SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Agnieszka Małasiewicz

Symfonia o ucinaniu głowy

14 maja 2026
Udostępnij

Wykonaniem Symfonii Fantastycznej w Filharmonii Częstochowskiej byliśmy oszołomieni. Nawet Wagner, specjalista od głośnej muzyki, mógłby się od Berlioza uczyć hałasowania. Pięcioro bębnistów było na scenie i miało co robić.

middle-670309870_1593446922566720_3596834431774634524_n.jpg

Z tymi bębnami coś jest na rzeczy. Nastolatką będąc oglądałam w telewizji serial biograficzny, francuski, poświęcony Berliozowi. Pamiętam z niego tylko jedną scenę: podczas wizyty bodajże w Rosji miał kompozytor dyrygować wykonaniem swojej muzyki przed carem batiuszką. Szczegóły uzgadniał z jakimś wysoko postawionym szambelanem, ministrem czy marszałkiem dworu. Ten oznajmił, że zwyczajem jest, by gwiazda wieczoru na jego finał dawała popis solo. Berlioz odmówił wyjaśniając, że na niczym nie gra wystarczająco dobrze, jedynie na całej orkiestrze (tak naprawdę miał być bardzo zręcznym gitarzystą i nieźle radził sobie z fletem). Urzędnik dworski upierał się jednak zawzięcie i wyniośle, oburzony, że ktoś chce zerwać z cesarską tradycją. Na co kompozytor, w serialu pokazany jako choleryk, jak nie wrzaśnie: - Oczywiście, proszę bardzo, mogę zagrać solo. Na bębnie!

Od tamtej pory Berlioz jest mi, osobie, która nie opanowała nawet gry na grzebieniu, jakby bliższy duchowo. Inna sprawa, że go prawie nie słucham, w stojaku na płyty mam tylko jakąś składankę z jego Marszem Węgierskim, ozdobą opery „Potępienie Fausta”. W naszej filharmonii też jest bardzo rzadko prezentowany, dlatego bez wahania poszłam napawać się jego Symfonią Fantastyczną.

middle-674240661_1593446885900057_538576332079431006_n.jpg

Szczypała mnie także - przyznaję - ciekawość w kwestii pewnego szczegółu. Oto na premierę Fantastycznej w 1830 roku ściągnięto Berliozowi do paryskiego konserwatorium najprawdziwsze kościelne dzwony wieżowe. A co u nas? Czy ma filharmonia służbowego Zygmunta na podorędziu? Nie. Okazało się, że na końcu długiego rzędu werbli, bębnów, kotłów i talerzy ulokowano stojak z dzwonami rurowymi.

Tak, sekcja perkusyjna orkiestry wyglądała imponująco jeszcze zanim zabrała głos. Wrażenie spotężniało, gdy wzięła się do pracy; nawet Wagner, specjalista od głośnej muzyki, mógłby się od Berlioza uczyć hałasowania. Fachowcy od historii muzyki twierdzą, że Berlioz w ogóle wybrał opcję „na bogato”, rozbudowując skład orkiestry między innymi do 30 skrzypiec, 10 altówek, 11 wiolonczel i 9 kontrabasów. Sekcja dęta, choć skromniejsza, dbała o uderzenie równie mocne jak to produkowane przez perkusję.

I czemuż to mają służyć te wszystkie instrumenty? Opowiedzeniu o bohaterskich czynach, patetycznych dramatach, przełomach historii? Nie. Historii miłosnej. Autentycznej zresztą. Oto zilustrował Berlioz w swojej symfonii uczucia towarzyszące mu, gdy stracił głowę dla irlandzkiej aktorki Harriet Smithson. Poznał ją podczas swego wyjazdu do Anglii. Akurat grała Ofelię. Zakochał się z miejsca i bardzo. Niestety, bez wzajemności.

middle-674119319_1593446112566801_7358613372269615743_n.jpg

Widywali się w Londynie, potem w Paryżu, gdy Harriet tam przyjechała. Berlioz wciąż jej nie interesował. Trzy lata obsesyjnych a beznadziejnych uczuć zaowocowały właśnie Symfonią Fantastyczną, napisaną w 1830 r. z podtytułem „Epizod z życia artysty”. Zajmuje ona ważne miejsce w historii muzyki, jako pierwsza symfonia programowa, a także jedno z najważniejszych i charakterystycznych dzieł epoki romantyzmu.

