SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny
Marek Pospieszalski gra na saksofonie
12/2020

Pobierz PDF

MUZYKA JAK AZYL

Znacie go z wielu projektów muzycznych: Marek Pospieszalski Quartet, Mateusz Pospieszalski Quintet, Malediwy czy Wojtek Mazolewski Quintet. Na przyszły rok Marek Pospieszalski zapowiada swoją solową płytę.


Magda Fijołek: Muzyk z wyboru czy genetycznie uwarunkowany?


Marek Pospieszalski: Uważam, że każdy człowiek ma muzyczne predyspozycje i każdy z nas muzykę ma w genach. To jest naturalna rzecz, która towarzyszy ludzkości od zarania dziejów i nie ma w tym bynajmniej nic z bycia wyjątkowym. Wszyscy mamy swoją wrażliwość, emocje i charakter, a muzyka jest tego przedłużeniem w postaci dźwięków. Jeśli tylko otworzysz sobie furtkę, to dalej jest już tylko kwestia, jakimi narzędziami będziesz operował i w jaki sposób będziesz chciał wyrażać siebie. Nie ma nic głupszego niż stwierdzenie, że komuś „słoń nadepnął na ucho”. Coś takiego nie istnieje, ale ludzki gatunek tak już ma, że lubi sobie nakładać ograniczenia. Muzyka jest w każdym z nas i dookoła nas, na wyciągnięcie ręki. Myślę, że rzecz opiera się tylko i wyłącznie na dokonaniu wyboru.


Jak wygląda dorastanie w tak muzycznym klanie, jakim jest Rodzina Pospieszalskich?


Gdy jeszcze byliśmy mali, rodzice stwarzali nam wiele okazji, abyśmy mogli uczestniczyć w nagraniach i koncertach - to zaprocentowało na przyszłość. Jestem im za to bardzo wdzięczny. Po latach zrozumiałem, że pokazali nam wtedy, ile muzyka daje wolności, a tego nie doświadczysz w żadnej szkole muzycznej. Dookoła było bardzo dużo dźwięków, większość znajomych oraz rodziny zajmowała się muzyką, nie dało się tym nie przesiąknąć. Muzyka była dla mnie jak azyl, w niej dobrze się czułem, jak w drugim domu. Było dla mnie naturalne, że pójdę tą drogą.


Twoje nazwisko utrudnia Ci życie, czy wręcz odwrotnie?


Aktualnie w naszej rodzinie mniej lub bardziej muzyką zajmuje się kilkanaście osób, czego efektem są raczej zabawne sytuacje związane z przekręcaniem naszych imion. Na przykład kiedyś na egzaminach, na pewnej uczelni, na liście zamiast mnie figurował mój ojciec. Może czasami w wyniku ignorancji ktoś pokusi się o przypięcie łatki, ale na szczęście od wielu lat pracuję na własne konto, więc właściwie takie sytuacje nie mają miejsca.


A jak pracuje Ci się na scenie z Twoim tatą – Mateuszem Pospieszalskim? Jesteś członkiem jego zespołu Mateusz Pospieszalski Quintet. Nigdy z nim nie konkurowałeś lub na odwrót?


Od samego początku nasza współpraca opierała się na partnerstwie. Na scenie wzajemnie się napędzamy, inspirujemy i uzupełniamy. Muszę przyznać, że podczas koncertów trzeba zachować czujność, gdyż często następują nagłe zwroty akcji i to jest właśnie najpiękniejsze. Ta spontaniczność, którą tata nosi w sobie, jest chyba jedną z najważniejszych rzeczy w jego muzyce, a do tego tata ma niespożytą energię. Swego czasu wraz z Maksem Muchą uknułem nawet dla niego ksywę „Mimolat”. Czuję, że każdy z nas wciąż dużo od siebie wzajem czerpie, a dla mnie tata jest niezmiennie Mistrzem. To on był dla mnie pierwszym wzorem muzyka i saksofonisty.


Odejdźmy jednak od rodziny, skupmy się na Tobie i Twoich dokonaniach. Jesteś na liście 25 najbardziej obiecujących muzyków w Europie, według niemieckiego magazynu JazzThing. To jest dla Ciebie zobowiązujące?


