SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny
Raper Mikser na scenie
7/2019

Pobierz PDF

METAFIZYCZNA STRONA RAPU

Mikser, czyli Mikołaj Mądrzyk, to postać, która na dobre wpisała się już w muzyczny krajobraz Częstochowy. Wszyscy kojarzą go z jego ulicznych występów, gdzie bawi się słowem do bitu - solo albo w towarzystwie całego zespołu. Przez lata był łączony przede wszystkim z wolnym stylem, czyli improwizowaniem rymów na żywo, lecz udało mu się już wyskoczyć z tej szufladki. Dziś nagrywa płyty, koncertuje, ma popularny kanał na YT i organizuje niezwykłe warsztaty dla młodych. Prowadzi też wiele imprez hip hopowych w mieście. W najbliższym czasie będzie gospodarzem jubileuszowej edycji Festiwalu Hip Hop Elements.


Adam Florczyk: Nachodzi Cię czasem kryzys wiary w hip hop? Myślisz, że po tych wszystkich latach, gdy stał się on już ważną częścią światowego, muzycznego showbiznesu, nadal zostało w nim miejsce na autentyczne zaangażowanie i przesłanie poza komercyjnym kontekstem?


Mikser: Taki kryzys przeżywam codziennie (śmiech). Rap stał się popem. Nowe pokolenie często nie pamięta, nie zna, nie zainteresowało się korzeniami. Dzięki Bogu, nie „cały rap” stał się muzyką popową. Są jeszcze twórcy, którzy chcą coś przekazać. Którzy rozumieją, że pieniądze to środek, a nie cel. Sam staram się być takim twórcą. Zresztą ci, co tak promują materializm, nie zasługują moim zdaniem na miano twórcy. Oni traktują muzykę jak biznesplan, w którym jest kilka pozycji do odhaczenia, a potem ma płynąć hajs. A że robi się z ludzi debili... trudno. Kasa się zgadza. Czego ja oczywiście nie popieram. Między innymi dlatego powstał LOGOS - mój własny label.


Ty zaczynałeś swoją przygodę od fundamentów hip hopu, czyli improwizowanych na żywo rymów (freestyle) i występów na ulicy. Patrząc z perspektywy czasu, jak myślisz, na ile te doświadczenia ukształtowały Cię jako artystę?


Uliczne występy to niesamowite przeżycie. Język to zbyt ubogie narzędzie, żeby opisać, jaki wpływ wywarły na mnie takie prezentacje. Uważam, że muzyk, który nie grał na ulicy przez kilka miesięcy, lat, jest muzykiem niekompletnym. Granie na streecie wzbogaciło mój warsztat, zarówno jeśli chodzi o oddech, jak i samą technikę wypowiadania słów. Wzmocniło moją pewność siebie. Nauczyło pokory, otworzyło na ludzi. Uczyniło mnie bardziej odważnym i uważnym. Cholernie mnie te występy uwrażliwiły. Potrafiłem się rozpłakać, widząc ludzi, którzy mnie słuchają i którzy uczestniczą w tym, co robię. Uliczne występy zmieniły mnie jako człowieka. Wydaje mi się, że na lepsze. Nauczyły mnie śmiać się z siebie, a to bardzo ważna rzecz w naszym krótkim życiu.


Zdarza Ci się jeszcze brać udział w freestyle’owych bitwach? Jak je postrzegasz? Bliżej im do zawodów sportowych czy do improwizowanych, muzycznych spektakli?


Nie biorę udziału w bitwach na słowa. Chyba że jako juror. Konkurowanie ze sobą to stały element kultury hip-hop. B-boy’ing polega na udowadnianiu sobie, kto tańczy lepiej. Beatbox’ing na tym, kto lepiej naśladuje dźwięki instrumentów, DJ’ing na tym, kto najlepiej skreczuje. Dlatego MC’s też musieli znaleźć „swój ring”i są nim bitwy wolnostylowe. Uważam, że ten rodzaj ekspresji jest jak najbardziej potrzebny i zawsze przyglądam się temu z zaciekawieniem. Jaram się i mocno kibicuję wszystkim zawodnikom. Myślę, że bitwy freestyle’owe przypominają dzisiaj bardziej zawody sportowe. I nie ma w tym nic złego.

Pamiętam, jak długo dojrzewałeś do nagrania pierwszego albumu. Wzbraniałeś się przed wejściem do studia nagrań. Co właściwie zdecydowało o tym, że postanowiłeś zrobić ten krok do przodu?

Nagrałem pierwszy album, bo bliskie mi osoby wierzyły we mnie z całego serca. Byłem też za bardzo pochłonięty wolnym stylem, żeby w ogóle myśleć o pisaniu. Skoro o wierze mowa - ta wiara bliskich we mnie spowodowała, że znalazłem się w Żywym Rapie. Konkurs organizowany przez wytwórnię Hemp Records. Tam nagrałem swoją pierwszą płytę. Udostępniono mi profesjonalne studio nagraniowe, świetnego realizatora... czego więcej trzeba? Potem było już z górki.

