Raper Sensi, palący papierosa na tle tabliczki strefa wolna od dymu
6/2021

Pobierz PDF

WCIĄŻ TU JESTEŚMY

Sensi jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych częstochowskich raperów. Na koncie ma solowe nagrania, albumy w duecie z DJ Kebsem jako APP oraz produkcje ze składem Hurragun. Rozmawiamy z Nim o sile oddziaływania hip-hopu, ewolucji tego gatunku i scenicznej pewności siebie.


Adam Florczyk: Mam wrażenie, że jesteś raperem, dla którego wyjątkowo ważne jest opowiadanie historii. Jesteś tego typu MC, który pisze niekończący się osobisty reportaż, miesza społeczne zaangażowanie z autobiografią. Czujesz się muzycznym reporterem?


Sensi: W moim odczuciu opowiadanie historii jest istotne. Niekoniecznie najważniejsze, bo przecież liczy się także szereg innych spraw, jak choćby rytmika czy flow, którym się w trakcie tego opowiadania posługuję, ale cały czas jest to coś, do czego przywiązuję wagę. Czy czuję się muzycznym reporterem? Chyba nie, kiedyś myślałem o sobie w tych kategoriach, ale z czasem mi przeszło. Twoje wrażenie może też wynikać z tego, że wydaję nowe utwory - a dzieje się to przecież rzadziej niż jeszcze kilka lat temu - w momencie, kiedy coś naprawdę mnie ruszy. A że inspiracji społecznych i politycznych w naszych czasach nie brakuje... (śmiech)


Zawsze mnie zaskakiwał pewien specyficzny dydaktyzm rapu - ukryty albo wyrażany wprost. Te wszystkie „uliczne zasady”, etyczne wskazówki, życiowe drogowskazy to jeden ze znaków rozpoznawczych gatunku. Myślisz, ze rap faktycznie zmienia rzeczywistość, obojętne czy w makro-, czy w mikroskali? Dostajesz sygnał zwrotny od fanów, że Twoja muzyka jakoś na nich wpłynęła?


Pozwól, że odpowiem na to pytanie w dwóch częściach. Najpierw chciałbym się odnieść do zasad i drogowskazów, o których wspomniałeś. Często odnoszę wrażenie, że to jest mocno rozdmuchana kwestia, bo po pierwsze większa część raperów żyje i zachowuje się inaczej niż mówi o tym w swoich tekstach, a po drugie - to jednak czasy się zmieniły i zarówno te drogowskazy, jak i swego rodzaju umoralnianie, wydają się być dość śmieszne. W moim odczuciu słuchacze rapu się zmienili, tak jak zmieniła się ta muzyka. To już nie jest soundtrack do życia na blokowisku, teraz rapu - bądź jego pochodnych - słuchają praktycznie wszyscy młodzi ludzie. To jeden wielki kocioł, w którym mieści się wszystko, co związane z melodeklamacją. Inną kwestią jest to, że jeszcze kilka lat temu pewnych rzeczy rapem byśmy nie nazywali. Jeżeli zaś chodzi o wpływ wywierany przez rapowe utwory na ludzkie zachowania, to tak - to się dzieje. Sam mam na koncie sytuacje, w których ktoś mówił, że dzięki moim piosenkom zmienił coś w swoim życiu. Nie chcę przytaczać konkretnych przykładów, życzę tym ludziom powodzenia. Wciąż uważam, że jeżeli to, co stworzyłem, pomogło chociaż jednej osobie rozwiązać jakiś problem, coś w życiu naprawić, to znaczy, że warto to robić.


Czy dzisiejszy rap przeprowadził się z ulicy na portale społecznościowe? Jak to wygląda z Twojej perspektywy - osoby, która przygląda się polskiej scenie z jej środka?


Moim zdaniem coraz więcej dziedzin naszego życia przenosi się do sieci, nie tylko sztuka. Szczególnie w pandemicznych okolicznościach. Ale fakt, jak jesteś słaby w internety, to nie musisz być mocny w rap, bo i tak nie zaistniejesz. Trzeba poświęcać dużo czasu na social media itp. A nie każdemu to odpowiada i nie każdy będzie chciał to robić.


Czy w związku z tym Twój (czy raczej Wasz jako Hurragun) wybór, by 10 lat temu sięgnąć po boom bap to był jakiś znaczący gest? Sięgamy po jedną z klasycznych estetyk rapu, by przypomnieć o fundamentach, na których cała ta hip-hopowa konstrukcja stoi...


Tutaj nie będę zaskakujący, ale chcieliśmy zrobić płytę taką, jak te, których lubiliśmy słuchać. A że takiej estetyki w tamtym momencie brakowało, to odbiór naszej muzyki stał się nieco większy niż wcześniej. Nie mieliśmy i nie mamy do tej pory poczucia jakiejś misji przypominania, czym był hip-hop, w którym zakochały się całe rzesze ludzi w Polsce w latach 90. ubiegłego wieku. Hurragun to nasz sposób na samospełnienie i dobrą zabawę.


Jak właściwie doszło do Waszej kolaboracji z Wojtasem z Wzgórza Ya Pa 3?


Chcieliśmy nagrać utwór z pionierem tego stylu w Polsce. Jakimś zbiegiem okoliczności znalazłem gdzieś w internecie adres mailowy Wojtasa. Wysłałem mu naszą piosenkę z propozycją dogrania do niej jego zwrotki. Zgodził się. Pojechaliśmy do studia nagrań do Kielc. Klimat okazał się na tyle dobry, że po jakimś czasie Wojtek po prostu dołączył do stałego składu Hurragun.


W Twoich bardziej autorskich projektach uciekasz od etykiety boom bapu i klasycznych brzmień, regularnie jednak wracasz przy tym do Hurragunu. Jak Ci zatem ostatecznie jest w tej szufladzie starej szkoły rapu: ciasno czy przytulnie?


