SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Agnieszka Małasiewicz

Z naturą należy się ścigać

2 lipca 2024
Udostępnij

- Pejzaż jest permanentnym stawaniem się. On nie pozuje, tak jak martwa natura, czy jak model, którego się usadzi i co jakiś czas daje się mu herbaty i każe mu się wrócić do tej samej pozy – mówi Jan Wołek. Jego sposób na pejzaż można oglądać do 5 lipca na ścianach częstochowskiej Konduktorowni. Wystawę otwarto w ramach III Festiwalu im. Piotra Machalicy.

middle-449193553_7700499816684781_4373761671585236298_n.jpg

Już po raz drugi festiwal, któremu patronuje zmarły w 2020 r. aktor, ma swoją inaugurację w siedzibie Regionalnego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Częstochowie. Rok temu w Konduktorowni zaprezentowano fotograficzne portrety, które artyście wykonała Grażyna Gudejko. Teraz postawiono ma malarstwo Jana Wołka. Inauguracji ponownie dokonała Magda Umer, która podobnie jak Jan Wołek zasiada w Radzie Fundacji im. Piotra Machalicy, która odpowiada za organizację wydarzenia.

- Trzeci Festiwal imienia naszego ukochanego Piotrusia Machalicy uważam za otwarty – ogłosiła 27 czerwca Umer. - Wielkim szczęściem nas wszystkich jest móc pooglądać dziś obrazy wspaniałego poety, malarza, człowieka, myśliciela, utalentowanego przyjaciela - także samego Piotra, Jasia Wołka.

Obrazy i obrazy

Gdy bohater wieczoru przejął mikrofon, trudno było zachować powagę. Jan Wołek jest bowiem doskonałym gawędziarzem, który słynie z wytrawnego poczucia humoru (doświadczyliśmy tego już m.in. rok temu, podczas benefisu, którym artysta uczcił w Filharmonii Częstochowskiej 50-lecie pracy twórczej). Podczas wernisażu sypał anegdotami, wiele z nich narodziło się w „Suszarni”, czyli jego autorskiej galerii, którą prowadzi w Kazimierzu Dolnym.

middle-449178778_7700497476685015_43413306623370660_n.jpg

- Goście odwiedzający moją małą galeryjkę zawsze zaskakują mnie swoimi opiniami. To nieustająca, głęboka kopalnia wiedzy na temat estetyki, na temat malarstwa. Stwierdzam z ubolewaniem, że na Akademiach Sztuk Pięknych nie uczą jednej rzeczy, która jest w życiu malarza bardzo ważna. Mianowicie, nikt nie uczy, jak sprzedawać obrazy. Ci biedni malarze zostają po Akademiach osieroceni, pępowina zostaje odcięta i nie wiedzą, co z tą swoją sztuką robić. I ja do nich należę – mówił. - Ale miewam wsparcie wśród moich gości, którzy, jako się rzekło, zaskakują mnie różnymi pomysłami. Niektóre z nich to są takie zdania rokujące. Na przykład dostaję takie pytanie: jak pan sądzi, ile pójdą „w górę” obrazy po pańskiej śmierci? Mówię: nie wiem, może z 15 cm. I tu się zaczyna problem, bo niektórzy z tych ludzi czują się obrażeni tymi moimi odpowiedziami.

Inny przykład obrazy? – Jedni państwo, powiedzmy z Częstochowy, zapytali mnie, czy są jakieś obrazy Jezusa Miłosiernego? I ja mówię, że nawet nie wiedziałem, że on malował. To się obrazili i poszli.

Masz k…. pan talent!

Salwy śmiechu wywołała zwłaszcza historia o Precelku. Ci z kolei klienci odwiedzili malarza, gdy ów walczył z gorączką i przeziębieniem, a wizyta sprawiła, że temperatura niebezpiecznie mu się podniosła. Otóż małżonkowie przyszli się pochwalić 16-letnią córką i psem, Precelkiem właśnie. Do artysty przybyli z prośbą nie o portret rodzinny z czworonogiem, ale by pokazać malunek autorstwa nastolatki z pupilem w roli głównej. – Pytają: czy ona ma talent? Ja już prawie pod czterdzieści stopni gorączki podchodzę i mówię: wiecie państwo, gdybym to namalował Precelek, to bym powiedział, że tak. Znów się obrazili.

middle-449436329_7700496376685125_2226780473040856444_n.jpg

Są i niespodziewane wyrazy uznania dla twórczości malarza. - Na przykład ten pan, który miał chyba ze dwa metry wzrostu, ważył ze 140 kilo, a na szyi miał złote kajdany, a kark taki, że mu się głowa chowała w plecach.. No i on tak chodzi i chodzi po galerii i mówi: to pana? Mówię: tak. No nieźle, masz k…. pan talent! Wiem, co mówię. Uprawiam tatuaż artystyczny – ocenia. No i tacy ludzie mnie oczywiście uskrzydlają. Od razu czuję się lepiej.

