Zamach na papieża
Ostatni wspólny film Lindy i Pasikowskiego – twórców kultowych „Psów” nie zaskakuje. Ale czy to musi być zła wiadomość? Przecież, podążając za inżynierem Mamoniem z „Rejsu”, najbardziej podobają nam się melodie, które już raz słyszeliśmy. Następca Franca siada więc w komisji, z papierosem i ze snajperską przeszłością.
Gdy zobaczyłam zwiastun „Zamachu na papieża”, doprawiony słynnym utworem „Jest taki samotny dom” (co prawda w nowej wersji z solowej działalności Krzysztofa Cugowskiego, a nie Budki Suflera, niemniej brzmiącym równie monumentalnie), wiedziałam, że przełom września i października przywitam w kinie.
O planach dotyczących tej produkcji, firmowanej jako kulisy jednej z najbardziej tajemniczych operacji służb specjalnych XX wieku, czytałam już zresztą dosyć dawno. Każdy kolejny przeciek podkręcał atmosferę oczekiwania. Na kinomanów takie hasła działają podobnie jak nagłówki typu: Tarantino kończy karierę. Ostatni film reżysera już w produkcji.
Nie ma wyjścia. Trzeba to zobaczyć. Przed seansem staram się unikać recenzji, choć kuszą (no dobra, czasami omiotę wzrokiem lead, albo co gorsze wciągnę się i przejadę przez pierwsze akapity), niemniej Facebook nie miał w tym względzie litości i podsunął mi tekst opublikowany na blogu Zwierz popkulturalny, który lubię i dość regularnie czytuję. Opinii tej ogólnikowo mówiąc daleko do pozytywnej (posypały się więc kolejne zarzuty, że to kino dla prawdziwych mężczyzn, którego autor nie rozumie – nie wszystkim przyszło tu do głowy, że Zwierzem jest Katarzyna Czajka-Kominiarczuk). Na koniec tekstu blogerka pisze tak: Ale spokojnie, jest w Polsce całe mnóstwo widzów, którym się może spodobać, może nawet łzę obetrą a potem założą skórzaną kurtkę i dwa kroki od drzwi kina zapalą wyjętego z kieszeni na piersi papierosa. Zaciągną się mocno i być może nawet nie zakaszlą.
I powiem tak: na seansie łzę otarłam, kurtkę skórzaną założyłam i gdybym paliła (i potrafiła się zaciągnąć, i nie zakasłać), to może i papierosy poszłyby w ruch. Jakie? Raczej nie Radomskie, bo przecież Franz ma Camele. No właśnie, jak się od lat mówi „Psami” (u mnie te teksty rzucane na wyrywki przeplatają się z „Misiem”, (co stanowić może dosyć egzotyczne połączenie), to obiektywizm schodzi na dalszy plan. I bardzo trudno mi go zachować.
Precyzując, to w przerzucaniu się cytatami, to w „Psy” jestem zdecydowanie lepsza, bo jeśli chodzi o bareizmy, tu puchar za zajęcie I miejsca (i to wcale nie na zachętę) bezapelacyjnie zdobywa mój kolega Przemek (efekty jego filmowej pasji także widzieliście na CGK, bo to on pisał scenariusze do rolek z Oskarem z kina w roli głównej).
Łza, skóra i papierosy
Wracając do „Zamachu”, wystarczy, że film się rozpoczął, pojawiły się nazwiska Bogusław Linda, Władysław Pasikowski i przepadłam. Za chwilę dotarł do mnie tekst, że jest jeden człowiek, który w wojnie sześciodniowej trafił generała z 600 metrów, a ja słyszę w głowie I wszedłem na komin elektrociepłowni i strzeliłem mu w łeb. I co? Zacieram ręce niczym dzieciak i na kolejne mrugnięcie okiem z ekranu nie muszę długo czekać.
Pojawia się szyld Polski Socjalistyczny Związek Wędkarski buduje socjalistyczną Ojczyznę i głos Lindy mówiący, że przed komisją egzaminacyjną Dzielnicowego Związku Wędkarskiego staje kandydat, obywatel (tu lecą dane), a celem jest uzyskanie pozwolenia na odłów ryb (czyli jak to mówią na kartę wędkarską). Puste krzesła za odpytywanym, podobne kadry przez plecy, a ja słyszę Zbigniewa Zapasiewicza i słowa przed komisją weryfikacyjną staje porucznik Franciszek Maurer… Zmiana jest taka, że tym razem Linda siedzi po drugiej stronie biurka.
Oczywiście nie są to kalki, nic nie zostaje podane 1:1, to raczej nawiązania, flesze, które od razu uruchamiają lawinę sentymentów. Podobny do „Psów” (ale też „Krolla” czy „Demonów wojny według Goi”) jest też klimat, surowy, pełen krwi i wulgaryzmów. Czy mnie to razi? Nieszczególnie, bo w momentach, o których mowa, nie da się użyć „motyla noga”. I tu ciekawostka, bo od lat powtarzana jest legenda, że w „Psach” słowo na „k” pada ok 360 razy. Jeden z użytkowników filmwebu postanowił to policzyć, a efekty ogłosić i według tych obliczeń „k…” pada „zaledwie” 55. Czy to prawda, to nie wiem, nie sądzę, żeby starczyło mi zapału, by przeprowadzić własne zestawienie.
