroku, czas przemiany. Chyba nie ma takiej półki, ale powinna być. Na samym początku zależało mi na podzieleniu się relacją, która jest rzadka, dość niesamowita i szkoda byłoby jej nie pokazać. Taka intensywność relacji, bezkompromisowość, szczerość bierze się zawsze tam, gdzie jest autentyczna potrzeba rozmowy, w której nie ma ściemy. Czas mroku dotyczył nie tylko mojej osoby, ale też momentu życia Ojczyzny, w którym to książka wychodziła. Nie jesteśmy w prostej chwili, mamy bardzo dużo kłopotów, strasznie dużo lęków osobistych, mamy wojnę, mamy choroby, które nie wiemy, czy wrócą, mamy ekonomiczne troski, mamy napięcia plemienne, bo strasznie się nienawidzimy od jakiegoś czasu i coraz trudniej nam rozmawiać. Tak rozumiałam ten moment mroku. Książka miała zaś przynieść ciepło, pewne pokrzepienie. Stąd przewodnik – mówi.

Yin i yang
Na 350 stronach nie brakuje paradoksów, sprzeczności. Wystarczy spojrzeć na tytuł. Zen jest poszukiwaniem spokoju, naku*wianie kojarzy się mocno agresywnie. – Wszystkie moje płyty, performowanie piosenek jest właśnie takie. Jestem osobą szalenie kruchą, niewiele wystarczy, bym czuła się bardzo zraniona. A z drugiej strony mam siłę, która przenosi góry. Sztuka, którą uprawiam, jest bardzo do środka, czyli yin – ciemność. By przekazać ją jak największej liczbie osób, musi być yang, czyli jasność, atak, ruch. „Naku*wiam” jest z krainy yang - ataku, osiągania celu, yin, czyli zen jest tą ciemnością. Taka jest Maria Peszek. Złożona ze sprzeczności. Tacy zresztą wszyscy jesteśmy – tłumaczyła.
Autorce zależało na tym, żeby opisywani ludzie byli przede wszystkim autentyczni. Zwłaszcza jej ojciec. Nie chciała „kastrować Jana z jego przywar, głupot, pomyłek”. Pokazała legendę, wielkiego artystę od bardzo ludzkiej strony.

Popularność Trzeciego Wieku
Efektem „Naku*wiam zen” są nie tylko pozytywne recenzje, w których dominują słowa „prawdziwa”, „odważna”, „osobista”, „bezkompromisowa”, „ważna”… ale i zjawisko, które Jan Peszek określił Popularnością Trzeciego Wieku.
- Jan teraz jest uwielbiany na straganie, zaczepiany w pociągu. Na początku myślał, że ktoś może chce porozmawiać o jego ostatniej wybitej teatralnej roli albo może o jakimś wywiadzie. A tu bardziej chodzi o to: jak pan te jajka smaży, jak pan ten zen naku*wria, jak to z Marysią było. Nagle stał się człowiekiem bardzo bliskim. To zupełnie oszałamiająca sytuacja, taki bonus, którego nie przewidziałam. Co więcej, Jan ma książkę przy łóżeczku, wieczorami ją sobie poczytuje, a potem przemawia tymi zdaniami w prasie. I nawet nie wie, że cytuje książkę. To bardzo czuły „efekt uboczny”. W wieku lat 80 Jan stał się uwielbianym artystą przez zwykłych, najcudowniejszych ludzi, którzy czasem w życiu nie poszliby do teatru, żeby zobaczyć go w niełatwych przedsięwzięciach – opowiada autorka.

Fantastyczny początek książki
Praca nad książką trwała kilka lat, a sam pomysł przeleżał ich… kilkanaście. – To pomysł mojego partnera, Edka, który jest ze mną od 30 lat, a zna się z Janem jeszcze ciut dłużej. Z obserwacji naszej relacji, wyciągnął wniosek, że to coś bardzo unikatowego i trzeba o tym opowiedzieć. Pomysł mi się spodobał, ale nie byłam wtedy gotowa. Pamiętam dokładnie tę rozmowę i to, że od razu zanotowałam pytania, które chciałabym zadać. Część z nich pada w tej książce. Potrzebowałam czasu, żeby dojrzeć, także jako artysta, żeby uniknąć sytuacji uczeń-mistrz.
Najtrudniej było zacząć. Zarówno Jan Peszek, jak i Maria na brak zajęć nie narzekają. W końcu wyznaczyli sobie dokładny termin startu. Drugi dzień świąt. – Gdy już zapadła decyzja, Jan obudził się tego dnia i miał zawał. To taka tragikomiczna sytuacja, która mam wrażenie, bardzo wiele mówi o naszej relacji. Po fakcie, kiedy wszystko się dobrze potoczyło, Jan żyje i ma się świetnie, pomyślałam (to też dużo mówi o mnie i o tym, że sztuka jest dominującą rzeczą w moim życiu): co za fantastyczny początek książki. Nic lepszego nie wymyślę.

Dziewięć miesięcy spisywania
Rozmowy nagrano, a potem Maria z partnerem wyjechali na dziewięć miesięcy w podróż po Azji. Najmniej wdzięczna część roboty przypadła w udziale właśnie Edkowi (którego artystka nazywa praredaktorem). To on przez cały ten czas spisywał rozmowy, kropka w kropkę. – Nie mógł tego zrobić nikt inny, bo tam były rzeczy, za które można trafić do paki. Nazwiska, opowieści... Edek spisywał to przez dziewięć miesięcy w tropikach, pocąc się i przeklinając. A ja go męczyłam, że każdy odgłos ma zapisać, bo jestem muzykiem i nie wiem, co mi się przyda w tej konstrukcji. Był bardzo dzielny, spisał się świetnie. Wróciliśmy i dopiero zaczęłam pracować nad kształtem książki.
O formie książki lubi myśleć jak o partyturze. I choć muzyka łagodzi ponoć obyczaje, to prace nad książką bywały burzliwe. Po pewnej awanturze jeden z rozdziałów zginął bezpowrotnie w paszczy niszczarki. Pracy to nie przyspieszyło, bo trzeba go było spisać od nowa.
Emocji nie brakowało również wtedy, gdy „Naku*wiam zen” ujrzało światło dzienne. O ile Jan Peszek (podobnie jak jego żona, mama Marii, Teresa) autoryzowali całość bez uwag (aktor był tak zachwycony, że chciał nawet, żeby książka ukazała się już następnego dnia), nie wszyscy w rodzinie byli podobnego zdania. Jedna ciotka otrzymała więc po premierze kilka bukietów kwiatów.
Co dalej? Maria Peszek nie postawiła jeszcze ostatniego słowa, bo w sztuce ceni sobie płodozmian. Występem w klubie Stodoła, którym uczciła 50. urodziny, zamknęła na pewien czas koncertowanie. Czy teraz pora na książki? Wiele wskazuje, że tak. Na odpowiedź musimy jeszcze nieco zaczekać.
Fot. Piotr Cieślak
