SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny
6/2020

Pobierz PDF

STREET PHOTO - przekraczanie granicy zdystansowanej obserwacji

O fotografii ulicznej rozmawiamy z Tymonem Markowskim, jurorem tegorocznej edycji Fujifilm Moment Street Photo Awards 2020, wielokrotnie nagradzanym fotoreporterem i autorem projektu Street Photo Poland.


Adam Markowski: Zanim zapytam o polską i światową fotografię uliczną, chciałbym dowiedzieć się trochę o Tobie. Kiedy zacząłeś robić zdjęcia oraz kiedy złapałeś streetowego bakcyla? Zaczynałeś jako fotograf prasowy, ale dziś jesteś twórcą kojarzonym głównie z fotografią uliczną.


Tymon Markowski: Określam swój świadomy początek na 2006 rok, kiedy to dostałem pierwszy aparat cyfrowy firmy Konika Minolta. Choć niedawno odkryłem na płycie CD jeszcze starsze zdjęcia, z okresu szkoły średniej. To były proste rejestracje momentów, robione moim pierwszym porządnym telefonem komórkowym marki Siemens z aparatem 2Mpix. Już wtedy pociągało mnie uwiecznianie tego, co toczyło się przed moimi oczyma. Od samego początku zacząłem prowadzić fotobloga, a więc miałem potrzebę nie tylko dokumentowania, ale i dzielenia się swoją twórczością. Rozwijająca się w tamtych czasach blogosfera wywarła na mnie ogromny wpływ. Na bazie mojej miłości do fotografii wyrósł pomysł, by zmienić kierunek rozwoju z dziennikarstwa pisanego na obrazkowe. Kolejne lata to nauka w zawodzie fotoreportera, zmienianie redakcji, podejmowanie rozmaitych zleceń oraz przymiarki do różnych gatunków fotografii. Zawsze w tym wszystkim najbardziej interesował mnie jednak człowiek w swoim życiu codziennym oraz najbliższa, kształtowana przez niego przestrzeń. Czyli coś, co na konkursie fotografii prasowej zaliczyć można do kategorii „życie codzienne”, a w gatunku fotograficznym do „streeta”.


Czym jest dla Ciebie fotografia uliczna? Twój „street” wyłonił się z reportażu, czy może odwrotnie?


Warto przyjąć postawę, w której fotograf uliczny jest obserwatorem życia toczącego się w przestrzeni publicznej. Bez ingerencji rejestruje zarówno działalność człowieka, jak i rzeczy przez niego wytworzone. Nie ogranicza się tylko do miejskiej ulicy, bowiem street photo to pewna idea, przedkładająca sposób ponad miejsce fotografowania. Moim zdaniem należy przyjąć za fundament jej niepozowany charakter. Powinna też (jak to kiedyś sobie nazwałem) przekraczać granicę zdystansowanej obserwacji - to znaczy posiadać pewną koncepcję kompozycji, wykorzystania przestrzeni i obiektów, wejścia między ludzi i ukazania nam konkretnej rzeczy. Zdjęcie ulicy bez koncepcji nie jest streetem – to po prostu nieciekawe zdjęcie zrobione na ulicy, będące nieskomplikowanym stwierdzeniem na temat tego, co znajduje się wokół nas. Wyobrażam sobie fotografię uliczną i reportaż jako rodzeństwo, których rodzice to fotografia dokumentalna. Rodzeństwo, które, choć na pierwszy rzut oka jest podobne, różni się od siebie zasadniczo. Fotoreporter wchodzi w interakcję z bohaterem i przynajmniej poznaje jego imię oraz nazwisko. Zobowiązany jest bowiem do podania odbiorcom kontekstu zdjęcia. Fotograf uliczny robić tego nie musi. Powinien darować sobie jakąkolwiek interakcję, a bohaterowie jego zdjęć winni pozostać dla niego niemal zawsze anonimowi. Mało tego, fotograf uliczny może wprowadzić widza w błąd celowo. Takie umyślne posługiwanie się fałszem w fotografii ulicznej musi jednak być osiągnięte za pomocą aparatu i własnych umiejętności. W moim przypadku było tak, że najpierw poznałem zasady pracy reportera, a następnie odkrywałem tę luźniejszą przestrzeń fotografii ulicznej. Ale nie ograniczam się tylko do niej, ponieważ przez minione lata pracowałem nad różnymi projektami dokumentalnymi.


Podczas fotografowania na ulicy trzeba zmierzyć się z samym sobą, przełamać pewien dystans „ja – inni”, co wcale nie jest takie proste. Jak sobie z tym radzisz i jakie widzisz wyzwania podczas robienia zdjęć na ulicy?


