SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny
Trzy obrazy Marka Rachwalika
CGK 12/2019

Pobierz PDF

NA POCZĄTKU BYŁ CHAOS

Rozmawiamy z Markiem Rachwalikem - artystą wizualnym, który zajmuje się przede wszystkim malarstwem i rysunkiem. Absolwentem częstochowskiego Liceum Plastycznego i Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. Zdobywcą m.in. wyróżnienia Magazynu Szum na 43. Bielskiej Jesieni oraz Grand Prix 6. Triennale Malarstwa im. Mariana Michalika, na co dzień mieszkającym w Kłomnicach


Sylwia Góra: Co jest Twoim naturalnym środowiskiem? Twoim sposobem wyrażania, opowiadania o sobie, o tym, co Cię otacza?

Marek Rachwalik: Chyba właśnie wieś, miejscowość, w której mieszkam. Nie jest to oczywiście przestrzeń, gdzie znajduje się tylko trzydzieści domów, ale jednak to rodzaj jakiegoś odseparowania, które towarzyszyło mi w zasadzie od zawsze. Jako dziecko i młody chłopak nie miałem zbyt wielu znajomych, raptem trzy osoby, z którymi do dziś utrzymuję kontakt. Ta niewielka liczba bodźców i „rozpraszaczy” sprawiła, że zawsze żyłem w swoim świecie. Książki. Muzyka. W zasadzie do dzisiaj mi to zostało. Jestem raczej typem tzw. outsidera.

Czyli miejsce, w którym tworzysz, ma dla Ciebie znaczenie? Nie mógłbyś mieszkać na przykład w Warszawie, Paryżu, Tokio?


Z natury nie jestem podróżnikiem. Byłem w Niemczech na stażu i jeżdżę regularnie na festiwal metalowy Brutal Assault do Czech. I to by było na tyle. Nigdy nie byłem gościem, którego gdzieś nosiło. Mieszkałem przez osiem lat w Katowicach, ale przy miastach, które wymieniłaś to są obrzeża, bo w piętnaście minut można było się znaleźć na odludziu. Nie mam doświadczenia życia w ultrawielkiej aglomeracji i trudno mi powiedzieć, czy byłoby to dobre środowisko dla mojej twórczości.


No właśnie. A kiedy myślisz o swojej twórczości, myślisz: szuka przedstawieniowa, narracyjna, abstrakcyjna, konceptualna, zaangażowana?


Kiedy myślę i mówię o swojej sztuce, nie uznaję raczej żadnych granic. Sam zajmuję się głównie malarstwem i można powiedzieć, że to jest najbardziej „zdziadziała” technika. Świat muzyki jest także tym, z czego czerpię dużą inspirację. Jestem niespełnionym perkusistą. Mam perkusję od dziesięciu lat i coś tam próbuję grać. Od trzech lat maluję cykl zainspirowany metalem. Czyli pojawił się wątek narracyjny, zapoczątkowany już w tytułach. Nigdy mnie nie interesowało pokłosie Grupy Ładnie, które dominowało, kiedy byłem na studiach. Trochę mnie to nudziło i zawsze szukałem w innych rejonach. Bardziej w abstrakcji. Metalowa autofotografia to również jakieś kolejne narzędzie w wyrażaniu. Z zaangażowanym konceptualistą mam raczej mało wspólnego, chociaż kto wie, co nastąpi.

A jak długo szukałeś swojego języka w sztuce, który dzisiaj jest już bardzo indywidualny i rozpoznawalny?


Bierze się to chyba z tego, że zacząłem malować bardzo wcześnie. Oleje dostałem od mojej cioci, gdy miałem osiem czy dziewięć lat. Wcześnie zacząłem szukać, ale przechodziłem przez wiele etapów. Miałem też czas zastoju. Na przykład w liceum ani razu nie pomyślałem, że mógłbym malować, bo strasznie mnie to męczyło. Byłem wtedy nastawiony na ceramikę. Dopiero na drugim roku studiów złapałem bakcyla. Poznałem nowych ludzi, którzy byli niezwykle kreatywni, zacząłem czytać komiksy. W domu miałem sporo książek przyrodniczych, które były bardzo barwne i myślę, że na tym wczesnym etapie to one zaszczepiły we mnie myślenie abstrakcyjno-surrealistyczne. Ale w malarstwo wkręciłem się dopiero na studiach.


Surrealizm i abstrakcja, świat natury i techniki – wybuchowa mieszanka. W życiu i sztuce. Dokąd Cię to zaprowadziło?