Artysta jest próżny. Musi być taki, bo inaczej nie byłby w stanie prezentować się przed ludźmi. Jeżeli zdarzają się sytuacje, w których może nakarmić swoją próżność, to staje się to przyczynkiem do dalszego funkcjonowania. Dla mnie jest to nie tyle zobowiązujące, co dopingujące do kolejnych działań. Natomiast samo zdarzenie miało miejsce wiele miesięcy temu, a ja nie chcę rozpamiętywać tego, co było, bowiem bywa to dla artystycznej egzystencji zgubne.


Nie obędzie się bez pytania o to, który z jazzowych muzyków jest dla Ciebie inspiracją.


Na przestrzeni lat inspirowało mnie multum artystów jazzowych, głównie awangardowych. Nie sposób ich wszystkich wymienić, są dla mnie wciąż bardzo istotni. Ale ja nieustannie potrzebuję nowych bodźców, więc cały czas to się zmienia - czy jeśli chodzi o muzyczne gatunki, czy artystów. Ostatnio są to na przykład głównie kobiety: kompozytorki Beatriz Ferreyra, Ash Fure, Lea Bertucci, czy wokalistka Charmaine Lee.


Obracasz się w muzycznych kręgach jazzowych, prywatnie w wolnych chwilach też słuchasz jazzu?


Od zawsze „faszerowałem się” dużą ilością muzyki. Kolekcjonuję płyty. Wychodzę z założenia, że wszystko, co słyszę i czego słucham, stwarza mnie również jako muzyka. Im więcej muzycznych gatunków pochłaniam, tym bogatszy jest mój język wypowiedzi. Słucham również płyt, żeby śledzić to, co się aktualnie dzieje w środowisku. Wszystko bardzo szybko się zmienia, co chwilę pojawiają się zastępy młodych artystów, którzy mają bardzo dużo do zaoferowania. Warto to obserwować.


Jesteś jednym z muzyków składu Wojtek Mazolewski Quintet. Jak do niego trafiłeś?


Muzyczne środowiska Częstochowy i Trójmiasta zawsze miały ze sobą po drodze. Zanim dołączyłem do zespołu Wojtka, już wcześniej współpracowałem z jego bratem, Jerzym Mazzollem. Nasze ścieżki co jakiś czas się przecinały, aż w końcu, kiedy Wojtek tworzył nowy zespół, zaprosił mnie i w tym roku mija, zdaje się, już 10 lat, odkąd razem gramy.


Masz też swoje projekty: Marek Pospieszalski Quartet i duet Malediwy. Oba to muzyczne spotkania z doborowymi muzykami młodego pokolenia. Ich składy to po prostu koleżeńskie granie, czy też chęć zmierzenia się ze sobą we współgraniu?


Daleko mi do współzawodnictwa w muzyce. Wszystkie zespoły, w których dotychczas się udzielałem, opierały się zazwyczaj na dobrych relacjach międzyludzkich. Zakładając kwartet, miałem konkretną wizję tego, co chcę dźwiękowo osiągnąć i wiedziałem, że z takimi muzykami, jak Maks, Elias i Max to się uda. Malediwy to z kolei ukoronowanie mojej wieloletniej współpracy na wszelkich polach z Qbą Janickim.


Jakie masz plany po-covidowe?


Mimo tego, w jakiej sytuacji aktualnie się znajdujemy, na horyzoncie pojawiają się wydarzenia, które napawają mnie optymizmem. W przyszłym roku nakładem nowojorskiej oficyny 577 Records ukaże się kolejny krążek mojego kwartetu, z kolei pod szyldem Bocian Records wyjdzie moja płyta solowa. Właśnie skończyliśmy nagrania trzeciego albumu z Malediwami, więc mam nadzieję, że wszystkie te projekty będą państwo mogli usłyszeć również na żywo.


Częstochowa gra w Tobie?


Po dziś dzień słyszę, jak dźwięki spod szczytu jasnogórskiego odbijają się echem między kamienicami w śródmieściu, gdzie mieszkałem przez pierwsze lata życia.


fot. Szymon Hantkiewicz