Okładki płyt składów 1000, SC 034, Żywe srebro
6/2021

Pobierz PDF

KLASYCZNE RYMY I BITY

Nie jest łatwo opisać w krótkim tekście fenomen częstochowskiego hip-hopu w całym jego spektrum. Uwzględniając wszystkie odcienie, stylistyki i zjawiska. Nie jest łatwo wybrać 14 albumów, które można by nazwać klasykami lokalnego rapu. Taka selekcja zawsze musi być subiektywna i nieostateczna. Dlatego nasza propozycja jest bardziej drogowskazem, zachętą do osobistych poszukiwań, niż próbą odgórnego wartościowania. Szczególnie, że skupiliśmy się tutaj jedynie na oficjalnych, legalnych wydawnictwach, a nie od dziś wiadomo, że drugi, podziemny skarbiec rapu to wszystkie te nagrania tworzone i wydawane własnym sumptem: demówki, nielegale itd. Czytajcie więc, słuchajcie i pamiętajcie, że to tylko początek podróży.


1000 „Się przyjęło” - 2000 r.


Gdyby przeprowadzić plebiscyt na najbardziej klasyczny album częstochowskiego hip-hopu, prawdopodobnie wygrałby właśnie krążek składu 1000. Przyczyn tego jest kilka. Przede wszystkim Rashid, Szczawiol, Gruby i Jachol byli bardzo ważnymi postaciami pionierskich czasów hip-hopu w mieście. Tworzyli nie tylko muzykę, ale i żywą społeczność. W dużym stopniu to dzięki nim na Tysiącleciu biło rapowe serce miasta. Przed oficjalnym debiutem wypuścili demo „Baśń tysiąca i jednej mocy...”, niezwykle popularne wśród lokalnych fanów hip-hopu. Po drugie - od „Się przyjęło” zaczynała się historia kultowej wytwórni Gigant Records, która później wydawała między innymi Paktofonikę. Po trzecie wreszcie - album 1000 jest kwintesencją tego, jaki był polski hip-hop przełomu wieków. Tekstowo jest on klasyczną rapową pocztówką z życia polskiego blokowiska końca lat 90. XX w. Można zatem odhaczyć wszystkie obowiązkowe ówcześnie elementy gatunku: imprezy, używki, ławki przed blokiem, finansowe braki, podwórkowe przyjaźnie i oczywiście rapowanie o rapowaniu. Dzięki temu dziś, odsłuchując tę płytę, można odbyć sentymentalną podroż do miejsc i środowisk, które zmieniły się nie do poznania.


Składanka „SC034” – 2000 r.


Kiedyś hip-hopowe składanki były motorem napędowym całej sceny. Szansą dla młodych składów, by zaistnieć dla szerszej publiki i zrobić krok poza „podziemie”. Klucz geograficzny był przy tym bardzo popularnym sposobem doboru artystów. Oczywiście Częstochowa też ma na koncie taką hip-hopową wizytówkę. „SC034” to album, na którym można usłyszeć najważniejsze lokalne składy z początku XXI w.: 1000, Ideo, Ego, Manifest, Żywe Srebro, Godziny Szczytu, K2, CDS, 2/4, ŚNS. Bardzo różne style, bardzo różne tematy i bardzo różne charaktery. Ten album to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcieliby się przekonać, jak brzmiały początki częstochowskiej sceny hip-hopowej, a mają mało czasu i szukają szybkiego przeglądu w tym temacie.


Ideo „Stan Rzeczy” - 2000 r.


Na początku XX w. drugim - obok składu 1000 - filarem częstochowskiej sceny hip-hopowej było bez wątpienia Ideo. Skład powstał około 1998 r. i wtedy też nagrał nielegal „Dzieła Zebrane”, który koncertowo ogrywany był przy wszelkich możliwych okazjach. Na oficjalny debiut trzeba było jednak czekać prawie dwa lata. „Stan Rzeczy” ukazał się wreszcie w wytwórni Blend Records, został całkiem ciepło przyjęty, a i słuchany dziś przynosi sporo frajdy. Przede wszystkim dlatego, że wciąż bardzo dobrze brzmi. Podkłady DJ Haema, są melodyjne, melancholijne, ale mają przy tym też autorski, ostry pazur. To był właściwie początek jego kariery, ale już słychać tu olbrzymi potencjał. Tekstowo Dziker, Zan i Igieł rymują w rejonach, które wówczas były etykietowane jako „jasna strona sceny”, czy też „pozytywny przekaz”. Z tego również klucza zaproszeni zostali na „Stan Rzeczy” goście – swoje zwrotki dograli Grammatik, Dizkret ze Starego Miasta i Bunio. Trzy lata później Ideo wypuściło kolejny album - „Mentalnie”, ale to już zupełnie inna historia...


