4/2020

Pobierz PDF

Najważniejsza jest sztuka

Łukasz Gawron współtworzy kultowy kolektyw Monstfur. Ten streetartowy projekt jest entuzjastycznie przyjmowany w całej Polsce i poza jej granicami. Sam artysta jednak z Częstochowy, swojego twórczego gniazda, nie zamierza się nigdzie przeprowadzać. Jego celem jest stworzenie w naszym mieście największego na Śląsku miejsca propagującego sztukę, dizajn i architekturę wnętrz.


Magda Fijołek: Dzielnica Tysiąclecie, grupa 034 jeżdżąca na rolkach, Szkoła Podstawowa nr 1, koszykówka i graffiti - wszystko to ukształtowało w Tobie artystę?


Łukasz Gawron: Przywołane tu przez Ciebie miejsca i działania były w różnym stopniu zapalnikiem pewnych tematów. Suma tych doświadczeń i inspiracji - poszerzona o wiele więcej pojawiających się przy okazji zajawek - zbudowała moją tożsamość artystyczną. Ocenić to jednak dopiero możemy, patrząc z perspektywy, jaką daje nam czas.


Zauważyłam, że większość wśród ogłoszonych do tej pory „Twarzy Przyszłości” dorastała na Tysiącleciu. Co takiego szczególnego, z Twojego punktu widzenia, ma w sobie ta dzielnica?


Na tę sytuację składa się wiele czynników. Można powiedzieć, że był to odpowiedni czas i odpowiednie miejsce do dorastania. Bardzo duża liczba osób w podobnym wieku, w miarę bezpieczne rejony miasta, infrastruktura, która zdecydowanie prowadziła do integracji (tu musielibyśmy dodać jeszcze dzielnicę Północ, gdzie znajdował się skatepark).


Grupa Monstfur, której jesteś współtwórcą, zaczynała od tworzenia graffiti na murach Częstochowy, czy też od razu mieliście na to jakiś pomysł?


Jak wielokrotnie podkreślałem we wcześniejszych wywiadach, równocześnie tworzyliśmy w przestrzeni miasta i wystawialiśmy nasze prace w galeriach. To nigdy nie był projekt związany docelowo z graffiti. W pierwszych latach działania mieliśmy już przecież duże wystawy indywidualne w poważanych miejscach. Zresztą ten czas działania na ulicy już dla nas przeminął. Każdy czas i każde działanie mają swoją dedykowaną im energię.


Tworzycie w technice szablonu, na czym ona polega?


Uściślając, tworzymy między innymi w technice wielowarstwowego szablonu, który do dzisiaj wycinamy ręcznie. Polega to na tym, że na podstawie szkiców, zdjęć, tworzymy projekt w pięciu, siedmiu, czasem nawet jedenastu barwach. Następnie w każdej warstwie wycinamy ręcznie, nożykiem do tapet, otwory. Jest to jeszcze trudniejsze, bo musimy brać pod uwagę fakt, jaka warstwa jest już wycięta, a jaka będzie następna. Kolejnym etapem jest odbicie szablonu za pomocą farb w aerozolu. Czasem na znalezionych blachach, czasem na klasycznym płótnie. Tak przygotowany obiekt jest gotowy do sprzedaży.


Wasze prace od samego początku miały swój sznyt i szybko stały się rozpoznawalne w mieście, choć Wy początkowo byliście anonimowi. Strzegliście tej anonimowości niczym Banksey. Chcieliście w ten sposób zwrócić uwagę przede wszystkim na swoje prace?


Trafiłaś w punkt. Monstfur to nie osoba ani osoby. To artystyczny projekt, którego celem od początku było skupienie uwagi odbiorców na tym, co tworzymy, a nie na tym, kto jest autorem. Długo uciekaliśmy przed nadmierną atencją ludzi. Chcieliśmy dostarczać fajną sztukę, a nie dołączyć do grona miejskich celebrytów. Zresztą skład osobowy Monstfura zmieniał się przez lata.


Skąd wzięła się nazwa Monstfur?


Początkowo nazywaliśmy się Potfur. To było jednak za mało charakterystyczne. W pewnym momencie wpadł mi do głowy pomysł na fuzję angielskiego słowa Monster i polskiego Potfur (oczywiście zapis z dwoma, celowymi błędami ortograficznymi).


Pamiętasz Waszą pierwszą pracę?

To było malowanie u Mariana Borowika w jego klubie Utopia. Klubu już niestety nie ma, Marian jest i z tego miejsca go pozdrawiam!


A inspiracje?