Przy talencie zostając, zdarzają się pytania, na które nawet autor nie potrafi odpowiedzieć i otwarcie się do tego przyznaje. – Nie umiem odpowiedzieć choćby na pytanie: gdzie się pan nauczył tego talentu.

Czy Jan Wołek jeszcze żyje?

W czwartkowy wieczór opowieść sypała się za opowieścią, a wśród nich nie mogło zabraknąć mojej ulubionej (być może też ją pamiętacie, bo jako rolka zapowiadała na CGK wspomniany już benefis). – Jeden pan po obejrzeniu obrazów, już w progu, mówi: przepraszam bardzo, czy pan się nie orientuje, czy Jan Wołek jeszcze żyje? No to ja się uszczypnąłem i powiedziałem: z tego co wiem, to jeszcze tak. Ooo to ma z 90 lat – słyszę. Drugi raz się uszczypnąłem i mówię: z tego co wiem, to jeszcze nie. A skąd ma pan taką wiedzę – docieka. No bo to jestem ja – mówię. Pan? Przecież ja go znam – pada. I tutaj się rozmowa urwała.

middle-449443320_7700497686684994_7320190245254090246_n.jpg

Fakt, z pewnymi argumentami trudno dyskutować. Oczywiście jak na wernisaż przystało, nie mogło zabraknąć pytań dotyczących zaprezentowanych na ścianach Konduktorowni prac. Jan Wołek skwitował, że malarstwo powinno bronić się samo, bo albo jest dobre, albo złe i to widać.

Trzeba znaleźć jakąś swoją ścieżkę

Zdradził jednak kwestię następującą: jest jedna rzecz, z którą się ciągle ścieram, to znaczy jest to takie pytanie, które mnie już zniechęca momentami, ponieważ panuje przekonanie, że ta moja twórczość to jest proste przełożenie - takie 1:1 ładnego na ładne, jak w fotografii. Nic podobnego. Gdybyście państwo zestawili te obrazy z rzeczywistością, to miałyby z sobą niewiele wspólnego. Ani się kompozycja nie zgadza, ani nic. Chodzi o to, że pewne drobne rzeczy, koło których się przechodzi zupełnie obojętnie, ja odkrywam jako te, które są dla mnie inspirujące, są dla mnie przyczynkiem do zrobienia czegoś fajnego. I twórczość zaczyna się w momencie, kiedy to ja wiem, gdzie mam zaświecić światło, gdzie ma być dominanta w obrazie, jak to wszystko ma wyglądać. Ale to jest trudno zrozumieć, bo ludzie mówią „pejzaż” i myślą, że jak się znajdzie ładne miejsce, to się namaluje ładny obraz.

middle-449245836_7700498136684949_1552306406382323724_n.jpg

Namalowane miejsca, które można zobaczyć na tej wystawie, malarz znalazł… we własnej głowie. – Z wiekiem wyrobiła mi się znakomicie pamięć wzrokowa, która powoduje, że nie muszę wychodzić w plener. Ja wychodzę się nasłodzić, nagapić, naprzyglądać, dowartościować i wracam do pracowni. Jestem w stanie namalować to, co mnie, że tak powiem, pociągnęło ku temu pejzażowi. Maluję bardzo szybko. Maluję bardzo dynamicznie. Pejzaż jest permanentnym stawaniem się. On nie pozuje, tak jak martwa natura, czy jak model, którego się usadzi i co jakiś czas daje się mu herbaty, i każe mu się wrócić do tej samej pozy. Nie. Nic podobnego. Z naturą się trzeba ścigać. Wystarczy, że przeleci chmura, która zupełnie inaczej konfiguruje puenty, dominanty i powoduje, że ten obraz jest cały czas inny. Trzeba znaleźć jakąś swoją ścieżkę.

I poszukując ścieżki, warto obejrzeć częstochowską wystawę. Malarstwo Jana Wołka pozostanie w Konduktorowni do 5 lipca.

Fot. Agnieszka Małasiewicz

Zuzanna Suliga - czytaj więcej