Żywe srebro „Podpatrzone podsłuchane” - 2000 r.


Dziś często mówi się, że ta płyta ukazała się za wcześnie. Że publika nie była jeszcze gotowa na taką zabawę gatunkiem i gdyby album „Podpatrzone podsłuchane” ukazał się kilka lat później, to byłby murowanym hitem. A tak przemknął trochę niezauważony i niezrozumiany – choć jest też grupa koneserów, którzy nadal przywołują Żywo Srebro we wszelkich internetowych dyskusjach o perełkach polskiej sceny hip-hopowej. No i faktycznie ta płyta, mimo odnotowanych ponad dwudziestu lat, nadal potrafi zauroczyć. Bity przyjemnie jazzują, rymy tworzą misterne, wielopiętrowe konstrukcje. Jest zabawnie i niegłupio. Całość, choć trochę pokryta patyną, jest przy tym zwiewna, lekka i wpadająca w ucho. Gigant Records miało ambicje wydawać hip-hop w jak najszerszym spektrum estetyk, chciało stawiać na artystów poszukujących i eksperymentujących. Seru, Biały i Pat Patent z Żywego Srebra świetnie się w ten model wpisywali i wielka szkoda, że nie udało im się z tą propozycją wpisać w odpowiedni czas.


Ego „Nibylandia” - 2001 r.


Projekt Ego to kolejna częstochowska próba wpuszczenia odrobiny świeżego powietrza na ówczesną polską scenę hip-hopową. I choć może nie udało się zdominować list sprzedaży OLiS, to jednak wokół płyty „Nibylandia” błyskawicznie zebrała się całkiem spora grupa wiernych fanów w całej Polsce. Co może zaskakiwać, bo debiut Ego to wyjątkowo introwertyczny rap. Siwy i Śliwka Tuitam mieli swój własny świat - poetycki, oniryczny, lekko psychodeliczny – do którego zaprosili słuchaczy. A może po prostu wciągnęli ich tam z zaskoczenia i przemocą. Obaj MC dysponują bardzo oryginalnym flow i potrafią nim doskonale hipnotyzować. Nie ma na tej płycie żadnych ulicznych opowieści, hip-hopowwych przechwałek czy rapowego moralizatorstwa – zamiast tego dostajemy surrealistyczny pejzaż na bitach od DJ Haema. Zachwycający pejzaż! Warto też wspomnieć, że na „Nibylandii” pojawili się Rahim i Fokus z Paktofoniki, co było początkiem dłuższej muzycznej przyjaźni. W 2005 r. Ego wrócili na rynek z płytą „Nie było takiego drugiego” - jeszcze lepszą, bardziej dojrzałą, dopracowaną i przewrotną. Niestety, zabrakło promocji i wyjątkowo łatwo było przegapić ten album. Chwilę później zespół zawiesił działalność (powrócił tylko na momencik pięć lat później, z kolekcjonerskim mixtape’m „Ego Team”), a fani tęsknią za nim do dziś.


LariFari „Dusza” - 2001 r.



LariFari było jak granat wrzucony na podwórko polskiego hip-hopu. Granat, który miał rozrywać granice, formy i przyzwyczajenia ówczesnej sceny. To miks rapu, jazzu, soulu, funku i r&b - w ramach którego żywe instrumenty spotykają się z bitami i rymami, a osobowości sceny jazzowej (Mateusz Pośpieszalski, Janusz Yanina Iwański, Paulina Kujawska) spotykają się z lokalnymi MC (Siwy, Śliwka Tuitam, Esse, Słoniu) oraz gośćmi z innych miast (Pezet, Rahim, Dizkret, Gutek, Ollisa). Duchem poruszycielem całości był oczywiście DJ Heam. „Dusza” brzmi bardzo ciepło i spójnie. Jest taką misterną
kompozycją, gdzie wszystkie, wydawałoby się, obce sobie elementy idealnie do siebie pasują. Dziś jesteśmy osłuchani z takimi brzmieniami, ale dwadzieścia lat temu była to jednak duża nowość na naszym rynku. Duchowym spadkobiercą LariFari stały się wydane rok później Cudawianki „Udawanki”, czyli kolejny soulowo – hip-hopowy projekt Haema.


Pijani Powietrzem „Zawieszeni w Czasie i Przestrzeni” - 2002 r.


