Niech żyje bal
W grudniu skończyła 80 lat. Wydała płytę z nowymi wersjami największych przebojów, wystąpiła w projekcie MTV Unplugged, cały czas koncentrując z trasą „Niech żyje bal”. Rewelacyjną formę potwierdziła również, występując w Częstochowie. Maryla Rodowicz to fenomen.

Na Święta Bożego Narodzenia musi polecieć w telewizji „Kevin sam w domu”, a podczas transmisji sylwestrowej nie może zabraknąć występu Maryli Rodowicz. Nie brakuje żartów na ten temat, ale z faktami się nie dyskutuje. 31 grudnia w ramach „Sylwestra z Dwójką” TVP 2 zaprosi widzów do Katowic. Spodek i przyległy plac Sławika i Antalla będzie centrum zabawy, której gwiazdami będą Sting, Al Bano i Romina Power oraz Maryla Rodowicz. Oczywiście lista wykonawców jest dłuższa, ale tę czwórkę artystów podaje się w ścisłym topie.
Dla Rodowicz to niezwykle gorący okres. Niedawno na rynku ukazał się jej album „Niech żyje bal”, na który trafiły nowe wersje takich przebojów jak „Małgośka”, „Sing-Sing”, „Damą być” czy „Nie ma jak pompa”. Do udziału w nagraniach zaproszeni zostali Mrozu, Roxie Węgiel, Dawid Kwiatkowski, Krzysztof Zalewski, Ralph Kaminski, Lanberry, bryska, Błażj Król, Igor Herbut, Misia Furtak oraz Tribbs. Każda z piosenek wydana została też jako singel, do każdej nagrano teledysk. Każdy z zaproszonych gości mógł podobno zdecydować, którą piosenkę chce wykonać i przygotować nową aranżację. To ogromne przedsięwzięcie, które miało przybliżyć twórczość ikony (a przy okazji też dorobek wybitnych kompozytorów i poetów) młodszym pokoleniom.
Spotkaniem różnych artystycznych światów był również udział piosenkarki w projekcie MTV Unplugged. Koncert premierowo można było zobaczyć 8 grudnia na Canal+ (album ukazać ma się wiosną). Data ta nie jest przypadkowa. Tego dnia Maryla Rodowicz obchodziła… 80 urodziny.
Artystka nie zwalnia tempa. Dowodem trasa „Niech żyje bal” organizowana przez Impresariat Adria Art. Pierwszy jej przystanek przypadł na Częstochowę. 4 października filharmonia była pełna, wszystkie bilety wyprzedano. Rodowicz żartowała, że do naszego miasta jechała w sporych nerwach, czy ktoś na pewno przyjdzie, bo gdy na kilka dni przed występem sprawdzała dostępność biletów, ze trzy miejsca były jeszcze wolne.
Miejsca szczelnie wypełnili fani w różnym wieku, od niemal równolatków piosenkarki po kilkuletnie dzieci. Wszyscy bez względu na metrykę śpiewali (a ci bardziej nieśmiali nucili) z nią wszystkie utwory. Uwagę zwracała m.in. dziewczynka trzymająca wypisaną przez siebie tabliczkę Kocham Cię Marylka. Dowodów uwielbienia publiczności tego wieczoru było zresztą wiele.
I niezmiennie jest to miłość odwzajemniona (potwierdzam, bo na koncertach Rodowicz byłam już kilkakrotnie). Artystka i jej zespół zaczynają występ od pytań o piosenki, których chcielibyśmy podczas występu wysłuchać. Wśród okrzyków wyławiają poszczególne tytuły, zapewniając, że i „Małgośka”, i „To już było” na pewno będą. Co jeszcze? Cała lista piosenek, które w wielu przypadkach zapisały się w historii polskiej piosenki. I wiecie co? Maryla Rodowicz bisuje przez cały koncert. Każdy kolejny utwór przyjmowany jest owacyjnie. Każdemu wtóruje wiele głosów. Reakcje, na które wielu wykonawców musi czekać do końca występu, ona przyjmuje na „dzień dobry” (a właściwie „dobry wieczór”).
Maryla zaprasza też fanów na scenę. Rzuca pytanie: Czy ktoś chciałby ze mną zaśpiewać?, a na scenie zaczyna się robić tłoczno. I przyznam, że znów żałowałam, że zabrakło mi odwagi, żeby się do tej ekipy przyłączyć i zaśpiewać wspólnie „Gaj”. Obiecałam sobie, że kiedyś również się odważę i zaśpiewam z Rodowicz, ale nie jestem pewna, czy jak trafi się okazja, nadal będę taka zdecydowana.

Artystka przyjmowała na scenie kwiaty, życzenia, pozowała do zdjęć, nie brakowało uścisków i wzruszeń. Ale przede wszystkim nie brakowało pierwszorzędnej muzyki. Dla mnie numerem 1 było „Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos”. Utwór, który nie traci nic na aktualności, wywołuje ciarki i ściska gardło. Nie pamiętam już, czy wcześniej słyszałam go na żywo. Podobne emocje wywołały u mnie „Niech żyje bal” i „Łatwopalni”. Pierwszą napisała dla Maryli Agnieszka Osiecka (moja ukochana poetka), drugą, Jacek Cygan stworzył w 1997 r. w hołdzie dla zmarłej tekściki.
I choć z przyjemnością wysłuchałam „Rozmowy przez ocean” i „Wielkiej wody”, to przyznam, że bardzo lubię koncertowe wykonania nowszych piosenek Rodowicz - jak „Las”, „Jest cudnie” czy „W sumie nie jest źle”.
Po dwugodzinnym występie - energetycznym, żywiołowym, roztańczonym, po oficjalnych bisach padł komunikat informujący, że artystka będzie niebawem podpisywała płyty i spotka się z widzami. To kolejny ukłon w stronę publiczności, na który nie wszyscy wykonawcy mieliby po wyczerpującym koncercie siły i ochotę. Ona ma. I wielu kolegów po fachu mogłoby się od niej uczyć.
Mam nadzieję, że jesienią 2026 roku Maryla Rodowicz wyruszy w kolejną trasę. Jestem pewna, że nie tylko ja bardzo czekam na jej powrót do Częstochowy.
Fot. Maryla Rodowicz/Facebook
