Napad
Mieszkamy na Tysiącleciu, uczęszczamy do Szkoły Podstawowej nr 31 imienia Alfreda Fiderkiewicza (Tworząc twą Polsko urodę my młodzi z Tysiąclecia, z wiatrem pójdziemy w zawody trudem się twoim ukwiecać – to początek hymnu naszej podstawówki). Jesteśmy małymi chłopcami. Poszukujemy wrażeń, emocji, próbujemy wszystkiego, co oferuje siermiężny PRL.

Zbieramy znaczki, monety, wycinki z gazet, żujemy gumę Donald, oglądając historyjki, na regałach ustawiamy puszki po napojach z Pewexu i opakowania po amerykańskich papierosach, hodujemy rybki w akwariach, kanarki i papużki nierozłączki w klatkach. Oglądamy TV, czytamy komiksy i książki. Jest taki czas, że te opowiadające o dzikim zachodzie, stają się najważniejsze. „Ostatnia walka Dakotów”, „Przekleństwo złota”, czy „Orle Pióra” autorstwa Krystyny i Alfreda Szklarskich to coś więcej niż Biblia. Mieszkam na czwartym piętrze.
Przyjaźnię się Grześkiem z „ósmego”. Grzesiek pochłania książki Szklarskich szybciej niż ja. Gonię go. Czytamy „Tytusa na Dzikim Zachodzie”. Dziewiąta księga Tytusa przenosi nas do innego wymiaru. Stoimy w kolejce do napadu na bank, marzymy o zegarku na nogę ze słynnej kopalni Tytusa i podróży do Pif Paf City, gdzie na peronie czekać będzie na nas ciotka z tresowanym grzechotnikiem. Z komiksu przepisuję ołówkiem wszystkie napisy ze ściany aresztu na ścianę w przedpokoju mojego mieszkania. To niewielki fragment obok drzwi do dużego pokoju (teraz mówi się salon), gdzie brakuje tapety. Funkcjonują tak przez jakiś czas, dopóki mój ojciec nie uzupełnia niedoklejonego kawałka.

Na strychu u babci znajduję stare tygodniki „Panorama”. W niektórych numerach są artykuły o westernach i fotografie aktorów. Wycinam Johna Wayne`a i innych. Przyklejam do kartek z bloku rysunkowego i zawiązuję tasiemką przewleczoną przez dwie dziurki na lewym marginesie. To tak zwany album, dość powszechna w tamtych latach dziecięca forma walki z wszechobecną szarością dnia codziennego.
Z wypiekami na twarzy oglądamy westerny. Kowboje stają się naszymi idolami. Wtedy jeszcze nie wiemy, że to zwyczajne pastuchy od krów, śmierdzący łajnem, a ich wyczyny i podziw, gdy pojawiają się w saloonie, to hollywoodzka fikcja. W jeden z sobotnich wieczorów TVP emituje pewien program. Nie pamiętam dokładnie jaki, ale jest to prawdopodobnie „Spotkanie z balladą” w westernowym klimacie. W poniedziałek dużo o nim rozmawiamy na przerwach.
Wracam do domu z Grześkiem, tym z ósmego pietra, czekając na windę, intonujemy jedną z zapamiętanych piosenek - Kulę mam w ramieniu, na ubraniu krew, ściga mnie bez przerwy tych dwudziestu trzech. Winda się nie pojawia, a ja, jakby szukając potwierdzenia autentyczności tej pieśni, pytam Grześka – możliwe żeby w bandzie było dwudziestu trzech?. Nie pamiętam, co odpowiada. Ale możliwe, że wtedy rodzi się w naszych głowach pomysł, by te nasze fascynacje z dzikim zachodem w jakiejś formie zwizualizować.

Jak to zrobić? Napad, to jest coś, co lubią kowboje. Napad na bank. W pobliżu nie ma banku. Jest bar. Bar mleczny (w tym lokalu, w tak zwanym blaszaku przy PCK, mieści się obecnie oddział banku PKO i chyba dobrze, że wtedy go nie było). Właśnie ten bar staje się celem naszego napadu. Każdy z nas ma w domu jakiś zabawkowy rewolwer, najczęściej na kapiszony, często kupiony na straganach w okolicach Jasnej Góry, kowbojski pas z kaburą, jakiś kapelusz. Gromadzimy arsenał i rekwizyty i planujemy. Kradniemy mamom pończochy, by zasłonić twarz i utrudnić identyfikację.
Tego dnia zabieramy wszystko, co niezbędne do napadu, do szkoły. Nie pamiętam, ilu nas było, pięciu albo sześciu. O godzinie W, czyli po zakończeniu lekcji przebrani i uzbrojeni wpadamy do baru. Krzyczymy to jest napad i strzelamy z coltów. W barze przy jednym ze stolików siedzi starsza kobieta i mężczyzna, przy drugim jeszcze ktoś, nie pamiętam kto. Za ladą dwie kobiety. Na nikim nasz napad nie robi wrażenia. Wtedy Grzesiek (ale nie mój przyjaciel z ósmego pietra, tylko drugi Grzesiek z mojej klasy) wskakuje na jeden ze stolików krzycząc, że to napad i strzela z colta. W tej samej chwili z zaplecza baru wypada sprzątaczka uzbrojona w szczotkę z nawiniętą na nią szarą, śmierdzącą szmatą (taki prototyp mopa z PRL-u) i atakuje Grzegorza krzycząc – poszedł ty s... Jeszcze chwilę się bronimy, jeszcze chwilę tli się w nas ten płomień dzikiego zachodu.
Uciekamy. To koniec naszej fascynacji. Kobieta z kwiecistym fartuchu ze sztucznego materiału, kuriozalnych wiązanych butach z płótna, odsłaniających duży paluch stopy (tak charakterystyczny dla sprzątaczek w czasach Polski Ludowej) pokonała polskich przedstawicieli dzikiego zachodu i zabiła naszą pasję.
Fot. Piotr Karoński
