DJ Haem na dwóch zdjęciach za gramofonami
6/2021

Pobierz PDF

W PEWNYM MOMENCIE WSZYSCY, KTÓRZY NIE BYLI HIP-HOPOWCAMI WYGLĄDALI JAKOŚ DZIWNIE...

Rozmawiamy z DJ Haemem, czyli Piotrem Jończykiem – polskim artystą, producentem muzycznym, inżynierem dźwięku, DJ-em, wieloletnim współpracownikiem O.S.T.R., współtwórcą m.in. Ideo, Ego, LariFari, Pijanych Powietrzem, aktywnym na scenie muzycznej od lat 90. XX w.


Sylwia Góra: Skrót Haem świetnie wyglądał jako podpis na Twoich obrazach. Co się stało z tymi obrazami?


DJ Haem: Miałem długą przerwę w malowaniu, właściwie ona wciąż trwa, choć ostatnio w moim domu, ze względu na sytuację związaną z pandemią, pojawiły się znowu płótna, farby i sztaluga. Być może wrócę do swojej dawnej profesji na poważnie. Lubiłem malować rzeczy wrażeniowe, impresjonistyczne. Zawsze próbowałem stworzyć wokół tego, co malowałem, jakiś rodzaj energii, wibracji. Kilka tych starych obrazów mam w Warszawie, niektóre są u mojej mamy, inne u znajomych. Tworzyłem też grafikę warsztatową oraz grafikę komputerową. Jednak byłem aktywny tylko do około 2005 roku, a później całkowicie zerwałem ze sztukami plastycznymi. Ale nie zapomniałem jeszcze, jak się trzyma pędzel.


Sporo osób powołuje się na częstochowskiego Plastyka. Na ile Tobie szkoła plastyczna pomogła w kształtowaniu Twoich artystycznych wyborów?


Ta szkoła była rozwijająca w sensie ogólnym. Ja trafiłem na taki czas, kiedy nie tylko atmosfera sprzyjała, ale było też naprawdę dużo fajnych ludzi. Nie tylko moich kolegów i koleżanek, ale również nauczycieli. Chodzenie do tego typu szkoły gwarantuje rozwój w zakresie sztuki i ogólnego obycia w świecie. Jako uczeń miałem okazję często podróżować i zobaczyć sporo dobrych wystaw w najważniejszych europejskich muzeach. Dzięki Annie Maciejowskiej, która uczyła nas wtedy historii sztuki, wracaliśmy z tych wyjazdów naładowani dużą dawką wiedzy, którą każdy z nas wykorzystywał na własny sposób. To był dla mnie naprawdę inspirujący czas. Uwielbiałem rysować, nieźle radziłem sobie z akwarelą. Skończyłem szkołę z dyplomem technika ceramiki artystycznej. Jednak pod koniec nauki w liceum moja przygoda z muzyką zaczęła nabierać tempa – koncerty, nagrania, nie miałem więc szans, żeby gdzieś osiąść, mieć tę swoją pracownię plastyczną, a czas na tworzenie obrazów zacząłem przeznaczać na działalność muzyczną. Wciąż byłem na walizkach, większą część roku spędzałem w trasie.


Na scenie muzycznej zaczynałeś wcześnie, jeszcze w latach 90. XX w. Jak wtedy wyglądała scena hip-hopowa w Polsce?


Pamiętam, że w tych latach, jeżeli chodzi o subkultury, było naprawdę dużo punków i - co zabawne - duża część z nich stawała się hip-hopowcami. Hip-hop niósł podobny przekaz. To była muzyka buntu, rodzaj szczerej wypowiedzi na najbardziej aktualne, palące tematy. W moim przypadku to nie była tylko muzyka, ale także graffiti. W Polsce było wtedy kilka zespołów hip-hopowych, ale zaczęło się to rozprzestrzeniać i obecnie można mówić o kilku generacjach. Teraz jest już trzecia, a może nawet czwarta. Natomiast ta pierwsza generacja hip-hopowców była bardzo małą grupą ludzi. Prawie wszyscy się znaliśmy, komunikowaliśmy się za pomocą IRC, rozmawialiśmy o scenie hip-hopowej w Polsce, wymienialiśmy się informacjami, a potem gościliśmy się w swoich miastach. To były naprawdę bardzo fajne czasy, kiedy budowała się ta kultura, można było obserwować, jak szybko zainteresowanie tą muzyką rośnie. Sam do liceum szedłem jako punkowiec – grałem na perkusji w punkowym zespole – a już w drugiej klasie liceum nosiłem szerokie spodnie. Pamiętam, że dużo osób śmiało się wtedy z tych spodni, ale sytuacja szybko się zmieniła – w pewnym momencie wszyscy inni wyglądali jakoś dziwnie.


