Oglądanie muzyki. O okładkach płyt, które przeszły do historii
Gdy igła gramofonu bezszelestnie opada na czarny krążek, rozpoczyna się muzyczna podróż, która dla prawdziwych pasjonatów ma swój początek znacznie wcześniej – już w momencie wzięcia do rąk kartonowej okładki.

15 maja w częstochowskim Domu Sztuki Stanisława Miklasa, przy absolutnym komplecie publiczności, odbyło się spotkanie celebrujące ten wyjątkowy rytuał. Maciej Grabałowski, znany meloman i kolekcjoner, już na samym wstępie wprawił słuchaczy w zachwyt, prezentując unikatowy box z płytami zespołu Hipgnosis, do którego dołączono elegancki album z reprodukcjami prac Tomasza Sętowskiego. Ten mariaż dźwięku i sztuk plastycznych stał się punktem wyjścia do opowieści o świecie projektowania okładek płytowych. Grabałowski udostępnił niewielki fragment swojej imponującej kolekcji, pozwalając każdemu dotknąć okładek i z bliska przyjrzeć się graficznym detalom.
Część tego muzycznego wieczoru poświęcono genialnemu Rosławowi Szaybo, legendzie polskiej i światowej grafiki użytkowej. Opowieści odsłoniły przed słuchaczami kulisy powstawania najbardziej kultowych obrazów w historii fonografii. W epoce pozbawionej cyfrowego retuszu surowa okładka albumu brytyjskiej formacji Judas Priest wymagała fizycznego wycięcia słynnej żyletki z kawałka metalu. Z kolei pragnący zerwać z wizerunkiem łagodnego barda Leonard Cohen został przez grafika wysłany najpierw do fryzjera, a następnie sfotografowany w łazience wytwórni CBS. Kafelkowe tło zapewniło znakomity, chłodny efekt zdjęcia niczym z policyjnego przesłuchania. Równie intrygująca okazała się anegdota o kompilacji największych przebojów duetu Simon & Garfunkel – artyści byli w tamtym czasie tak do żywego skłóceni, że na plaży sfotografowano po prostu dwóch przypadkowych mężczyzn.

Ważnym elementem prelekcji były rodzime akcenty, które potrafiły z sukcesem przebić się na światowe salony. Maciej Grabałowski przypomniał wszechstronność Czesława Niemena, samodzielnie projektującego niektóre z własnych okładek, czy awangardowe pomysły sesyjne Marka Karewicza, który podczas pracy nad okładką płyty „Enigmatic”, na powiece artysty umieścił mały element udający błyszczący brylant. Ogromne wrażenie robiła historia Michała Urbaniaka. Wydawnictwa genialnego skrzypka zdobiły prace Rafała Olbińskiego czy Franciszka Starowieyskiego, a jego muzyczny talent docenił sam gigant jazzu, Miles Davis, bezkompromisowo żądając obecności Polaka na swojej płycie.
Licznie zgromadzona publiczność miała okazję przekonać się, jak wielki, artystyczny świat zderzał się brutalnie z siermiężnością polskiego rynku fonograficznego epoki PRL. Maciej Grabałowski nie szczędził gorzkich słów państwowej wytwórni Pronit, która fatalną jakością druku potrafiła zrujnować zachwycające, malarskie wizje Zdzisława Beksińskiego. Słuchacze mogli na moment przenieść się w czasy wszechobecnych „opakowań zastępczych”, przypominających zwykły papier pakowy, a także absurdalnych oszczędności, polegających na ponownym wykorzystywaniu materiałów i sklejaniu gotowych już okładek zadrukowaną stroną do wewnątrz.

Na stole z płytami nie zabrakło absolutnych klasyków, takich jak ikoniczne wydawnictwa The Beatles, Jethro Tull czy formacji Queen. Swoje zasłużone miejsce w tej muzycznej opowieści miały również okładki zespołu Aphrodite's Child, w którym występował słynny Demis Roussos. Można było też dowiedzieć się na przykład, jak głęboka symbolika kryje się za - z pozoru - kontrowersyjnym obrazem, zdobiącym wybitny album Santany. Nie sposób tu wymienić wszystkich prezentowanych okładek. Ważne, że wśród opowieści o zagranicznych gigantach nie zabrakło silnych częstochowskich akcentów, które wzbudziły szczególny entuzjazm publiczności. Obok przypomnienia pierwszych wydawnictw lokalnej dumy, czyli Formacji Nieżywych Schabuff czy zespołu T.Love, Grabałowski przywołał urokliwe pocztówki dźwiękowe. Te niepozorne nośniki pozwalały niegdyś za drobną opłatą zadedykować bliskiej osobie wybrany utwór, wytłoczony wprost na kawałku elastycznego tworzywa. Pasjonującą opowieść dopełniły prezentacje technologicznych rarytasów, takich jak zapomniany dziś format LaserDisc.

Zgłębianie historii winylowych okładek to sztuka ratowania od zapomnienia wybitnych wizji i towarzyszących im ludzkich losów. Całość tego nasyconego anegdotami wieczoru zwieńczył kameralny akcent muzyczny. Paweł Łowicki, akompaniując sobie na gitarze akustycznej, wykonał trzy utwory, domykając narrację w nastrojowy sposób.
Dom Sztuki Stanisława Miklasa nie zwalnia tempa i już wkrótce zaprosi
mieszkańców Częstochowy na kolejne spotkania z kulturą. W najbliższych
planach znajdują się m.in. wystawy Lucjana Mianowskiego oraz Michała
Boguckiego, a miłośnicy historii zapewne ucieszą się z
ekspozycji unikatowej fotografii Lwowa z przełomu XIX i XX wieku. Warto
więc śledzić zapowiedzi.
Fot. Piotr Karoński
