SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny
Malarka Agata Czeremuszkin-Chrut na tle jej abstrakcji
5/2021

Pobierz PDF

LUBIĘ ŁĄCZYĆ FORMY

Agata Czeremuszkin-Chrut, jedna z naszych Twarzy Przyszłości, pielęgnuje w sobie wiele artystycznych żywiołów. Od lat konsekwentnie stara się łączyć malarstwo z rysunkiem, jednak ostatnio bardziej skłania się ku temu drugiemu. Miłośnicy jej twórczości zaskakiwani są rysunkami, gdzie oszczędnie używa koloru.


Magda Fijołek: W Twoim malarstwie bardzo ważną rolę odgrywają kolory i nie-kolory. Wyjaśnijmy, czym są nie–kolory.


Agata Czeremuszkin-Chrut: To określenie dotyczy kolorów, które mieszczą się w skali szarości. Są doskonałym kompanem dla kolorów tęczowych. U mnie stanowią tło dla mocnych barw, dają wyciszenie, uspokojenie tego organicznego szaleństwa. Czasami traktuje się je po macoszemu, ja jednak staram się wydobywać je z zapomnienia, wyciągać na pierwszy plan. Kiedyś częściej stosowałam dość kontrastowe zestawienia kolorów, teraz staram się nieco w tym siebie okiełznać.


Używanie zestawień kolorów i nie–kolorów sprawia, że wszystkie grają pierwszoplanowe role?


Tak, to jest taki samograj. Bez jednego elementu wszystko by padło.


Mówisz, że studiujesz kolor, co Cię w nim fascynuje?


Ciekawe jest to, że mimo iż żyjemy w XXI wieku, to polskie malarstwo kojarzone jest ze zgaszonymi czy nawet ciemnymi barwami. Kolor traktowany jest trochę tak, jakby był wstydliwy, niepoważny. Dla mnie stanowi on niepodważalną wartość i ma symboliczne znaczenie.


Z tego studiowania kolorów narodziły się prace przedstawione podczas wystawy „Anatomia Koloru”?


To była wystawa w Galerii Sztuki Współczesnej w Ostrowie Wielkopolskim. Ekspozycja stanowiła zestawienie obrazów na płótnie i obiektów przestrzennych wykonanych ze sklejki. Pokazałam obiekty, które były drążeniem kolorów, zaprezentowałam też bardzo „pandemiczne” - jak się później okazało - obrazy z serii „Kwiaty” oraz kilka obrazów z serii „Odłamki”. We wszystkich pracach był kolor, ale w świadomej relacji. Zestawiając ze sobą te trzy różne serie, chciałam uwypuklić wartość koloru w moich pracach. Chociażby wspomniana seria „Odłamki”, która pławi się w szarościach i ma tylko dominanty kolorystyczne.


Wspomniałaś o obrazach pandemicznych...


Tak, w roku 2016 namalowałam kilka prac inspirowanych twórczością Georgii O’Keeffe, które nazwałam „Kwiaty”. Przedstawiały ludzkie narządy, np. płuca. Podczas pierwszego lockdownu seria ta wydała mi się bardzo aktualna i postanowiłam ją wznowić. Powstały kolejne kwiaty: mózg, serce, tarczyca. Te, które podczas pandemii zaczęły nam szwankować, często zwyczajnie – pod wpływem stresu. Dla mnie fascynujące jest to, że narządy są symetryczne, właśnie tak jak kwiaty, a ich kształty skomplikowane i organiczne. Pomimo tego, że moim zdaniem obrazy były raczej ponure, na dość ciemnych tłach, zostały bardzo dobrze przyjęte.


Zgłębiałaś anatomię człowieka?


Bo, moim zdaniem, te narządy są namalowane z niemal chirurgiczną precyzją. Tak, przeglądałam atlasy anatomiczne, źródła medyczne czy wydruki z internetu. Inspiracje rozwieszam zwykle w pracowni. Jednak to nie jest takie dokładne przeniesienie jeden do jednego, to jak układanie puzzli. I na pewno nie są to zdjęcia rentgenowskie moich narządów (śmiech).