Kompozytor nie ukrywał jej związków ze swoim prywatnym życiem. A na wypadek, gdyby publiczność miała jakiekolwiek wątpliwości w tym względzie lub problemy ze zrozumieniem intencji twórcy, opatrzył muzykę słownym komentarzem - baśniową opowieścią o własnej miłości. Opublikował ją w paryskim dzienniku „Le Figaro” tuż przed prapremierą, prowadząc przyszłych słuchaczy przez pięć części kompozycji (zerwał ze zwyczajem dzielenia symfonii na cztery).

Prowadząca częstochowski koncert Beata Młynarczyk przeczytała nam ten tekst. Streśćmy go: artysta widzi kobietę wśród osób tańczących na balu. Szaleńczo zakochany, próbuje odzyskać spokój w okolicznościach przyrody - bez rezultatu. Znękany, zażywa opium, by się zabić, ale tylko traci przytomność. Majaczy mu się, że zamordował ukochaną i - skazany na śmierć za morderstwo - ginie na szafocie, a potem, martwy ogląda swój pogrzeb zmieniający się w sabat czarownic.

middle-672587695_1593446395900106_8516922357797587641_n.jpg

Dla XIX-wiecznej publiczności takie połączenie słowa i muzyki oraz wątku autobiograficznego było zaskakującą nowością, niekoniecznie do przyjęcia. Może by ją jednak ludzie łyknęli gładko, gdyby kompozytor nie zrobił wielu innych niespodzianek. Nie tylko synkopował, rozstawiał koły w różnych częściach sali koncertowej, a obój wyprowadził za kulisy (po to, by osiągnąć efekt dochodzenia dźwięku z różnych stron albo z oddali). Gorzej, że każdy z kotłów miał grać w innym rytmie. Mało tego, w scenie egzekucji muzyka oddaje głos kroków bohatera wchodzącego na szafot z gilotyną, a potem ucięcia mu głowy i jej upadku do kosza. Kazał też kompozytor skrzypkom uderzać smyczkami w drewno, by osiągnąć efekt stukotu kości (to w tańcu szkieletów). A już najbardziej zaszokowało publiczność wprowadzenie do sceny sabatu czarownic elementów „Dies irae” z mszy żałobnej i dźwięku kościelnych dzwonów. Część widowni podczas prapremiery uznała to za jawne bluźnierstwo i zniesmaczona opuściła salę koncertową. Reszta - zachwycona - została na miejscu, pozwalając się szokować dalej.

middle-671978810_1593446189233460_1647023145058736996_n.jpg

Dziś ten dwoisty stosunek melomanów do Berlioza najlepiej oddaje powiedzenie Ravela - że Berlioz był człowiekiem wielkiego geniuszu, ale małego talentu.

Wśród publiczności rozemocjonowanej muzyką znalazła się Harriet Smithson: w końcu, sześć lat po ich pierwszym spotkaniu, pozwoliła Berliozowi poprowadzić się do ołtarza. Na początku było dobrze, mieli syna, ale potem związek zaczął się sypać, aż doszło do rozstania.

W Częstochowie nie tylko nikt nie wyszedł wcześniej, ale orkiestrę i dyrygującego nią Grigora Palikarova z Bułgarii czekał na zakończenie wieczoru niekończący się huk braw. Dyrygent też nie krył pozytywnych emocji. Szeroko uśmiechnięty, kilka razy podnosił do specjalnych ukłonów całą sekcję perkusyjną. A potem dętą - kolejnych największych hałaśników. Orkiestra z kolei wyrażała swoje uznanie dla dyrygenta nie tylko tradycyjnym uderzaniem smyczkami w pulpity do nut, ale nawet głośnym tupaniem w podłogę.

middle-672675309_1593446365900109_15533164874142091_n.jpg

A czy mnie się podobało? Bardzo. Może nawet uzupełnię swój stojak na płyty o kolejny dysk. Tyle że dla mnie stała się Symfonia Fantastyczna ilustracją zupełnie innej historii. Mógł sobie Berlioz pisać swój odrobinę ckliwy tekst o zakochanym kompozytorze. Dla mnie jego „Epizod z życia artysty” jest muzycznym skrótem całej powieści, w której zresztą również występuje pewien Berlioz i ucinają mu głowę. Wiecie już, jakiej? Tak, to „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa, z wielką, szaloną finałową sceną balu u szatana.

Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska

Joanna Skiba - czytaj więcej