SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Agnieszka Małasiewicz

Zmierzyli się z legendą – po swojemu

15 grudnia 2025
Udostępnij

Koncert „Młynarski. Bynajmniej” składu Myrczek & Schmidt Quintet zapełnił po brzegi wielką salę Filharmonii Częstochowskiej. Publiczność nuciła, spontanicznie biła brawo, na koniec zaś porwała się z miejsc do owacji stojącej. A ja?

middle-590107486_1472160474695366_8009410658487155918_n.jpg

Ja się może na początek do czegoś przyznam. Bardzo lubię piosenki Wojciecha Młynarskiego, ale… wtedy, gdy je wykonuje Młynarski osobiście. Czyli śpiewane felietony, jak je sam nazywał, pisane dla siebie. Te, które przeznaczał dla innych wokalistów czy aktorów – a było ich mnóstwo – też lubię, ciut jednak mniej. Admiruję typowe dla niego precyzyjne podawanie tekstu, bo są to przecież modelowe „piosenki z tekstem”, gdzie najważniejsze pozostaje słowo. Jednak towarzyszącą mu muzykę też cenię, ta bowiem podkreśla klimat, tworzy nastrój - dyskretnie, bez pchania się na czoło. Mam słabość do chropawego głosu Mistrza i jego ekspresyjnej – acz bez przesady - maniery śpiewania.

Miał, po stokroć miał rację inny mistrz, wybitny aktor Kazimierz Rudzki. Sam Młynarski podczas któregoś z recitali wspominał, jak to młodym człowiekiem będąc, zaprezentował na II festiwalu w Opolu „Niedzielę na Głównym” (potem okazała się pierwszym śpiewanym felietonem). Po koncercie podszedł doń właśnie Kazimierz Rudzki i w charakterystyczny dla siebie sposób gestykulując palcem wskazującym poradził: - Panie Wojtku, niech pan swoje piosenki zawsze sam śpiewa.

middle-591747190_1472160624695351_5138705634979603867_n.jpg

Opowiadał też Młynarski, jak to jest z tą muzyką. Wiele jego piosenek wyposażył w nią Jerzy Derfel, zwykle też akompaniujący Mistrzowi na fortepianie. Młynarski zdradził, że często najpierw pisze słowa, ale żeby było mu łatwiej, wymyśla sobie jakieś proste melodyjki i do nich układa tekst. Potem z samego rana biegnie do Derfla, dzwoni do drzwi i woła entuzjastycznie: - Słuchaj, Jurek, taka mi po głowie melodia chodzi, może ją wykorzystasz. I zaczyna nucić. Derfel słucha, słucha, po czym mówi: - Tango Milonga.

Przy tym wszystkim jednak, co powyżej, szanuję każdego, kto też chce śpiewać felietony Młynarskiego i robi to. Mogą mi się subiektywnie nie podobać jego próby, ale obiektywnie podziwiam – za odwagę. Ostatecznie mierzy się z legendą. A słowa uznania należą się szczególnie tym, którzy robią to po swojemu, bez kopiowania Mistrza jeden do jednego – co by przecież nie miało sensu. Kto chciałby słuchać kopii, jeśli wystarczy sięgnąć na półkę z płytami i odtworzyć sobie idealny oryginał?

middle-590054552_1472160498028697_7014928302673992058_n.jpg

Właśnie po swojemu wykonuje tę śpiewaną publicystykę zespół, który 28 listopada dał w Filharmonii Częstochowskiej koncert „Młynarski. Bynajmniej”.

Młynarskim był – tzn. śpiewał - Wojciech Myrczek. Magazyn „Jazz Forum” nazywa go polskim Sinatrą i przedstawia następująco: „artysta uznawany za najlepszego polskiego wokalistę jazzowego, zdobywający I miejsca na Jazz Top w kategorii Wokalista Roku przez osiem ostatnich lat”. Towarzyszyli mu:

- Piotr Schmidt – ze ścisłej czołówki polskich trębaczy,

- Krzysztof Herdzin – pianista, kompozytor, aranżer, dyrygent, laureat Fryderyka 2012 w kategorii jazz - dla kompozytora i aranżera roku. To on zorkiestrował muzykę Jana A.P. Kaczmarka do oscarowego filmu „Marzyciel”,