Synergia to współdziałanie dwóch albo więcej elementów, którego efekt jest większy, niż gdyby po prostu zsumować wynik ich pojedynczego działania. Termin ten idealnie pasuje, by opisać album Pijanych Powietrzem, czyli katowicko-częstochowską kolaborację Fokusa (Paktofonika, Pokahontas) i Śliwki Tuitam (Ego). Obaj mają bardzo charakterystyczny styl i flow. Obaj byli w tamtym momencie wyjątkowymi i oryginalnymi osobowościami sceny hip-hopowej. Jednak, gdy spotkali się na wspólnej płycie, to tak jakby nagle dostali artystycznego turbodoładowania. Fokus i Śliwka doskonale się tutaj uzupełniają, napędzają i prowokują do coraz większej lirycznej brawury. Pędzą gdzieś rymami, przy okazji budując kolejne odrealnione opowieści. Całość podana jest na psychodelicznych, mrocznych podkładach, co potęguje tylko transgresywne wrażenie. Dzięki temu wszystkiemu płyta „Zawieszeni w Czasie i Przestrzeni” błyskawicznie zdobyła statut kultowej i sporą popularność – a z perspektywy czasu można dodać, że nie postarzała się ani odrobinę.


Godziny Szczytu „Zanim minie czas” - 2005 r.



Ta płyta miała pecha – pojawiła się trochę za późno. A przecież Słoniu, Swift i DJ Haem współpracowali razem od połowy lat 90. ubiegłego wieku. Na początku jako TWT wraz z Igłem, który później przeszedł do Ideo. Przez te kilkanaście lat byli aktywni na lokalnej scenie, koncertowali, udzielali się gościnnie na różnych albumach i składankach. Zbierali doświadczenia. I z jednej strony ten brak pośpiechu wyszedł debiutowi Godzin Szczytu na dobre, dzięki temu dostaliśmy dojrzały materiał, przemyślany i świeży. Słoniu i Swift okrzepli jako MC, zarówno pod względem techniki składania wersów, jak i sztuki opowiadania historii. Haem w tym momencie był już też dojrzałym, pewnym siebie producentem. Nie musiał szarżować i bawić się w eksperymenty. Z drugiej jednak strony moment wydania tej płyty przypadł na czas pierwszej bessy polskiego hip-hopu, kiedy to po początkowym zachłyśnięciu przyszły chudsze lata. Mniej sprzedawało się rapowych płyt, mniej było możliwości, by je promować. I pewnie dlatego premiera „Zanim mnie czas” przeszła trochę niezauważona. Spora strata.


Hurragun „Hurrap” - 2011 r.


Ten album to jeden wielki hołd dla złotej ery rapu, wyprawa do korzeni gatunku i boom bap w swojej czystej, nieujarzmionej postaci. Za mikrofonami szaleją Sesni, Tytson i legendarny kielecki MC Wojtas (przez lata związany z kultowym Wzgórzem Ya-Pa 3). O oldschoolowe podkłady zadbał wrocławski producent Mżawski, a skreczami doprawił je DJ Lem. I to wszystko działa dlatego, że Hurragun na nowo odczytuje klasyków gatunku, takich jak Cypress Hill, D.I.T.C czy Das EFX, a nie ogranicza się jedynie do ich kopiowania. Proponuje swoją autorską wariację na ich temat. Dlatego „Hurrap” jest jak bomba energetyczna. To materiał wybitnie koncertowy, wręcz stworzony do uruchamiania publiki – i faktycznie podczas występów Hurragunu fani pod sceną są jak morze podczas sztormu. W oryginalnym składzie zespół nagrał jeszcze w 2013 r. ep’kę „Hurrafunk”, a później na kilka lat zawiesił działalność. Na szczęście wrócili trzy lata temu - co prawda już bez Wojtasa i Mżawskiego, ale za to z Matisem z Centrum Strony – albumem „3.1”, po czym dołożył do niego kolejny - „Boom Bap Kingz”. Krótko mówiąc: królestwo boom bapu trwa.


Sarius „Blisko Leży Obraz Końca” - 2013 r.


Prawdopodobnie w tym zestawieniu powinna pojawić się któraś z najnowszych płyt Sariusa: „Antihype”, „Wszystko co złe”, „Pierwszy Dzień Po Końcu Świata”. W końcu to one zaprowadziły go na szczyty list sprzedaży OLiS i sprawiły, że stał się jednym z najpopularniejszych raperów w kraju. Ale jakoś trudno nie wspomnieć o jego fonograficznym debiucie. O momencie, w którym Sarius z wielkim hukiem otworzył drzwi do krajowej sceny i po prostu wziął, co swoje. Już wtedy dał się poznać jako wybitny storyteller, obserwator codzienności i bezlitosny krytyk współczesności. Udowodnił, że potrafi bawić się słowem z taką lekkością, że awansem wylądował w ekstralidze krajowych MC. Na późniejszych płytach Sarius współtworzył nowe estetyki polskiego hip-hopu i poszerzał granice gatunku, natomiast na „Blisko Leży Obraz Końca” dał się poznać jako bardzo uważny słuchacz klasyki. Oddał tu szacunek starej szkole i wyciągnął sobie z niej to, co mu się spodobało. Na takim fundamencie z pewnością łatwiej było później budować karierę i być awangardą. Muzycznie na krążku rządzi DJ Eprom, który idealnie wpisał się w tę swoistą podróż w przyszłość, zapatrzoną w przeszłość.


