„Seksterapia” w teatrze
Teatr Rozrywki RZT Szymaszkowa zawitał do Częstochowy. Zaprosił widzów na „Seksterapię”. Ze sceny leczyła widzów Hanna Zbyryt, pomocy potrzebował towarzyszący jej Grzegorz Pawlak, a wszystko to działo się w rytm muzyki serwowanej na żywo. Spektakl zagrano dwukrotnie. Wszystkie miejsca na sali wyprzedano.

Gdy w tytule spektaklu pojawia się „seks”, komplet (ba! nawet nadkomplet) na widowni jest gwarantowany. Dowodem jest tu choćby jedna z nowszych produkcji Teatru im. Adama Mickiewicza – świetny „Seks dla opornych” w reżyserii Marka Ślosarskiego. Niełatwo kupić na nią bilety, bo chętnych zawsze jest dużo (a teraz pewnie będzie ich jeszcze więcej, bo niebawem na ekrany kin wejdzie filmowa adaptacja sztuki Michele Riml z Iloną Ostrowską i Piotrem Adamczykiem w roli małżonków z problemami).
„Seks” dobrze „sprzedawał się” w Częstochowie również na występach gościnnych, gdy z „Seksem po krakosku” przyjechał tu Teatr Współczesny w Krakowie. Ten tytuł traktuję trochę jak „nasz”, bo w obsadzie spektaklu występuje Sylwia Warmus, na co dzień związana z „Mickiewiczem” (wiem, że powstała kontynuacja tej sztuki, tym razem ze „Skandalem” w nazwie i mam nadzieję, że niebawem również zawita na scenę przy ul. Kilińskiego).

Co więcej: „seks” sprzedaje się nawet wtedy, gdy w tytule nie ma o nim słowa, ale tematyka jest już rozerotyzowana (sprawdza się to nie tylko na scenie, ale też w kinie czy literaturze, wystarczy wspomnieć o „Pięćdziesięciu twarzach Greya” itp.). Tak jak w przypadku „Ostrej jazdy” Norma Fostera, której bezrobotni bohaterowie planują odkuć się, kręcąc filmy dla dorosłych. Ich przygody z kinem nie do końca familijnym częstochowscy widzowie po raz pierwszy obejrzeli we wrześniu 2013 r. Minęło 12 lat, a spektakl nie schodzi z afisza i ma wierną publiczność (która widziała go nie raz czy dwa, a przynajmniej kilka razy). I tu mały spojler, bo to właśnie z „Ostrą jazdą” będzie można spędzić tegoroczne teatralne Andrzejki.
Tylko dlaczego tyle tu o seksie mowa? Wszystko przez „Seksterapię”. Bo to, że panuje wysoki popyt na sztuki „o lekkim zabarwieniu erotycznym”, potwierdziła ostatnio częstochowska wizyta Teatru Rozrywki RZT Szymaszkowa z Zakopanego. 21 września dwukrotnie zaprezentowali sztukę Anny Burzyńskiej. Bilety – tu Was nie zaskoczę, wyprzedały się – konieczne były też dostawki.

Twórcami zakopiańskiego teatru są Stanisław Rzankowski i Hanna Zbyryt, częstochowianka, która w „Mickiewiczu” debiutowała jeszcze jako nastolatka, a dziś jest jego etatową aktorką (można ją oglądać m.in. w „Lekcjach tańca” i „Polowaniu”). Po raz pierwszy wystąpiła w swoim teatrze ze swoim teatrem. Na "debiut" wybrano tytuł wymykający się gatunkowi. Bo "Seksterapia" to nie tylko komedia, ale też pewien rodzaj performance'u czy stand-upu. Żart goni tu żart (choć pojawiają się również bardziej refleksyjne momenty dotyczące potrzeby bycia kochanym).
Zbyryt gra seksterapeutkę Karolinę Chętną, która ze sceny prowadzi terapię grupową dla par i singli. Obiecuje rozwiązać wszelkie związkowe problemy, a jej wskazówki mają sprawić, że życie innych zacznie przypominać (w zależności od potrzeb) „Love Island” „Hotel Paradise” lub „Nagą prawdę”. I jak to często bywa, szewc bez butów chodzi, więc choć obcym radzi, sama nie może pochwalić się udanym związkiem.

Stan ten odmienić może pewien nieco zagubiony „pacjent”, w którego wciela się Grzegorz Pawlak. Podobnie jak częstochowianka grał on w serialu „Leśniczówka”. A my, widzowie, doskonale znamy jego głos, bo to nim mówił zarówno Darth Vader, jak i Papa Smerf, Thor czy przyjaciel Puchatka – Tygrysek. W „Seksterapii” gra z lekką wadą wymowy, której nigdy nie skojarzylibyśmy z lektorem w „Dancing with the Stars. Taniec z gwiazdami” czy „Idź na całość”.
Humor jest odważny, interakcji z publicznością sporo, śmiechu wśród widzów także. Atutem produkcji wyreżyserowanej przez Grzegorza Kempinsky’ego jest muzyka grana na żywo. Zapewniają ją pianista Wojciech Wachułka (który odpowiada również za aranżacje) i perkusista Bartek Szczepański. Wyróżnikiem RZT Szymaszkowa (muszę koniecznie wybrać się kiedyś do zakopiańskiej siedziby teatru!) jest bowiem to, że aktorom na scenie zawsze towarzyszą muzycy. W „Seksterapii” pojawiły się polskie wersje światowych przebojów – z „Dianą”, "Stand By Me", "Put Your Hand On My Shoulders", czy „Fever” na czele. Potwierdziły zresztą tylko wokalny kunszt Hanny Zbyryt.

Gdy trwający półtorej godziny spektakl minął, nagrodziły go długie oklaski. Konieczny okazał się więc bis. Również śpiewający. Aktorka sięgnęła po „Pogodę ducha” Hanny Banaszak. I to był mój ulubiony punkt tego wieczoru. Grzegorz Pawlak, gratulując koleżance, uprzedził pytanie, które zadawałam sobie w głowie ja i pewnie wielu innych widzów: dlaczego Hanna Zbyryt nie wydała dotąd autorskiej płyty?
Ta sytuacja niebawem powinien się zmienić. Prace trwają. W sieci pojawiły się już trzy single, które z pewnością na takie wydawnictwo trafią. Klipy do utworów „Tatuaże”, „Margarita”, „Klik” czekają na YouTubie. Posłuchajcie, bo warto.
Fot. Agnieszka Małasiewicz