Nie wiem, czy to akurat jest najważniejsze. Dla mnie połączenie folkloru z psychodelą, muzyką metalową jest chyba ciekawsze. Zaintrygowało mnie to, że w kulturze te sfery są ciągle omijane szerokim łukiem i traktowane trochę wstydliwie jak disco polo. Np. wyroby, które opisała Olga Drenda. Dzięki jej książce zrobiło się o nich głośno, ludzie się nimi zaciekawili i docenili kreatywność twórców. Wcześniej były one raczej na totalnym estetycznym marginesie, może jedynie Hasior swoimi fotografiami wprowadził je do szerszej perspektywy. Na dobre wypłynęły jednak do mediów dopiero w czasach fotografii smartfonowej. Podobnie z metalem, chociaż on do mainstreamu nigdy się nie pchał. Potem nabrałem do tego świata nieco dystansu i poszedłem dalej - zainteresowałem się malowaniem jakichś samoróbek z opon, maszyn. I to wszystko powoli ewoluuje. Teraz mam wystawę w Galerii Dobro w Olsztynie, na której wystąpi zespół metalowy. Wpadłem też na pomysł cyklu trzech obrazów z motywem kozła, który bardzo często pojawia się na okładkach płyt metalowych. Myślę, że będę teraz szukał konkretnych motywów i chcę je eksplorować.

Ten świat, który stworzyłeś na swoich obrazach, zaczął żyć trochę poza Tobą. Stał się odrębny. Może teraz łatwiej Ci będzie określić Twój stosunek do niego – czy jest on bardzo serio, czy raczej nieco ironiczny, trochę w cudzysłowie?


Elementy związane z muzyką metalową to jakieś moje codzienne doświadczenia. Od lat słucham tego gatunku, a z czasem zacząłem schodzić coraz bardziej do podziemia. Słucham teraz raczej metalu undergroundowego. Jest to muzyka mocna, często chamska i prymitywna, ale jednocześnie niczego nie udająca. Tworzona przez ludzi, którzy za pomocą jak najprostszych środków wyrazu chcą przekazać swoje emocje. Oczywiście jest też tak, że ja się z tego trochę nabijam. Ale jednocześnie jestem fanatykiem.

A jak to jest z tytułami Twoich prac? Najpierw w ogóle ich nie nadajesz, a potem stają się one oddzielnymi historiami, które mogą spokojnie funkcjonować obok obrazu.


Chciałem trochę odejść od takiej prostolinijnej interpretacji tego, co jest na obrazie. Tytuły były zazwyczaj absurdalne. Na początku to był chaos, zlepek skojarzeń, powstawały pod wpływem chwili. Zawsze denerwowali mnie choćby surrealiści starszego pokolenia, którzy malowali natchnione pejzaże i tytułowali je np. „Modlitwa w krzakach”. Ale w końcu to porzuciłem i teraz jestem jednak bardziej konkretny – tytuł bardziej współgra z obrazem, ale nie opisuje go i nie tłumaczy.


Wspomniałeś już „Wyroby” i Olgę Drendę. Dla niej Nagroda Literacka Gdynia była z pewnością dużą zmianą, a czy czujesz, że ta nagroda wpłynęła też pośrednio na Ciebie? W końcu bez wykorzystania fragmentu Twojego obrazu „Muzycy trzecioligowej kapelki piłującej cyber-industrial metal” to nie byłaby taka sama książka.


Bardzo się cieszę z nagrody dla Olgi. To było naprawdę niezwykłe zrządzenie losu, że się z tym tak spasowaliśmy. Czytałem akurat jej „Duchologię”, zobaczyłem wywiad z Olgą, w którym bardzo tajemniczo wspomniała, że pracuje nad „Wyrobami”. Ja wtedy zaczynałem pierwszy obraz z tego cyklu i zapaliła mi się od razu lampka. Napisałem do niej i potem wszystko szybko się potoczyło.


Mówiąc o wyrobach, myślę: niesamowitość, ale też zbieractwo, kolekcjonerstwo. Jesteś zbieraczem?


Nie, jestem raczej minimalistą. Nie gromadzę też prac innych osób. Wolę mieć puste ściany, bo nie lubię żadnych obciążeń intelektualnych. Posiadanie zbyt wielu przedmiotów mnie męczy, ale robię teraz pierwszą wyrobową rzeźbę z gumiaków, która będzie przedstawiać kozła. Lubię też motyw muchomora w różnych konfiguracjach. Myślę również nad jakąś większą rzeźbą.


Na okładce poczytnej książki już jesteś. Dodatkowo znalazłeś się też w podręcznikach szkolnych! Mam tu oczywiście na myśli Twoje ilustracje do „Cyberiady” Lema...


To w ogóle nie wyszło z mojej inicjatywy. Wiosną odezwało się do mnie wydawnictwo z propozycją umieszczenia w podręczniku do polskiego trzech prac, które wisiały dość długo na mej stronie. Moja wizja „Cyberiady” widocznie się spodobała, te ilustracje mają trochę inny klimat od nadwornego, świetnego rysownika Lema - Daniela Mroza, ale do dziś jestem zadowolony z tego krótkiego cyklu i bardzo się cieszę, że zostaną przypomniane. Na studiach myślałem nawet przez chwilę, że będę robił ilustracje, ale nie lubię projektować w komputerze. Zostało więc malarstwo.