W naszej naturze nie leży chyba poddawanie się
Twórcy spektaklu „Śluby panieńskie” zapewniają, że na scenie będzie bardzo zabawnie, bo przecież żarty pisał im Fredro. Na scenie ma być prosto, oszczędnie, klasycznie. Nieco wbrew dzisiejszym trendom - tu ponad wymyślną scenografią czy bogactwem kostiumów stać ma tekst. O przygotowaniach do premiery, która odbędzie się 18 maja opowiadają Szymon Kowalik, Małgorzata Modrzycka i Anna Wilk.

Czy jak robić spektakl, to z przyjaciółmi?
Anna Wilk: Oczywiście! Polecamy taki system, bo wtedy praca staje się nie tylko łatwiejsza, ale też przyjemniejsza. Im więcej ze sobą pracujemy, tym mocniej się zaprzyjaźniamy i chcemy więcej razem działać.
Szymon Kowalik: Uważam, że to bardzo wartościowe pracować z ludźmi, którzy mają wspólne zainteresowania, cele i poczucie estetyki (to ważne!). Wydaje mi się, że łączy nas podejście nie tyle do teatru i samego spektaklu, ale też do życia, do takich prozaicznych rzeczy. Łatwiej się dogadujemy, choć oczywiście pojawiają się dyskusje (to nieodłączny element pracy).
Małgorzata Modrzycka: Każdy z nas jest inny i to dobrze się sprawdza. „Dotarliśmy” się, jesteśmy w stanie lepiej rozłożyć obowiązki, tym większe ma to znaczenie w produkcji, w której jesteśmy odpowiedzialni dosłownie za wszystko. Za każdy aspekt, nie tylko to, co widać na scenie.
To nie jest wasze pierwsze wspólne przedsięwzięcie.
A.W.: To kolejny projekt, który robimy razem. Policzyliśmy, że ta nasza współpraca trwa od trzech lat. Tak naprawdę z każdym kolejnym przedsięwzięciem pracuje nam się lepiej. Doszliśmy do takiego momentu, w którym odczytujemy swoje myśli i mówimy takie same słowa w tej samej chwili. Gdy robiliśmy razem „Ballady i romanse”, czy salony poezji, mieliśmy wspólną wizję artystyczną, do której każdy dokładał cząstkę siebie.
S.K.: Jak na nasze młode lata, to całkiem spore doświadczenie.
M.M.: Ale to nie tylko spektakle, tylko przeróżnego rodzaju działalności. Prowadzenie warsztatów, mniejszych i większych gal, spotkań…
S.K.: Czy nawet poprowadzenie animacji na Przeprośnej Górce dla dzieciaków z okazji 3 maja.
A.W.: Albo urozmaicenie dzieciakom mikołajek czy Dnia Dziecka w szpitalu. Sprawdzamy się w różnych okolicznościach.

A kto wpadł na pomysł, by zrealizować „Śluby panieńskie”?
A.W.: i M.M.: Szymon!
S.K.: Z pewną dozą nieśmiałości wspomniałem dziewczynom o tym, że można byłoby zrobić „Śluby panieńskie”. Miałem takie marzenie, żeby mieć spektakl, z którym można iść w góry i grać w schroniskach albo na polanach w Tatrach. Grać „do kapelusza”. Cztery osoby, koc i możemy działać. Wszystko, co potrzebne zmieścimy w plecaku.
A dlaczego „Śluby”? To bardzo ciekawy tekst. „Pozbywając” się postaci Radosta i Ciotki jesteśmy w stanie obsadzić tę sztukę w czwórkę – my i Michał Kaszak. To było bardzo ważne, by nie musieć doangażowywać „starszych” aktorów. Oczywiście nie dlatego, że nie chcemy albo ich nie lubimy, tylko żeby był to w całości nasz projekt. Projekt stworzenia sobie miejsca pracy, gdy obecnie o zatrudnienie dla młodych aktorów (a takimi ciągle jesteśmy – śmiech!) niezwykle trudno. Zarzuciłem haczyk, a dziewczyny…
M.M.: „Połknęłyśmy” go od razu! Szymon rzucił „robimy?”, my rzuciłyśmy „robimy!”, a on wtedy „to może nie teraz, może kiedyś”. My byłyśmy zdecydowane, za to rok trwało namawianie Szymona, żeby się wziął za realizację swojego pomysłu.
A.W.: Wymyślił „Śluby” na swoje nieszczęście, bo najpierw upominałyśmy się o nie z comiesięczną częstotliwością, a potem już coraz częściej. W końcu nie miał wyjścia, musiał się zgodzić. Dzięki ograniczeniu obsady do czwórki aktorów ten spektakl zrobił się kompaktowy i mobilny, na czym nam bardzo zależało.