Początkowo było to ironiczne spojrzenie na komediową potworność otaczającej nas rzeczywistości. Co jest piękne? Co jest brzydkie? Z czasem Monstfur stawał się coraz bardziej wysublimowany i starał się w ciekawy sposób opowiadać o wielu kwestiach, zachowując swoją autorską optykę. Kiedy w 2013 roku upadł legendarny zakład produkcji lokomotyw Fablok, stworzyliśmy ku jego pamięci cykl obrazów z pociągami. Na wystawie Ruderal Realm (częstochowski mural również pochodzi z tego projektu) pokazaliśmy obrazy, których bohaterami była fauna i flora polskich pobojowisk i gruzowisk. Widzimy szczerość i piękno w elementach pejzażu, które na co dzień są pomijane przez dużą część osób.


W którym momencie poczuliście, że Wasze tworzenie przestaje być tylko dla Was, ale że jest dostrzegane przez innych, poza Częstochową, także przez znawców sztuki?


Od początku i nigdy zarazem. Od pierwszego dnia do teraz tworzymy dla siebie, robimy tylko to, pod czym chcielibyśmy się podpisać. Jednocześnie wiele osób znajduje w naszej twórczości coś dla siebie. Nasza grupa odbiorców zmienia się wraz z nami. Dzisiaj są to już często poważni biznesmeni, którzy kupują naszą sztukę zarówno do swoich domów, jak i firm.


Wasze prace można zobaczyć w muzeach, galeriach, ale także w formie wielkoformatowych murali ulicznych. To przykład na to jak sztuka uliczna weszła do mainstreamu sztuki współczesnej. To dobrze?


Weszła już do mainstreamu za czasów Basquiat’a czyli na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Najwyższy czas przestać udawać, że artyści wywodzący się ze streetartu, sprzedający drogo swoje prace to jakaś nowość. Wspomniany Jean-Michel Basquiat często na aukcjach przebija cenami obrazów dzieła swojego przyjaciela i mentora Andyego Warhola, legendę sztuki współczesnej. Banksy już kilkanaście lat temu osiągał zawrotne kwoty w sprzedaży. My mamy zaszczyt być jednym z liderów tego rynku w Polsce.6


Obecnie Wasze prace można znaleźć na całym świecie. Która z nich stała się najbardziej egzotyczną ze względu na miejsce lub warunki pracy?


Na 1000% jest to projekt, który zrealizowaliśmy w Kolumbii dzięki zaproszeniu marki Dictador. Wspólnie z największymi nazwiskami w branży, jak Ben Eine (przyjaciel wspominanego wielokrotnie Banksyego) czy D*face, tworzyliśmy nasze prace w środku dżungli, na terenie nieczynnej destylarni rumu. Jak w serialu „Narcos”, przylecieliśmy na miejsce super lekkimi samolotami i lądowaliśmy na polanie pośrodku gąszczu palm. Doświadczyć tego mogło bardzo niewielu artystów z całego świata. Dictdror Art Masters to w tym momencie zdecydowanie najbardziej szalony projekt streetartowy na świecie. Dokument o nim kręci reżyser pracujący dla Netflixa, który zresztą w zeszłym roku odwiedził nas w Częstochowie.


Na szczęście Wasze prace można oglądać nie tylko poza Częstochową, ale również tutaj. Od niedawna funkcjonuje w naszym mieście Wasza galeria Iron Oxide. Organizujesz też festiwal pod tą nazwą. To wynika z lokalnego patriotyzmu?


Monstfur to był jedynie skromny początek. Galeria sztuki współczesnej IRON OXIDE, którą prowadzimy na ul. Komornickiej 127, była naturalnym, następnym krokiem. Zrobiliśmy kilka edycji wyjątkowego festiwalu w naszej strefie ekonomicznej, prowadziliśmy dziesiątki, jeśli nie setki wykładów i warsztatów. Założyliśmy również markę Primitive Design, która zdobyła już ogólnopolską rozpoznawalność w obszarze implementowania sztuki do komercyjnych przestrzeni, jak restauracje, galerie handlowe czy biura.


Jakie najbliższe plany ma Monstfur? Gdy już skończy się przymusowa kwarantanna?


Jak wcześniej wspomniałem, Monstfur, nawet pomimo swoich osiągnięć z ostatnich lat, jest jedynie elementem układanki. Planujemy stworzenie - z siedzibą w Częstochowie - największego w regionie/ województwie „imperium” z pogranicza sztuki, dizajnu, architektury wnętrz. Koronawirus nie spowolnił nas ani trochę. Czas kwarantanny można wykorzystać w różny sposób. My postawiliśmy na rozwój. Zaskakujące jest, jak wiele można zdziałać, zostając w domu.