Ostatni strzał
Linda i Pasikowski zrobili taki film, na który mieli ochotę. Zakończyli ten, jakże jednak istotny dla polskiego kina, rozdział po swojemu i w imię zasad (swoich zresztą). Ile w tych kulisach jest prawdy, ile inspiracji i czy ten główny motyw jest w tej opowieści potrzebny – to osobny temat.
Linda (który w czerwcu skończył 73 lata) gra samotnika, po przejściach, z przeszłością. Konstanty „Bruno” Brusicki to były snajper i legenda wywiadu. Gdy komendant grany przez Zbigniewa Zamachowskiego przesłuchuje go w szpitalu i pyta: Kim tak jest, że tak nad panem skaczą? Ten odpowiada, że nikim, zwykłym emerytem.
Szpital ma tu znaczenie, bo Bruno choruje na terminalnego raka, z zaprzyjaźnioną lekarką nie umawia się na kolejne wizyty, wie, że niebawem i tak spotkają się na jego pogrzebie. To jednak nie znaczy, że Brusicki nie ma nic do stracenia. Ma bowiem córkę, która z matką uciekła za granicę, nie widzieli się od lat. Jedyną komunikacją są kasety wideo, które nagrywa mu dziewczyna. Służby wykorzystują to, by zmusić go do współpracy. Jako jedyny może z 1080 metrów trafić do ruchomego celu, którym ma być wykonawca tytułowego zamachu zleconego przez Kreml.
Najtwardszy z twardzieli
Analizę tego, jak umierający, plujący krwią emeryt, nic nie traci z dawnych umiejętności, odkładam na bok. Linda jeszcze raz jest najtwardszym z twardzieli. Jeszcze raz jest ostatnim sprawiedliwym, który między przygotowaniami do zlecenia, przy pomocy pięści i młotka robi porządek na prowincji. A brudów do posprzątania jest tu dużo. Panują tu układy i zależności, są źli mężczyźni i kobiety zresztą też (przykładem niech tu będzie matka Jasia grana przez Romę Gąsiorowską), są nieszczęśliwe dzieci, są przyjaciele, na których jednak nie można liczyć. I jest seryjniak odpowiedzialny za zaginięcia dzieci. Jest także sporo schematów. Dużo się mówi o wierze i niewierze, sporo o sprawiedliwości i sumieniu. Tematy, które bulwersują nas dzisiaj, mają swoje odzwierciedlenie w realiach lat 80. Nie wszystkie rachunki krzywd zostają wyrównane, ale Bruno ma całkiem niezłą statystykę.
Jeśli ktoś lubi tę konwencję, wyjdzie z kina zadowolony. Ja chętnie do tego tytułu wrócę. Także dla obsady. I choć na ten film poszłam „dla Lindy”, Pasikowski zadbał o to, by miał on naprawdę dobre towarzystwo. Postawił przede wszystkim na sprawdzone nazwiska. Ireneusz Czop, Zbigniew Zamachowski, Adam Woronowicz, Wojciech Zieliński już u niego grali. Listę dopełnia zaś m.in. Karolina Gruszka i Dobromir Dymecki (postać Władeczka – perełka).
Mimo wieloletniej miłości do tej serii, o seansie „Psy 3. W imię zasad” wolałam zapomnieć, choć na spotkanie z Franzem, Nowym i Wolfem czekałam jeszcze mocniej niż na ten nowy film. Jednak „Zamach na papieża” to zdecydowanie lepsze zakończenie wspólnej filmowej drogi, którą Linda i Pasikowski szli od czasów „Krolla” (1991).
Polski boom
Jeśli chodzi o seanse w OKF-ie (ja tam wybrałam się na pokaz), to „Zamach” grany będzie tam już tylko w czwartek, 9 października o godz. 15.45. Ci, którzy po południu nie zdążą, mogą wybrać się do Cinema City Wolność lub Galeria Jurajska (ten tytuł prezentowany będzie co najmniej do środy, 15 października).
A jak już jesteśmy przy multipleksie, to nadal ma on w repertuarze trzecią część hitu „Teściowie”. Ja mam za sobą seans w „Iluzji” i rozważam powtórkę. Powrót Andrzeja, czyli Marcina Dorocińskiego bardzo tej opowieści służy. Ogląda się to doskonale i - co w przypadku kontynuacji nie jest częste - to rzeczywiście najlepsza odsłona trylogii. Jeśli zatęskniliście za Wandzią, Tadeuszem, Małgorzatą i Mirelką, i chcecie zobaczyć, jak chrzciny przemieniają się w pole rodzinnej bitwy, zarezerwujcie czas także i na tę polską produkcję.
Przy rodzimej kinematografii zostając, to teraz czeka nas prawdziwy boom. W piątek, 10 października na ekranie „Iluzji” zadebiutuje jedna z najdroższych naszych produkcji „Chopin, Chopin!”. Film Michała Kwiecińskiego będzie grany w OKF-ie do 22 października, a 25 października wartę zmieni „Franz Kafka”, czyli polski kandydat do Oscara wyreżyserowany przez Agnieszkę Holland. A to dopiero początek stawki, bo przed nami (21 listopada) premiera tegorocznego triumfatora festiwalu w Gdyni – „Ministrantów” Piotra Domalewskiego.
Jeśli więc uparcie – jak w „Rejsie” - powtarzacie: szczególnie nie chodzę na filmy polskie, to macie kilka dobrych powodów, żeby to zmienić.
Fot. archiwum OKF