Jak to się stało, że w okolicach roku 2000 w Częstochowie była jedna z najsilniejszych scen w Polsce – Ideo, Ego, 1000, do tego wydawany „Hip-Hop Magazyn”?


Na początku były dwa główne ośrodki. Jak przystało na kulturę uliczną, jednym był plac Biegańskiego, a drugim okolice stołówki „Gigant” na Tysiącleciu. Większość ówczesnych hip-hopowych twórców tam się wtedy spotykało. Było także wiele koncertów – między innymi seria „Rym Częstochowski”, cykliczny przegląd lokalnych składów, organizowany przez Piotra „Dzikera” Chrząstka. Praktycznie od początku istnienia tej kultury w Polsce, Częstochowę odwiedzały wszystkie duże nazwiska z nią związane. Mieliśmy wtedy wielu prężnie działających raperów, beatmakerów, DJ-ów, malarzy graffiti, tancerzy breakdance i mocno wspierającą nas społeczność. W Częstochowie działy się też rzeczy ważne dla hip-hopu ogólnopolskiego, choć nie zawsze związane z częstochowianami. W naszym mieście była przygotowywana płyta Paktofoniki. Część materiału była nagrywana w studio „Radioaktywni” przy ul. Kapucyńskiej, gdzie odbywałem wówczas staż. Magik, Rahim i Fokus bywali czasem po nagraniach u mnie w domu, mieszkałem wtedy przy ulicy Waszyngtona, w połowie drogi między studiem a dworcem PKP. Znajomość zaowocowała później naszymi wspólnymi nagraniami i koncertami, a także przyczyniła się do powstania PFK Kompany.


No właśnie! Masz za sobą współpracę z połową polskiej sceny hip-hopowej. Wybór, przypadek, szczęście?


Zawsze byłem bardzo zdeterminowany. Mam taki charakter, że jak już się za coś zabieram, to robię to totalnie. Muszę się dowiedzieć absolutnie wszystkiego o danym zagadnieniu, zgłębić je na wszystkich możliwych poziomach. Nie lubię działań powierzchownych. W tym przypadku było tak samo. Postanowiłem, że zostanę hip-hopowym aktywistą, producentem muzycznym i DJ-em. Zacząłem kolekcjonować winyle, setki winyli, wszystko co zarabiałem, przeznaczałem na te płyty. Gromadziłem wiele materiałów związanych z hip-hopem – książki, gazety, kasety VHS, co w tamtych czasach nie było takie oczywiste. Jako osiemnastolatek zostałem stażystą w studio nagrań „Radioaktywni”, które mieściło się w piwnicy domu Ziuta Gralaka, a którym zarządzał Adam Celiński. Znalazłem się tam głównie dzięki znajomości hip-hopu, byłem reprezentantem tej kultury i przeważnie z takimi klientami miałem tam do czynienia. Jednak poznałem w tym miejscu także Mateusza Pospieszalskiego, Janusza Yaninę Iwańskiego, Darka Bafeltowskiego, zespół Habakuk i wielu innych nierapowych twórców, co miało duży wpływ na mój rozwój muzyczny, moje kolejne decyzje i determinację, żeby działać na scenie.


A jak się zaczęła Twoja współpraca z O.S.T.R.?


To był taki czas, kiedy już grałem koncerty jako PFK Kompany, czyli Paktofonika i Ego. Objeżdżaliśmy Polskę z takim wspólnym setem mniej więcej w latach 2000-2003. Z Adamem spotkaliśmy się na jakimś koncercie w Toruniu, który grałem z PFK Kompany. O.S.T.R. miał grać po nas. Adam (O.S.T.R.) przyjechał wtedy bez DJ-a i zapytał, czy bym z nim nie zagrał. Zgodziłem się. „Mistrz ceremonii” miał bardzo dobry kontakt z publicznością. W pewien sposób mnie to zafascynowało, bo chłopaki z PFK mieli styl bardziej zamknięty, nieco mistyczny. To były dwa różne światy. Niedługo po tym moje drogi z PFK się rozeszły i zostałem wolnym strzelcem. Byłem wtedy rezydentem w warszawskim klubie „The Fresh”, który był sprofilowany na granie hip-hopowych potańcówek. I tu na scenę wchodzi znów nasze miasto – Częstochowa. Pod M1 był koncert Fisz Emade. Przyjechał z nimi też menedżer Adama – Tytus. Emade miał jakiś problem ze stacją dysków zip do samplera i jedyną osobą w temacie samplerów, którą znali oni z Częstochowy, byłem ja. Tytus do mnie zadzwonił: Ratuj, co można zrobić? Wiedziałem, że taką stację dysków ma Janusz Yanina Iwański i szybko im ją zorganizowałem. Wtedy Tytus zapytał mnie przy okazji, czy nie zagrałbym na próbę jednego koncertu z O.S.T.R. Oczywiście z przyjemnością zagrałem. To było w 2003 roku i tak już zostało. Zaczęliśmy współpracować, bardzo szybko zrozumieliśmy się muzycznie, moje partie i pomysły zaczęły lądować na płytach O.S.T.R., mieliśmy podobne fascynacje, inspiracje i dopasowaliśmy się osobowościowo. Jesteśmy trochę jak koty – mamy swoje ścieżki, nie wchodzimy sobie w drogę, nigdy się nie pokłóciliśmy. Po trzech wspólnych koncertach rozumieliśmy się już bez słów. Było nawet kilka sezonów, kiedy byliśmy wybierani w plebiscytach na najlepiej koncertujący skład.