Czwórkę dopełnia wspomniany już przez Was Michał Kaszak, z którym również mieliście okazję już współpracować.
A.W.: To nasz kolega, z którym z Szymonem graliśmy w „Apok@lipsie covidowej”. Pomyśleliśmy o nim, bo pasuje do naszej ekipy i doskonale sprawdza się w roli Albina.
Spektakl robicie wspólnie, jak zapadały decyzje kto, kogo gra? W teatrze instytucjonalnym to reżyser narzucałby Wam role. A Wy i jego musieliście wybrać ze swojego grona.
M.M.: Pomysł był Szymona, więc siłą rzeczy to on wziął na siebie odpowiedzialność za reżyserię. W trakcie prób bardzo dużo ze sobą rozmawiamy, większość pomysłów rodzi w trakcie, ale to do reżysera należy ostatnie słowo. Jeśli się z nami nie zgadza, to nam to bardzo klarownie tłumaczy.
A.W.: Chociaż nie było ani jednej sytuacji, w której byłby drastyczny podział zdań. O kontrpropozycjach po prostu rozmawiamy.
S.K.: Gdy na samym początku przedstawiłem mój pomysł i wizję tego spektaklu, dziewczyny to zaakceptowały. I potem już nie było żadnych starć „reżyserskich”. Założeniem było to, żeby to przedstawienie było niezwykle proste, najważniejsze miało być słowo. Ten spektakl nie miał się bronić rozbudowaną scenografią, wymyślnymi kostiumami, czy skomplikowaną choreografią. Dla nas największą jego wartością jest sam tekst Fredry, który napisał go tak, że jest niezwykle aktualny i przezabawny. Naszym, a właściwie moim zadaniem było to, by te żarty wydobyć.
Jednak jeśli sam miałbym się jakoś nazwać, to na pewno nie reżyserem, a bardziej koordynatorem projektu. Fantastyczne w naszej grupie jest to, że pewne sprawy są u nas bardzo jasne: po prostu ktoś ma pomysł i go koordynuje. Tym samym bierze na siebie odpowiedzialność za to, co wymyślił. W przypadku porażki, to on musi wziąć ją na klatę. Jakby nie spojrzeć, to ja mam najszerszą!

Wróćmy do obsady, od razu było wiadomo, kto będzie Anielą, Klarą, Gustawem i Albinem?
A.W.: To było oczywiste. Rzuciłam: To co? Ja - Klara, Małgosia – Aniela? Szymon, że tak. To była kwestia tego, kto bardziej pasował do danej roli fizycznie, osobowościowo.
S.K.: W ogóle się nad tym nie zastanawiałem, od razu było wiadomo, kto będzie kim. Widać to było pisane pod nas (śmiech!).
Przypomniało mi się nasze spotkanie ze standuperami szykującymi się do występów w Klubie Politechnik, w którym my też gramy. Powiedziałem do nich, że nie wiem jak ich występ, ale nasz na pewno będzie śmieszny, bo nam żarty pisze Fredro.
Macie żarty od Fredry, a oprócz nich na czym Wam zależało? Jaki spektakl chcieliście zrobić?
S.K.: Prosty, oszczędny, wartościowy, klasyczny, lekki i śmieszny. Fredro napisał komedię i to ma być komedia. Cały szkopuł polega na tym, żeby nie szukać „prostackiego” humoru i nie znajdować go w sytuacjach stworzonych przez nas, tylko znaleźć śmieszność, w tym, co już mamy. Oczywiście nie są to żarty w stylu „Mrągowo 2020” czy kabaretonu, to zupełnie inny ich rodzaj.
Obecnie komedie Czechowa czy Szekspira przedstawiane są na smutno, poważnie. Nie idziemy w tym kierunku. Chcemy, żeby ludzie, którzy przychodzą na ten spektakl czuli, że spotykają się z tą klasyką, a jednocześnie świetnie się przy tym bawią.
Nie robicie teatru „na siłę”?
S.K.: Nie, absolutnie! Na początku miałem takie myśli, że może te nasze „Śluby” są za „biedne”. Mamy sceny, gdy oni stoją na wprost siebie i gadają, i nic więcej się nie dzieje. Mówię: chyba to jest złe. Ale potem się wyprostowałem. Wystarczy dołożyć do tego temperaturę i to samo idzie. Jeśli tekst jest dobry, to wystarczy. Obejrzałem niedawno w Teatrze Telewizji „Zapiski z wygnania” z Krystyną Jandą. Przez 1,5 godziny stoi na scenie, odchodzi tylko na papierosa i cały czas mówi do mikrofonu. Słuchałem oczarowany.
Mieliście tekst, ale z samego tekstu spektaklu się nie zrobi. Wszystko leżało na Waszych barkach?
A.W.: Rzeczywiście mamy dużo pracy, ale nie czujemy, żeby to było dla nas logistyczne „mission impossible”. Oprócz tego mamy szczęście do dobrych ludzi, którzy nam pomagają. To Marysia Pospieszalska, Przemek Szymonik, Mikołaj Pospieszalski, Janek Krzemiński. Nawet Warszawska Orkiestra Sentymentalna udzieliła zgody na wykorzystanie jej utworu. Na naszej drodze pojawili się również cudowni sponsorzy.