Wspominasz w wywiadach, że lubisz oglądać zdjęcia w internecie.


Tak, inspirują mnie. Szczególnie te słabej jakości, które jedynie coś sugerują, nie są dosłowne. Sama nie robię zdjęć, nawet kiedy jestem w podróży, traktuję je trochę po macoszemu. Na pewno nie jest to mój sposób wypowiedzi artystycznej. W podróży wolę rysować, wydaje mi się, że wtedy widzę i zapamiętuję więcej.


Ten rysunek daje się też wyczuć w Twoich obrazach.


Tak, lubię łączyć różne formy. To chyba wynika z mojego niezdecydowania. Możliwe, że nie umiem podjąć decyzji, czy chcę malować, rysować, czy rzeźbić. Toteż w mojej twórczości pojawiają się takie hybrydy. Nigdy też nie było mi blisko do minimalizmu, zawsze był ten nadmiar. Jeśli chodzi o rysunek na obrazie, często tworzę kreskę, wyciskając farbę prosto z tuby lub używam farby olejnej w sztyfcie. To właśnie daje taki rysunkowy efekt. Oprócz rysowania w podróży, rysuję też przed malowaniem, wtedy są to szkice koncepcyjne. Tak więc rysunek jest u mnie zawsze obecny, nie wiem, czy potrafię się go wyzbyć i czy w moim przypadku potrzeba się go wyzbywać. Zdradzę, że niedawno wróciłam do rysowania na dużej płaszczyźnie, bez koloru, więc nie wiem, czy ten rysunek nie zacznie z czasem dominować w moim warsztacie (śmiech). Zrobiłam na razie pięć takich prac, ale na pewno będzie ich więcej. Chciałabym stworzyć całą achromatyczną serię i pokazać jako autonomiczną wystawę, co może być dla niektórych szokujące.


O Twoich obrazach mówi się, ze wychodzą w przestrzeń, są trójwymiarowe… Przestrzeń Cię chyba pociąga?


Zawsze tak było. Upatruję tego w początkach mojej przygody literackiej. W liceum czytałam bardzo dużo Kapuścińskiego, tam zawsze były opisy przestrzeni. Poza tym uwielbiam się przemieszczać, podróżować, chodzić. Nawet jak maluję, to wybieram duży format. Chcę, żeby w moich obrazach było takie doświadczenie fizyczne krążenia wokół nich. Dlatego też można znaleźć u mnie obiekty malarskie wychodzące poza dwuwymiarowość, którą daje klasyczne, płócienne podobrazie. Mam w planach zwiększenie skali tych przestrzennych prac tak, by obraz wypełniał pomieszczenie. Otaczałby widza z czterech stron. Ale na razie z powodu pandemii to się nie udało.


Namalowałaś cykl „Otoczaki”. Kamień też da się rozebrać na części jak człowieka?


Będąc na łonie natury, zawsze maniakalnie szukałam takich form jak patyki, wyglądające jak kończyny, albo hub czy kamieni. Te ostatnie czasem naprawdę przypominają zwały ludzkiego tłuszczu, mają miękkie, plastelinowe formy. Zaczęło mi się to bardzo podobać i w ten sposób powstała cała seria obrazów, na których te otoczaki jakby się turlają.


Wygląda na to, że Twoja głowa cały czas pracuje, nawet kiedy nie pracujesz.


Tak, najczęściej najlepsze pomysły przychodzą do mnie, kiedy jestem poza domem. Teraz strasznie cierpię, bo podróże są mocno ograniczone, a przez obostrzenia towarzyszy im duży stres.


Często wracasz do Częstochowy?


Zwykle raz w miesiącu, przez pandemię rzadziej. Moja rodzina ma tu ponad stuletni dom, to jest szczególne dla mnie miejsce, które pamiętam z dzieciństwa. Mój wujek miał w nim pracownię i być może dlatego zostałam malarką. Zakradałam się do tej pracowni, czułam zapach terpentyny i to chyba we mnie zostało.