- kontrabasista Andrzej Święs,

- perkusista Sebastian Frankiewicz,

- dyrygent Łukasz Błaszczyk

- i Orkiestra Filharmonii Częstochowskiej w wersji smyczkowej.

middle-593292117_1472161274695286_1100095740740680454_n.jpg

Tu pomysł na Młynarskiego był następujący: dajemy szansę muzyce. Powiało nad fotelami filharmonii nastrojem klubów jazzowych sprzed półwiecza – dzięki aranżacjom Krzysztofa Herdzina i Sabiny Meck. Każdą z piosenek poprzedzał solowy wstęp jednego lub dwóch instrumentalistów, filtrujących przez własną wrażliwość kompozycje Senta, Wasowskiego czy Nahornego. Solówkami przetykano również zwrotki poszczególnych utworów.

Co na to publiczność? Jak najbardziej doceniła. Ledwie skończył swój popis fortepian, trąbka albo bas, dobiegały z widowni gorące oklaski i pohukiwania uznania. A na koniec większość słuchaczy porwała się z miejsc, do owacji stojącej.

Nie byli zresztą częstochowianie odosobnieni w swoim uznaniu. Projekt „Młynarski. Bynajmniej” od roku objeżdża cały kraj, ciągnąc za sobą pasmo sukcesów.

Ja ze swoim konserwatywnym podejściem pozwoliłam sobie na szczypteczkę sceptycyzmu. Co nie oznacza, że wieczór uznaję za stracony. Bynajmniej. Przypomniały mi się piosenki, o których dawno nie myślałam, które od dawna nie śpiewały mi się w głowie. Teraz, uruchomiona przez wykonawców, mogłam sobie posiedzieć przed sceną spowitą nastrojowo w festony pluszu i powspominać smacznie fakty związane z poszczególnymi utworami i samym Młynarskim.

middle-Ml.jpg

Czyli co na przykład? Przy „Księżycu nad Kościeliskiem” – że Mistrz kochał Podhale. Tak bardzo, że w latach 70. kupił w Kościelisku, na Polanie Sobiczkowej, góralską chatę krytą gontem, z widokiem na Giewont. Jeździł tam na wakacje i w święta, gościł przyjaciół. Dom nazywał Puciówką, od słów „Pucio, pucio” z piosenki o pannie Krysi.

Przy „Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę” – że nim napisał tę piosenkę, wystąpił w spektaklu telewizyjnym pod tym samym tytułem, z 1965 roku. Grał tam kolejarza romantycznego pociągu, a towarzyszył mu zespół damski Alibabki w koszulkach nocnych mini z falbanką. Po latach, bo w roku 1982 stworzył do kompletu piosenkę „Panowie, bądźcie dla nas dobrzy na zimę”.

Przy „Lubię wrony” – że przestał to śpiewać, bo raz pokręcił tekst, co go bardzo zirytowało (nikomu, nawet sobie nie pozwalał zmieniać słów w swoich piosenkach). Końcówka oryginału brzmi następująco: Czarne toto i w ziemi się dłubie, a ja je lubię. Kiedyś się machnął, zaśpiewał Czarne toto i w ziemi się grzebie, a ja je… - i tu publiczność chóralnie dopowiedziała rym – oczywisty, ale bardzo nie w stylu Młynarskiego. Omijał więc „Wrony…” w swoich recitalach, tak na wszelki wypadek.

middle-591748784_1472161778028569_2888179848478512976_n.jpg

Przy „Polskiej miłości” – że powstała, gdy Młynarski podjął oficjalną kampanię odsentymentalnienia polskich piosenek miłosnych. Ta, śpiewana przez znaną aktorkę Hannę Skarżankę, wygrała III festiwal w Opolu, w 1965 roku.

Przy „Moim ulubionym drzewie” – że muzykę napisał tu Jerzy Derfel. Liryczną, bo – jak opowiadał sam Młynarski – Derfel pochodzi z Białorusi i w duszy mu gra smutnawo. Poza tym, że stale współpracowali i przyjaźnili się prywatne, grywali w tenisa. Tekściarzowi tylko raz, może dwa, udało się na korcie pokonać muzyka.

I pomyśleć, że gdzieś z początku tego wszystkiego był kabaret Dudek i Edward Dziewoński witający baaardzo młodego Młynarskiego słowami: Dziecko, siądź tu sobie z boku…

Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska

Joanna Skiba - czytaj więcej