M.M.: Po raz pierwszy występujemy także w roli producenta. Jesteśmy odpowiedzialni za kwestie wydruków, przygotowanie graficzne, sesje, trailery, kostiumy, bilety…
S.K.: Jest to dla nas przyjemność, nie odczuwamy aż tak natłoku działań. Niemniej trzeba zaznaczyć, że wykonaliśmy mnóstwo pracy, z którą wcześniej mieliśmy już do czynienia, ale nigdy w takim wymiarze. Stworzenie spektaklu to 50 proc. zadań, druga połowa to przygotowania, organizacja premiery, sprzedaż biletów, zapraszanie gości, promocja medialna. Trzeba było ogarnąć też miejsce na próby i całą logistykę ściągania Michała z Warszawy…
A nie przeszło Wam przez myśl, żeby dać sobie spokój?
M.M.: Momentami było trudno. Zastanawialiśmy się, jak sobie z czymś poradzić, ale nigdy nie padło: odpuśćmy, zostawmy to. Zawsze szukaliśmy sposobu, żeby znaleźć wyjście z sytuacji.
A.W.: W naszej naturze nie leży chyba poddawanie się. Choć każdy miewał spadki motywacji, ale wtedy ta druga czy trzecia osoba z naszego trio, go wyciągała. Jednak zawsze bardziej szukamy rozwiązań problemów niż samych problemów.
Ale o problemy chyba nie trudno. Sam Szymonie wspominałeś, że po obronie dyplomu aktora najczęściej nie przebiera się w propozycjach. To życie zawodowe trzeba sobie zorganizować?
A.W.: My po prostu wiedzieliśmy, że aktorstwo jest tym, co chcemy robić i choćby nie wiem co, będziemy to robić. Mamy pomysły, chęć i jesteśmy uparci.

S.K.: Ja miałem nieco inaczej niż Ania. Przeżyłem załamanie zawodowe i to duże. Po roku czy więcej męki, że nie idzie tak, jakbym chciał (a nie nadaję się do pracy na budowie czy w markecie), doszedłem do wniosku, że albo mogę siedzieć i załamywać się dalej, albo mogę próbować zorganizować sobie miejsce pracy i stawiać przed sobą kolejne wyzwania, które może zaprocentują. Zrobiłem wiele projektów charytatywnych, za które nie wziąłem ani złotówki, ale zaowocowały zupełnie innymi propozycjami. Jednym z nich jest współpraca z portalem Co Gdzie Kiedy w Częstochowie, z której jestem bardzo zadowolony i która sprawia mi to ogromną frajdę!
Nie poddałem się, bo na szczęście mam w swoim otoczeniu dwa anioły – Anię i Małgosię, które motywują mnie do działania.
A.W.: Pierwszy raz to słyszymy!
M.M.: Powiedzmy szczerze, idąc do szkoły aktorskiej, nikt z nas nie przypuszczał, że będziemy w tym miejscu, w którym jesteśmy. To nie znaczy jednak, że to złe miejsce. Ja wyobrażałam sobie angaż w teatrze instytucjonalnym, że będę zajmowała się aktorstwem i tyle. Nikt nas nie uczy, jak stworzyć spektakl. To jest coś, czego musieliśmy się nauczyć sami i uczymy się zresztą cały czas. Tym bardziej, że jest to nasza pierwsza całościowa produkcja. W pojedynkę nie zrobilibyśmy niczego, bo ktoś przecież musi w tym spektaklu grać. Ile można robić monodramy?

