Ogórkosze
Wracam z pracy. Dzwoni do mnie żona, żebym koniecznie po drodze kupił ogórki kiszone i akurat kiedy to mówi zatrzymuję się przed pasami na Krakowskiej i zauważam sklep z szyldem „Ogórkosze. Ogórki kiszone.” Idealnie. Zjeżdżam w bok i parkuję. Wysiadam. W środku białe, świeżo pomalowane ściany, za ladą jedna półka, a na niej słoik ogórków kiszonych.

– Otwarte? – pytam, bo nikogo nie widać.
Z zaplecza wyłania się kudłaty typ w przyciemnianych okularach.
– Mam do sprzedania słoik ogórkoszy. – odpowiada mówiąc po polsku z dziwnym akcentem, jakby urodził się za granicą.
Płacę jakieś grosze, dziękuję i wybiegam ze słoikiem pod pachą. Po przyjeździe stawiam go na stole w kuchni, czym rozpętuję domową burzę. Żona i córka wrzeszczą na mnie, na zmianę, że jestem totalnym ignorantem, przecież ludzie oszaleli na punkcie tych ogórków, że to nowa moda i czy naprawdę o niczym nie wiem. Niemal natychmiast wsiadamy do auta, wracamy na Krakowską, niestety po sklepie ani śladu, drzwi zamknięte, szyld zdjęty.
– Czytałam, że oni działają właśnie w ten sposób. – komentuje córka.

Po powrocie namawia mnie do wstawienia fotki z ogórkami na Facebook i Instagram.Nigdy żaden mój post nie wywołał takich reakcji. Setki polubień, w dodatku telefon nie milknie, wciąż ktoś gratuluje, dzwonią przedstawiciele lokalnych mediów z prośbą o wywiad. Dzwoni również prezes „Stowarzyszenia Ogórkosze” i zaprasza na spotkanie szczęśliwych posiadaczy słoików, które odbędzie się w najbliższą sobotę w budynku dawnego kina „Relax”. Wyłączam telefon. Przez parę dni mam względny spokój.
Wcześniej się wahałem, ale zdecydowałem, że jednak pójdę na to spotkanie do „Relaxu”. Pogadam, może ktoś zechce odkupić ponoć bezcenne ogórki, może wytłumaczą mi jak radzić sobie z presją.
Zabieram słoik do plecaka i idę. Na miejscu okazuje się, że przed kinem tłumy. Kilkudziesięciu policjantów i ochroniarzy pilnie strzeże wejścia. Na szczęście mam zaproszenie.
Na środku sali około dwudziestu krzeseł tworzy zamknięty krąg. Siedzą na nich kobiety i mężczyźni w różnym wieku. Wśród nich zarówno nastolatka z kolczykiem w nosie, jak i para staruszków. Każdy trzyma słoik na kolanach. Jedno z miejsc czeka na mnie.
– Cześć. Mam na imię Aneta. Z ogórkami od czterech tygodni. Rok temu wykryto u mnie białaczkę. Badania z piątku wykazały, że wyzdrowiałam. – wyznała na początku chuda brunetka.
Wciąż towarzyszyło mi wrażenie, że znalazłem się na spotkaniu jakiejś sekty albo grupy anonimowych alkoholików.

– Mam na imię Jarek. Łysy przez ponad trzydzieści lat. – powiedział brodacz z fryzurą afro.
– Cześć. Tu Katarzyna. Czekaliśmy z mężem na dziecko od bardzo dawna. Próbowaliśmy wszystkiego, nawet in vitro! – oświadczyła pani w zaawansowanej ciąży.
– A pan? Pana widzę pierwszy raz. – powiedział brodacz wskazując mnie.
– Słoik mam krótko. Do tej pory nie wydarzyło się nic istotnego.
– Na pewno czegoś panu brakuje. – stwierdziła chuda Aneta.
– Jestem zdrowy, szczęśliwy. No może przydałoby się więcej kasy, ale… – dodałem na odczepne.
Każdy, po kolei, opowiadał własną historię cudów. Przy wyjściu zagadała do mnie ta kobieta w ciąży.
– Proszę pojawić się na następnym zjeździe. Wielu nie wierzyło. Przekona się pan.

Przed kinem zamieszki. Panuje chaos, syreny, hałas, policjanci pałują, z armatek wodnych tryskają strumienie, ktoś wyrywa mi słoik, dostaję w twarz, przewracam się, ale jakimś cudem udaje mi się wydostać.
W domu wszyscy ślęczą przed telewizorem. Głównym newsem w niemal każdym portalu okazuje się informacja przesłana drogą mailową do największych agencji, brzmiąca:
„Ogórki są darem. Przybywamy w pokoju. Pochodzimy z przyszłości. To początek”.
W tajemnicy wyciągam z konta wszystkie oszczędności. Pożyczam dużą kasę od szwagra i od szefa z pracy. I idę grać do kasyna.
Fot. Mateusz Zajda
