Pięknie pachnie fryturą
Znowu zamknęli nas w domach. Pandemia, kolejny atak, tym razem sytuacja wydaje się być dużo trudniejsza, niż ostatnio. Nie wolno nigdzie wychodzić, wyłącznie na podwórko z psem. Po ulicach krążą patrole policji. Obowiązuje całkowity zakaz spotkań towarzyskich, odwiedzin, imprez okolicznościowych. Zakupami zajmuje się specjalna służba. Zamawiasz produkty w Internecie, przywożą pod drzwi, dzwonią i odjeżdżają.

W
wypadku nowej odmiany wirusa najbardziej szkodliwym i niepożądanym objawem
stała się mgła covidowa. Innych dolegliwości praktycznie nie ma, prawie wcale,
troszkę kaszlu, katar, to wszystko. Mgła objawia się utratą pamięci.
Zainfekowani nie wiedzą jak mają na imię, nie rozpoznają członków rodziny. W skrajnych
przypadkach zapominają oddychać. Szpitale przepełnione są przestraszonymi
ludźmi w kółko wypytującymi:
– Który mamy rok?
– Kim jestem?
– Gzie są klucze od auta?
Zakażalność rośnie. Światowemu przemysłowi grozi całkowity krach. Brakuje lekarzy i pielęgniarek. Ludzie zaczynają wpadać w panikę. Nikt nie kupuje testów antygenowych, gdyż do rozpoznania choroby wystarczy znajomość tabliczki mnożenia.
– Pięć razy pięć?
– Nie wiem. – odpowiedziała moja córka i natychmiast zdaliśmy sobie sprawę, że jest chora.
Odtąd łażę po domu przerażony. Dzwonię do znajomych. Nikt nie potrafi pomóc. Telewizja nie działa od paru dni. W mediach społecznościowych królują teorie spiskowe. Szukam czegoś, co da nadzieję na wyleczenie. Padają różne podpowiedzi: rumianek, witamina C, frytki. Właśnie! W sklepach zaczęło brakować frytek. Wczoraj nie kupiłem ziemniaków, też się skończyły. Jednocześnie ryż, kaszę, pieczywo, papier toaletowy można nabyć bez przeszkód, w niereglamentowanych ilościach. Zaglądam do zamrażarki. Znajduję nieotwartą paczkę domowych długich cienkich. Smażę.
– Jedzcie, to lekarstwo. – mówię dzieciom.
Po chwili córka wraca po dokładkę.
– Pięć razy pięć? – pytam.
– Dwadzieścia pięć. Na tyle porcji mam jeszcze ochotę. Nie pamiętam, kiedy byłam tak głodna.
Udało się. Nikt mi nie wierzy, oprócz sąsiadów i rodziny. Spotykamy się na Piłsudskiego, mimo zakazów, przecież to symboliczne miejsce. Mój brat przywozi kilka worków ziemniaków, z zapasów, z piwnicy. Klecimy na szybko budę z wielkim szyldem „Gucio” i rozdajemy ludziom frytki za darmo. Dochodzi do kilku starć z policją, ale po paru godzinach zamieszek większość mundurowych przechodzi na naszą stronę. Dołączają właściciele okolicznych restauracji. W ciągu tygodnia Aleja Frytkowa zmienia się w centrum kulturalno-rozrywkowe miasta. Teatry uliczne grają darmowe występy, muzycy koncertują, poeci recytują wiersze. Lekarze zrzucają kitle i tańczą na środku ulicy. Kolejka chętnych na frytki nigdy się nie kończy. Niemal co chwila słychać okrzyki:
– Sto gram z samą solą!
– Pół kilo z posypką!
– Dwie porcje karbowanych!
Tymczasem w innych częściach kraju nie jest tak wesoło. W Warszawie i Krakowie wciąż przybywa chorych. Wskutek tego, to właśnie Częstochowa błyskawicznie przeobraża się w stolicę polskiego handlu. Do świętego miasta ciągną gromadnie pielgrzymki smakoszy smażonych kartofli. Przychodzą pieszo, przyjeżdżają samochodami, pociągami. Zdrowi przyprowadzają zakażonych, by po chwili świętować cudowne uleczenie.
Okazuję się, że od nadmiaru frytek wymłodniałem. Znów mam dziewiętnaście lat. Nie tylko ja. Właściwie każdy wieczór spędzam ze swoimi starymi-młodymi znajomymi w knajpach na Dekabrystów. Jest tak pełno, że ciężko znaleźć miejsce siedzące. Zupełnie jak dwadzieścia lat temu. Później, nad ranem, zjeżdżamy nocnym tramwajem na Piłsudskiego, żeby coś jeszcze zjeść przed snem. Powietrze znów pięknie pachnie fryturą.
Fot. Mateusz Zajda
