Płyta pachnąca nowością, Mozartem i Chopinem
Od 1 marca umieści ją w swym okienku, jak na wystawie sklepowej, kasa filharmonii. Ale na Spotify też będzie. Najnowszy CD z muzyką poważną, nagrany w Częstochowie, zbiera muzyczne unikaty, w większości dotąd niepublikowane. Jest ambitny i intrygujący.
.jpg)
Utwory są cztery: dwie symfonie, jedne wariacje, jeden zestaw złożony z adagia i ronda. Opakowano je w tekturową okładkę barwy piasku, ze scenką batalistyczną na froncie: na czarnym koniu rycerz w szyszaku z piórkiem, na koniu białym - jakiś taki chyba bisurmanin. Czyżby w środku kryło się coś w stylu uwertury do „Lekkiej kawalerii” Suppégo albo muzyki do filmu „Pan Wołodyjowski”? No właśnie nie! Żadnego marsza, żadnych surm bojowych. Tyle że w pierwszej symfonii orkiestra od czasu do czasu zatrąbi patetycznie, natomiast cała reszta brzmi jak kryształowe wisiorki z zabytkowego żyrandola.
Kompozytorzy są trzej: Krzysztof Meyer, Antoni Milwid i Franciszek Lessel. Wszyscy – wbrew nazwiskowym pozorom – Polacy. Czy ich już gdzieś słyszeliśmy? Oj… Może tylko ktoś z branży muzyki poważnej, bo w radiu i serwisach streamingowych wymienieni panowie raczej nie są pasjami wyszukiwani.
Ale słyszeliśmy nieraz wykonawców, Orkiestrę Filharmonii Częstochowskiej pod dyrekcją Adama Klocka, pianistkę Joannę Ławrynowicz-Just i naszą częstochowską flecistkę Annę Zmarzły. Cały ten zespół podjął się zadania intrygującego i ambitnego. W efekcie powstała płyta z unikatową zawartością. Nosi tytuł „Meyer, Milwid, Lessel” a zbiera nagrania w większości premierowe, nigdy dotąd niepublikowane.
Zacznijmy od Symfonii D-dur w Stylu Mozarta op. 41 Krzysztofa Meyera. Miała być realizacją pomysłu na muzyczny dowcip. Oto w 1977 roku Filharmonia Poznańska zaproponowała kompozytorowi, by przygotował coś na koncert primaaprilisowy. I co on na to? W książeczce ukrytej pod okładką płyty znajdziemy wypowiedź mistrza: Postanowiłem wtedy napisać symfonię, która nie byłaby żartem z jakiejś powszechnie znanej muzyki, lecz wręcz przeciwnie - wyrazem wielkiej miłości i czci dla twórcy, którego dzieła zawsze były i niezmiennie są dla mnie źródłem wielkich przeżyć. Propozycję tę potraktowałem więc jako okazję do »przebrania się« za Mozarta.
.jpg)
Plan się powiódł: nieuprzedzony meloman może pomyśleć, że to istotnie Mozart. Zwłaszcza gdy usłyszy tu i tam kawałeczek znany sobie, bo będący prawie dosłownym cytatem.
Numer dwa - Symfonia C-dur Antoniego Milwida. Dotąd uważana za zaginioną, znana z wersji, którą w latach 50. ubiegłego wieku zaaranżował kompozytor i dyrygent Jan Krenz. Do ocalałej pierwszej części utworu dopisał on jeszcze trzy, planując całość na obój solo i orkiestrę kameralną. Ale w zbiorach Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina odnalazł się przedwojenny odpis - być może rękopisu - partytury całej symfonii. Wszystko wskazuje na jego autentyczność i z niego właśnie skorzystano przy nagraniu płyty.
- Jest to dzieło na wskroś oryginalne, w pewnych aspektach arcyciekawe – w prostych formach klasycystycznych zawarto tematy polskiej muzyki ludowej o niezwykłej sile ekspresji, zdradzającej niezwykły temperament kompozytora – dowodzi Adam Klocek.
Hm… Szef Filharmonii Częstochowskiej jest specjalistą i wie, co mówi. Moje amatorskie ucho natomiast słyszy tę muzykę nieco inaczej. Milwid żyjący w latach 1755-1873 nie był Feliksem Dzierżanowskim i nie włożył do swojej symfonii niczego a’la „Podkóweczki, dajcie ognia”. Folklor u niego pokazywany jest – myślę - z perspektywy salonu.
No i trzecia premiera - Wariacje na flet i orkiestrę Franciszka Lessla. Częstochowa zrobiła coś więcej niż tylko ich nagranie. Dwaj dyrygenci naszej orkiestry, Adam Klocek i Tomasz Chmiel, poprawili instrumentację i harmonizację całości tak, by jak najlepiej odpowiadały stylowi kompozytorskiemu Lessla. Uznali bowiem, że wcześniejsza aranżacja, powszechnie wykorzystywana, wykazuje wiele cech dalekich od tego stylu.
.jpg)
Wariacje jednak to nie wszystko. Na płycie znalazły się również Lesslowskie „Introdukcja i Polonez” na fortepian i orkiestrę. Jak twierdzi Adam Klocek - perełka w twórczości tego kompozytora. A był to – podkreślmy - ulubiony uczeń a z czasem także przyjaciel samego Józefa Haydna. Jak brzmi ten jego utwór? Kiedy go słuchałam, rodzina wetknęła głowę przez drzwi pokoju i zapytała:
- Co to za płyta? A, znowu jakieś Szopeny…
No właśnie. Tak jak Mayer brzmi Mozartem, Lessel brzmiał Chopinem. I rzecz wcale nie w tym, że go za życia naśladował. Skądże. Natchnienia do swojego poloneza szukał nad klawiaturą w 1807; rodzice Chopina mieli wtedy zaledwie roczny staż małżeński, a sam Fryderyk był dopiero w planach (przyszedł na świat w 1810).
- Należy uznać ten utwór za absolutnie zgodny z europejskimi trendami epoki, nie mający w sobie nic z wtórności. Polska nuta tego poloneza jest z pewnością jedną z najpiękniejszych w polskiej twórczości przedchopinowskiej – komentuje Adam Klocek.
Urodę utworu mistrzowsko oddała na płycie znakomita pianistka, prof. Joanna Ławrynowicz-Just. Wariacje to z kolei popis flecistki naszej filharmonii, Anny Zmarzły. Słuchanie ich to sama przyjemność, a cały czas kołacze się człowiekowi po głowie słowo “wirtuozeria". Jak natomiast wypadła częstochowska orkiestra? Jakieś dziesięć lat temu miałam okazję przeprowadzać wywiad z Adamem Klockiem. Powiedział mi wówczas, że z tym właśnie zespołem gotów jest zagrać wszystko, będąc pewnym sukcesu. To było – nie mam wątpliwości – stwierdzenie faktu, nie komplement. Płyta „Meyer, Milwid, Lessel” stanowi jego potwierdzenie.
Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska (Adam Klocek, Anna Zmarzły)