Ciekawe pytanie. Sam nie wiem. Czasem ciasno, czasem przytulnie. Wszystko zależy od tego, co akurat mam w głowie. Czasem potrafię nie nagrać żadnej zwrotki w klasycznej konwencji nawet przez rok czy dwa. Potem nagrywam tylko takie. Wszystko jest wypadkową moich aktualnych fascynacji muzycznych i tego, co mnie akurat inspiruje. Płyty Hurragun to koncertowe czołgi, moje solowe projekty również są utrzymane w klasycznej konwencji, jednak nie są aż tak „ortodoksyjne”, a płyty, które nagrywamy z Kebsem jako APP to zupełnie coś innego. A łączy je to, że na każdej możesz znaleźć mnie prawdziwego, takiego, jakim jestem w danym momencie. Jako artysta czasem potrzebuję odskoczni i wyjścia poza strefę komfortu. Stąd mnogość stylów i projektów, w których uczestniczę.


Mój znajomy mawia, że rap to taki narcyz wśród wszelkich gatunków muzycznych, bo raperzy uwielbiają rapować o rapowaniu. Takie samonapędzające się perpetuum mobile. Dodać do tego obowiązkowe liryczne przechwałki oraz przepychanki i obraz zaczyna być jednoznaczny. Czy faktycznie trzeba mieć duże ego, żeby być dobrym MC?


Duże ego nie pomaga nigdy. Za to pewność siebie już tak. A co do obowiązkowych lirycznych przechwałek - wychodzę z założenia, że to, czy potrafisz rapować słychać zawsze, nie tylko wtedy, kiedy się tym chwalisz. Albo jesteś stylowym graczem, albo nie i nawet największe przechwałki ci nie pomogą.


W którymś z wywiadów powiedziałeś, że rap jest dla Ciebie trochę jak rozwiązywanie szarad, taką gimnastyką umysłu. Ciekaw jestem, czy dziś patrzysz na swoją twórczość raczej jako na zabawę słowem czy jednak swoistą poezję?


Dalej tak twierdzę. Dzisiaj jednak siedzę w grze od innej strony. Mam własne studio nagrań, Astro Studio, mocno sfokusowane na nagrywanie rapu. Bo o ile studiów nagrań jest w okolicy wiele, to takich, gdzie rap jest na pierwszym miejscu, nie ma dużo. Oczywiście nie mówimy tu o nagrywaniu rymów w małym pokoju w mieszkaniu z mamą za ścianą, bo takich miejsc jest na pewno ogrom. I tu pojawiam się ze swoją ofertą ja - cały na biało (śmiech).


Jesteś bardzo mocno wrośnięty w częstochowską scenę. Jako małolat obserwowałeś, jak się ona tworzyła. Gdy wznosiła się pierwsza fala popularności lokalnego rapu, Ty miałeś pierwsze próby z mikrofonem. Drugą falę już współtworzyłeś i działasz do dziś. Widzisz tu jakąś łączność pokoleń? Młodzi słuchają starych, starzy podsłuchują młodych? Czy raczej mosty są spalone?


Trochę odpowiedziałem na to przy poprzednim pytaniu. Ja mam nieustanny kontakt z młodymi raperami. Staram się chłonąć od nich wiedzę na temat muzyki i stylu, który tworzą. Przy okazji służę radą, pomysłem, czymkolwiek. Myślę, że twórczość nie zna wieku. Cały ten podział na „boomerów” i małolatów, którzy nie mają pojęcia o rapie, jest trochę rozdmuchany. Znam wielu młodych twórców, którzy świetnie rapują, rozumiemy się dobrze i traktujemy na równi. Real recognize real.


Polski hip-hop ma ponad ćwierć wieku, mam jednak wrażenie, że nadal jest spychany gdzieś na margines kultury. Mimo, że króluje na listach sprzedaży płyt to nadal traktuje się go z pobłażliwością i na palcach można zliczyć jakieś próby opracowania polskiego hip-hopu jako zjawiska. Kilka filmów dokumentalnych, kilka fabuł, kilkadziesiąt książek - ale to wszystko i tak bardzo mało, by opisać jeden z najważniejszych i najgłośniejszych głosów młodej kultury. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?


Uważam, że to krzywdzący stan rzeczy. Kiedyś podczas jednego z wywiadów ktoś zadał mi pytanie, co to jest hip-hop. W 2020 roku. Nie wiesz? To gdzie się podziewałeś przez ostatnie 30 lat? Hip-hop to
obecnie najbardziej prężna i kreatywna gałąź miejskiej muzyki. I choć pojęcie kultury hip-hopowej się zdewaluowało, to - czy ludzie tego chcą, czy nie - wciąż jesteśmy w przestrzeni miejskiej. Nic i nikt nas stąd nie ruszy. Nie buntujemy się, jak kiedyś, bo obecne pokolenie raperów wychowało się w innych realiach niż poprzednie, poziom życia jest inny, ale wciąż tu jesteśmy. A czy jakiś redaktor w radiu to zauważa, czy nie, to świadczy tylko o nim. Poradzimy sobie bez mediów. Jesteśmy samowystarczalni jako hip-hopowcy. Nagrywamy swoją muzykę sami, sami ją wydajemy, sami sprzedajemy. Nie potrzebujemy ludzi z zewnątrz. Szczególnie ignorantów. Zresztą mariaże hip-hopu z mediami głównego nurtu najczęściej wychodziły dość żenująco. Nie trzeba nas jakoś specjalnie opisywać, jesteśmy wszędzie. Na każdej ulicy możesz spotkać kogoś, kto hip-hopu słucha.


full-stopka_hiphop2.jpg