Sama miałam zastój aktorski, teraz wracam do gry i robię to w świetnej ekipie. I choć jest jeszcze przed premierą, to czuję, że zrobiliśmy coś naprawdę dobrego, co jest po prostu nasze. I to taka sztuka, w której chcę grać, a nie zostałam do tego „zmuszona”, bo obliguje mnie to tego etat w teatrze. Widzę sens we wszystkim, co się tu dzieje.
A.W.: Często aktorzy pracujący w teatrach instytucjonalnych czy doangażowani gościnnie grają w czymś, co niekoniecznie im się podoba. Może nie do końca robią to wbrew sobie, ale daleko temu do marzeń zawodowych. My zdecydowanie robimy to, co chcemy, co nam się marzy i co nas satysfakcjonuje. To duży walor bycia takim freelancerem, choć oczywiście wiążą się z tym również liczne minusy i trudności.
18 maja premiera w Klubie Politechnik, co dalej?
S.K.: Oficjalna premiera będzie o godz. 19.00, a o 16.00 mamy specjalny „promocyjny” spektakl dla seniorów. A co potem? Naszym marzeniem jest to, żeby zapakować się do samochodu i pojeździć po Polsce, po mniejszych miejscowościach i gminach. Grać dla szkół, młodzieży, ale nie tylko. Chcemy się dzielić naszymi „Ślubami panieńskimi” także z tymi, który na co dzień może nie mają dostępu do teatru. Wszystko teraz w rękach wspomnianych już Marysi i Przemka, który nam menadżerują i dbają o to, żebyśmy zagrali tych spektakli jak najwięcej. Mam nadzieję, że kilkakrotnie wystąpimy też w Częstochowie. Jesteśmy otwarci na wszelkie propozycje, zagramy wszędzie.
M.M.: Wystarczy mała osobówka, walizka i możemy dotrzeć w każde miejsce.
A.W.: Ktoś mądry powiedział, że teatr jest tam, gdzie spotyka się aktor i widz. I my w to wierzymy.
Dalsze plany? Stowarzyszenie? Fundacja?
A.W.: Ciągle nas ktoś o to pyta. To duża presja (śmiech!). Ten temat falami wraca co pewien czas. Rozmawiamy o tym, ale - póki co - nie formalizujemy naszej działalności.
S.K.: A mnie podoba się to, że jesteśmy razem, ale każdy jest osobnym bytem, ma swoje zadania, plany, projekty.
M.M.: To taki zawód, że za chwilę, może pojawić się propozycja, by jechać na drugi koniec Polski. A gdy się pojawi, trzeba ją łapać.
Fot. Ela Bednarek
Anna Wilk. Dyplomowana aktorka i wokalistka. Wcieliła się w tytułową rolę w spektaklu dyplomowym „Moralność pani Dulskiej” w reż. Kingi Kowalskiej. Zagrała w spektaklu „Czyż nie dobija się koni?” w reż. Magdaleny Piekorz w Teatrze im. Adama Mickiewicza, współpracowała z Teatrem Nowym w Częstochowie (zrealizowała w nim cztery spektakle). Jej debiutem reżyserskim był spektakl „Uwolnij nas”.
.jpg)
Szymon Kowalik. Ukończył Studium Aktorskie w Olsztynie. Zadebiutował na scenie tamtejszego Teatru im. Stefana Jaracza spektaklem „Jeremi się ogarnia. Lol” w reż. Tomka Valldala-Czarneciego. Współpracował z Teatrem Nowym w Częstochowie (zrealizował w nim pięć spektakli). Na scenie Teatru im. Adama Mickiewicza możemy go oglądać w spektaklu „Bum” w reż. Iwo Vedrala.
Małgorzata Modrzycka. Absolwentka szkoły aktorskiej Haliny i Jana Machulskich, z którą jest związana jako choreografka i instruktorka tańca. Współpracowała z Teatrem Nowym w Częstochowie (zrealizowała w nim trzy spektakle). W 2023 r. zrealizowała spektakl dyplomowy „Chłopka”, w którym odpowiadała za reżyserię i choreografię. To miłośniczka i propagatorka polskiej kultury ludowej.