Na przełamywanie strachu ma wpływ technika pracy. Jeżeli robisz zdjęcia inwazyjnie, podchodząc blisko do ludzi i celując im z jednego metra w twarz, to będzie ci go trudniej przezwyciężyć, aniżeli podczas dyskretnej pracy w tłumie. Uważam, że aby pokonać taki strach, należy przede wszystkim wytłumaczyć się przed samym sobą z tego, co zamierza się zrobić. Ja obawę przed fotografowaniem obcych ludzi oswajałem intensywnie podczas pracy w gazecie, na początku swojej drogi fotograficznej. Żadne pytanie nie było w stanie mnie zaskoczyć - jeżeli jechałem „na temat”, to on był powodem, dlaczego jestem w danym miejscu i po co robię zdjęcia. Będąc fotografem ulicznym, nie masz legitymacji prasowej, a na zdjęcia wysyłasz sam siebie. Jednak warto odpowiedzieć sobie na wszystkie potencjalne pytania, zanim zada ci je ktoś obcy. Co fotografuję? Gdzie będę to publikować? Jaki mam w tym cel? Znając te powody, będziesz mógł wchodzić w polemikę nawet z najbardziej dociekliwymi przechodniami. Ja zawsze staram się być uśmiechnięty i życzliwie nastawiony do ludzi. Nie ma sensu toczyć sporów o zdjęcie, gdy w perspektywie masz przed sobą jeszcze kilka godzin fotografowania. Nie zamierzam swoimi zdjęciami zrobić nikomu krzywdy, ale też nie pozwalam na przekroczenie pewnej granicy w stosunku do mnie. Warto pamiętać, że nie istnieje coś takiego, jak zakaz wykonywania zdjęć, na który często powołują się przechodnie, natomiast problematyczną kwestią jest publikacja wizerunku. Fotografowie uliczni stoją bowiem w kontrze do przepisów, wymagających od nich uzyskiwania zgody na publikowanie wizerunku. Działamy na cienkiej granicy i trzeba być na to szczególnie wyczulonym. Ostatnio pojawił się temat RODO i moim zdaniem zapanowała nieuzasadniona panika. Według mojej wiedzy te przepisy nie mają zastosowania w fotografii ulicznej. Jako fotografujący musielibyśmy ponosić ogromne nakłady czasowe i finansowe na rozpoznanie sfotografowanego na ulicy przypadkowego człowieka. Nie dochodzi zatem do świadomego i celowego przetwarzania danych konkretnej osoby, ponieważ nie wiemy, kogo te dane dotyczą.

full-tymonmarkowski1.jpg

Jakimi metodami pracujesz na ulicy? Czy sprzęt ma dla Ciebie znaczenie?


Street jest zajęciem typowo indywidualnym. Jasne, podczas warsztatów w terenie tworzymy grupę uczestników, jednak by wykonać w spokoju zdjęcia, należy fotografującym dać czas i swobodę. Jedni fotografowie lubią pracować dłużej w tym samym miejscu (by wycisnąć z danego otoczenia możliwie najlepszy kadr), inni natomiast szybko przemierzają kolejne ulice (bowiem za rogiem może dziać się coś interesującego). Ja płynnie przeskakuję między tymi metodami. Wszystko zależy od tego, co oferuje mi miasto. W Pradze wolę być ciągle w ruchu, na mojej ulubionej ścieżce pomiędzy Muzeum Narodowym, Starym Rynkiem i Mostem Karola. Natomiast w Londynie wolę przemieszczać się z punktu do punktu: Oxford Circus, Piccadilly, Liecester Square, Trafalgar Square i na dłużej zostawiać w każdym z tych miejsc. Na spacer, poza aparatem, lubię zabrać wygodne buty, powerbank i słuchawki. Mam kilka sposobów pracy i stosuję je wymiennie, zależnie od okoliczności. Przede wszystkim staram się zarejestrować scenę bez wpływania na nią swoją obecnością oraz bez uświadamiania jej bohaterów, że są fotografowani. Moim zdaniem właśnie wtedy otrzymuję najbardziej prawdziwy obraz i do tego dążę. Lubię więc fotografować z brzucha, gdy aparat zwisa zawieszony na szyi. Ustawiam wówczas ostrość na pierwszy plan i łapię gesty. Gdy natomiast chcę zbudować kadr, zaczynając od tła i jedynie czekam na uzupełniającego je człowieka, wtedy spokojnie, precyzyjnie komponuję ujęcie i przyklejony do aparatu czekam na to, co się wydarzy. Ale nie lubię czekać zbyt długo w jednym miejscu, wolę wrócić innym razem. Kiedy sytuacja jest dynamiczna, a warunki zmienne, owijam pasek wokół nadgarstka i lawiruję w tłumie. Zdarza się, że robię zdjęcia odruchowo, bez komponowania, czasami wręcz patrząc w zupełnie inną stronę. Gdy fotografuje się bez patrzenia w wizjer, trzeba bardzo dobrze znać swój sprzęt, ponieważ musisz sobie zwizualizować, co zmieści się w kadrze i pod jakim kątem pochylić aparat. Taką zdolność można uzyskać jedynie poprzez długotrwałą praktykę. Generalnie nawyk wizualizowania sobie, jak coś będzie wyglądać na zdjęciu, pomaga w wykonywaniu mniejszej ilości zdjęć. To takie dokonywanie preselekcji już na poziomie naciskania spustu migawki. Jest taki fajny cytat: „Fotografuję, by zobaczyć, jak to będzie wyglądać na zdjęciu”. Uważam, że jeżeli masz za sobą długą praktykę, to znasz odpowiedź, zanim naciśniesz spust migawki. Potrafisz sobie to wyobrazić. Dzięki temu mądrzej wybierasz momenty i nie produkujesz tylu fotografii lądujących potem w koszu.