Ustaliliśmy już, że masz sporą kolekcję winyli i że poświęcasz się jednej rzeczy w stu procentach. Rozumiem, że tak jest też z turntablizmem, którym zajmujesz się mniej więcej od dwóch dekad. Jak wyglądały Twoje początki?


Chodziłem krótko do Państwowej Szkoły Muzycznej. Jako mały chłopiec przyszedłem na którąś z lekcji nie do końca przygotowany, mocno się denerwowałem, trzęsły mi się palce na klawiszach, oberwałem za to patykiem po rękach. Ten model pedagogiczny szybko wybił mi muzykę z głowy. A miałem fajne warunki do rozwoju, bo w domu stał koncertowy fortepian. Trauma nie trwała jednak długo, kilka lat później zacząłem pobierać prywatne lekcje gry na perkusji. Grywałem w punkowych i metalowych bandach. Turntablizmem zacząłem się interesować w wieku 17 lat. Przejście z gry na perkusji w grę na gramofonie było stosunkowo proste, ponieważ w obu przypadkach najważniejsze jest poczucie rytmu i koordynacja. Było ciężko pod względem materiałów edukacyjnych, bo wtedy tego w ogóle nie było. Jedyne co można było zrobić, to uczyć się ze słuchu. Pamiętam, że jak już opanowałem pewne sekwencje, triki, to gdy dowiedziałem się, jak faktycznie to powinno być robione, złapałem się za głowę. Brzmiało to podobnie, ale technika była kompletnie inna. pamiętam, że wymienialiśmy się też szkoleniowymi kasetami VHS z DJ-ami z innych miast w celu podwyższania swoich kwalifikacji... a było to na 8 lat przed powstaniem YouTube.


A jak dziś wygląda polska scena DJ-ska?


Ta scena zawsze była niszowa, choć trzeba ją rozdzielić na dwie części – DJ/prezenterów, czyli jak np. na weselach, imprezach, potańcówkach itp. oraz turntablistów, czyli tych, którzy używają gramofonu jako instrumentu muzycznego. Scena turntablistyczna jest ultraniszowa, moim zdaniem czasy świetności ma dawno za sobą. Nigdy nie było boomu na DJing w Polsce. Jest oczywiście kilku mistrzów świata z Polski, choć sam nigdy nie byłem miłośnikiem mistrzostw w muzyce, bo dla mnie muzyka to nie sport. Nie może być najlepszego DJ-a, tak jak nie może być najlepszego rapera, gitarzysty. Ciężko jest to zmierzyć. To bardzo subiektywna rzecz.


Są przed Tobą jeszcze jakieś wyzwania, które chcesz podjąć?


Oczywiście, że tak! Chcę teraz zrobić swoją własną płytę. Od ponad 20 lat jestem gościem na setkach płyt. Wielu takich, które osiągnęły sukces – na platynowych, złotych, ale jednak jako gość, w postaci takiego najemnika, który pojawi się, wrzuci od siebie trochę „magii” i znika. Przez te lata byłem zaabsorbowany przede wszystkim graniem koncertów, a to zajmuje naprawdę dużo czasu. W okresie pandemii miałem czas, żeby się zastanowić i dostrzec, że od ponad 20 lat ciągle biegnę. Teraz się zatrzymałem. Mam przygotowany materiał na płytę, nawet więcej niż potrzebuję, ale są to jednak szkice, które wymagają dopracowania. Prędzej czy później się uda, choć mam nadzieję, że prędzej – może w przyszłym roku.


full-stopka_hiphop2.jpg