No właśnie - ważnym momentem Twojej kariery był występ w internetowym konkursie „Żywy rap”. Myślisz, że dziś hip hop przeniósł się spod bloków do sieci? Jest dziś szansa, by zrobić karierę, rapując i nie prowadząc konta na Instagramie, nie licząc wyświetleń na YouTube?


Sądzę, że osiągnięcie sukcesu (cokolwiek to znaczy) bez wsparcia mediów społecznościowych jest dzisiaj mało prawdopodobne. Myślę, że prawie każda działalność ludzka przenosi się małymi i dużymi krokami do sieci. Dlaczego małymi i dużymi? Bo to zależy od rodzaju aktywności, którą chcemy w tę sieć przenieść. Pamiętam, jak nie zależało mi na tym, żeby moje uliczne występy pojawiały się w Internecie. Dobrze, że zmieniłem zdanie (śmiech).


Skończyłeś studia filozoficzne. Filozofia bardzo często pojawia się w Twoich tekstach. Nie boisz się, że przez to Twój przekaz robi się bardziej hermetyczny? Wierzysz, że przez rap można ludzi masowo zarazić miłością do metafizyki?


Moje teksty są trudne. Wiem o tym. Nie piszę w ten sposób po to, żeby pokazać, jaki to jestem mądry. Nie uważam się za mądrego. Piszę tak, bo nudzi mnie pisanie tekstów „dla wszystkich”. To musi być okropne - pisać w ten sposób. Kolejną przyczyną jest fakt, że chcę być twórcą, nie odtwórcą. Te dwa założenia dyskwalifikują mnie z masowej świadomości społecznej. Jako artysta musisz być łatwy w odbiorze. Nie zmuszać do myślenia i promować zło. Wtedy ludzie lgną do ciebie, jak ćmy do światła. Jakaś mała część mnie wierzy, że można pokazać ludziom metafizyczną stronę życia właśnie poprzez rap.


Znajdujesz jeszcze czas, by w natłoku codziennych obowiązków poczytać jakieś filozoficzne teksty?

Od kilku miesięcy nie znajduję czasu na filozofię, ale za to znajduję czas na czytanie Nowego Testamentu, co stanowi dla mnie bardzo ważny element życia i nieocenioną wartość. Oczywiście Nowy Testament bez przypisów księży...

Bardzo ważnym elementem Twojej działalności są warsztaty z młodzieżą, które daleko wykraczają poza standardowe zajęcia z rymowania. Możesz więcej opowiedzieć o tym projekcie?


Warsztaty to dla mnie misja. Na zajęciach często ewangelizuję. Jestem chrześcijaninem (nie katolikiem). Słowo Boże to paliwo dla moich działań i podstawa jakiegokolwiek funkcjonowania w tym świecie i oczywiście poza nim. Tematyka moich warsztatów to przemoc, uzależnienia, mass media i manipulacje, treningi kreatywności i kultura hip-hop. Kiedyś koncentrowałem się tylko na tym ostatnim elemencie, ale w miarę upływu czasu zobaczyłem, gdzie jest jeszcze wiele „dziur” i ile jest do naprawienia. Dzieci, młodzież, często mają problemy z komunikacją, wyrażaniem emocji, myśleniem, samooceną. Pomyślałem, że, dzięki Bogu, mam tak rozwinięty aparat poznawczy, że mogę się podzielić z moimi podopiecznymi swoim skromnym doświadczeniem i wiedzą. I tak moje warsztaty zaczęły nabierać obecnego kształtu. Często podczas zajęć wchodzę z uczestnikami w dyskusje, w których poruszamy tematy trudne lub te „zakrzyczane” przez poprawność polityczną i mainstreamowe media. Prowadzę zajęcia w szkołach, domach kultury, domach dziecka, na uczelniach, w placówkach opiekuńczo-wychowawczych, a nawet w szpitalach. Chciałbym też prowadzić zajęcia w więzieniach.


Śledzisz na bieżąco częstochowską scenę hip hopową? Masz na niej swoich faworytów?


Scenę częstochowskiego HH śledzę ciągle. Moim faworytem jest ekipa Hurragun (Sensi, Tytson, Matis CentrumStrona i - z tego, co wiem - gra z nimi teraz Dj HWR z Zabrza). Mega zdolni MC. Cieszę się, mogąc ich wesprzeć kupnem krążka, czy udostępnieniem/ polubieniem posta w mediach społecznościowych. Jakoś niedawno byłem jurorem na WBW w Krakowie, podszedł do mnie gość i powiedział coś takiego: „Mikser, jaram się tym, co robisz... naprawdę mega i masz jeszcze u siebie w mieście Hurragan’sów... Macie farta w tej Częstochowie.”. Wiesz, jakie ja miałem wtedy ciary (śmiech)? Super sprawa.

Na koniec chciałem podpytać Cię o Twoje najbliższe artystyczne plany...

Odpowiem krótko. Wydać płytę i nie pójść przez to do więzienia (śmiech). LOGOS Reprezentuj Świadomie.