Centrum Strona „Świadkowie Patologii” - 2013 r.


Był taki moment, że rapowa Częstochowa kojarzyła się z boom bapem. Obok Hurragun pojawiła się Centrum Strona i zrobiło się naprawdę głośno! Złoty, Matis, Igores i DJ Boski wypłynęli na szerokie wody, wygrywając pierwszą edycję „Żywego Rapu”, czyli swego rodzaju talent show pod patronatem wytwórni HEMP REC. Zdobyli popularność mocnym i szczerym przekazem. Ich znakiem charakterystycznym stały się teksty zaangażowane społecznie, bezlitośnie wytykające mechanizmy pogłębiające nierówności i wyzysk. Co prawda nie ma się tu co doszukiwać jakichś wnikliwych analiz, subtelności czy lirycznych popisów, ale w zamian możemy dostać w splot słoneczny silny prawy prosty. A - nie ukrywajmy - w hip-hopie również o to chodzi.


Sensi „Full Flavour” - 2013 r.


Sensi dał się poznać szerszej publiczności na płytach Hurragunu, ale prawda jest taka, że najlepszą formę prezentuje, gdy ma dużo przestrzeni lirycznej wyłącznie dla siebie. Słychać to na jego solowych płytach – zarówno tej podpisanej tylko jego ksywką, jak i tych tworzonych w kolaboracji z DJ Kebsem czy DJ Epromem. Na „Full Flavour” układa on słowa do podkładów OSTRego i wychodzi z niego natura hip-hopowego reportera. Dokładnie przygląda się swojemu najbliższemu otoczeniu, bierze na warsztat nawet najbardziej intymne aspekty własnego życia, by przekuć to na rymy. Jest w tym autentyczny oraz szczery – i to wystarcza, bo Sensi dzieli ze swoimi słuchaczami ten sam lęk, gniew, radość i nadzieję. Zabiera ich na spacer po mieście i przekonuje, że najdrobniejsze szczegóły codzienności są najważniejsze.


Żyto „Wiry” - 2014 r.



Żyto oficjalnie debiutował w 2012 r. - płytą nagraną przy wsparciu Asfalt Records - i namieszał na scenie. Dwa single z tego krążka: „Jest mi trudno” oraz „Czy matka wie” stały się prawdziwymi wiralami. Jednak to druga płyta - „Wiry”, wydana w Prosto, przyniosła mu prawdziwą rozpoznawalność. Żyto skupia się tu na tematach imprezowych oraz tych związanych z damsko-męskimi relacjami, jest przy tym bezczelny, bezpośredni i pyszny. Jego styl ma charakterystyczny, uliczny sznyt, co miłośnicy gatunku potrafią docenić. Co ciekawe, po drugiej płycie Żyto zrobił sobie przerwę od rapu. Zamienił mikrofon na farby i postanowił na poważnie zająć się malarstwem. I gdy już wydawało się, że odnalazł się w tej nowej roli na dobre, niespodziewanie pojawił się w tym roku jego kolejny hip-hopowy album „Morze Południowe”. Tym razem w kolaboracji z jednym z najlepszych polskich producentów NOON’em.


Mikser „Świat jako wola i przedstawienie” - 2015 r.



Co się stanie, gdy dać filozofowi mikrofon i sporo scenicznej charyzmy? Można się o tym przekonać, słuchając debiutanckiej płyty Miksera. Przez lata ten częstochowski MC robił jednak wszystko, żeby nie wchodzić do studia. Szlifował rymy na ulicy, wygrywał freestylowe bitwy, rapował z żywymi instrumentami, zdobywał popularność na Youtube i pochłaniał kolejne filozoficzne tomy. Przez pewien czas był nawet ikoną częstochowskich Alei, gdzie popisywał się wolnym stylem, erudycją oraz poczuciem humoru. Debiutancki krążek Miksera zawdzięczamy ostatecznie drugiej edycji programu „Żywy Rap”, bo raper dostał się do finału i zdobył nagrodę publiczności. Ten brak pośpiechu wyszedł mu jednak na dobre. „Świat jako wola i przedstawienie” to materiał dojrzały, oryginalny i pełen metafizyki. Krótki, ale przy tym bardzo treściwy. Dla tych, którym było mało, w 2019 r. Mikser wydał „Logos” - tam również bawił się przeplataniem osobistych obserwacji z esencją wyciśniętą z klasyków filozofii.


af


full-stopka_hiphop2.jpg