Street Photo Poland – to Twoja osobista inicjatywa, za pomocą której promujesz rodzimą fotografię uliczną. Czym dla Ciebie jest ten projekt? I jakie z niego wyciągasz wnioski oraz trendy w fotografowaniu ulicy?


Widzę SPP jako kontynuatora Polish Street Photography, które po wielu latach działalności na rzecz środowiska fotografów ulicznych wyczerpało swoją formułę. Powstała przestrzeń na to, by zrobić coś nowego i postanowiłem spróbować. Ta inicjatywa to dla mnie sposób na poznanie polskiej fotografii ulicznej, ale nie przez zdjęcia, a poprzez ich twórców. Zacząłem rozmawiać z fotografami o tym, czym dla nich jest street, z jakimi problemami się mierzą, co ich w to miejsce doprowadziło. Zebranie tych materiałów pozwoliło stworzyć miejsce edukacji i inspiracji, dostępne dla wszystkich o każdej porze. I nawet jeżeli wydarzenia organizowane lub wspierane przez SPP będą się z biegiem czasu zmieniać, najważniejsze jest, by zgromadzona wiedza przetrwała. Co ciekawe, gdy zapowiadałem pojawienie się Street Photo Poland, niektórzy myśleli, że to kolejny kolektyw fotograficzny...


Fotografia uliczna staje się coraz bardziej popularna, a fotografowie łączą się w kolektywy. Co myślisz na ten temat?


Jeżeli chodzi o kolektywy, to nie jestem przekonany do tej formuły. Niemniej jest to bardzo ciekawa kwestia pod względem socjologicznym! No bo z założenia to całkiem fajna idea: grupa osób działająca pod jednym szyldem, wymieniająca się doświadczeniami, wspierająca się nawzajem, podejmująca różne grupowe przedsięwzięcia. Dopóki wierzysz w taką ideę, będziesz działać na jej rzecz z całych sił, a przynależność do grupy będzie powodem do dumy. Ale po pewnym czasie zaczynasz zauważać pewne przypadłości. Okazuje się na przykład, że część osób nie jest aktywna i nie zabiera głosu w dyskusjach. Tworzą się wewnętrzne podziały, bo część grupy ma odmienne cele. Zaczynasz wątpić w sens grupowej działalności jako takiej, ponieważ nie wszyscy dają od siebie po równo, ale każdy chciałby zobaczyć efekt końcowy. Z czasem zapał osób w kolektywie słabnie, a formuła zdaje się wyczerpywać. Przechodzicie w stan stagnacji, który zmienić może tylko rewolucja. Ale okazuje się, że ludziom całkiem wygodnie trwać w tej stagnacji. Pojawiają się tylko informacje, że ktoś został do kolektywu przyjęty, brak jest natomiast komunikatów o opuszczeniu szeregów. Zresztą to poszerzanie składu też jest ciekawym zagadnieniem. Czy nowo przychodząca osoba ma wzmocnić grupę z powodu swojej rozpoznawalności, czy może jest dobrze zapowiadającym się fotografem, który wprowadzi świeżość do skostniałej struktury? I jak bardzo pojemny może być taki kolektyw? Czy lepiej, by rozrósł się do trzydziestu osób, pomiędzy którymi będzie bardzo wątła relacja (a niektórych nawet nigdy nie spotkasz), czy raczej należałoby zostać w kameralnym, trzyosobowym gronie i powoli umierać śmiercią naturalną? Uważam, że nie ma jednej stałej receptury. Moim zdaniem kolektyw sprawdzi się przede wszystkim w dwóch przypadkach: gdy uczestnictwo w nim będzie zależeć od zaangażowania członków oraz wówczas, gdy spotkania będą odbywały się na żywo. W przeciwnym razie wieszczę każdej tego typu inicjatywie rozpad lub stagnację.

full-tymonmarkowski2.jpg

Jesteś jurorem Fujifilm Moment Street Photo Awards. Zasiadałeś w jury także innych konkursów fotograficznych, a przede wszystkim zdobywałeś w nich nagrody i wyróżnienia. Co dają nam takie inicjatywy i czy warto brać w nich udział?


Z konkursami mam pewien problem. Ze zdumieniem obserwuję fotografów, którzy zgłaszają się do wszystkiego, byle tylko zgarnąć kolejną wstążkę lub dyplom w PDF do samodzielnego wydrukowania. Niektóre z tych konkursów są darmowe, ale inne na takich uczestnikach zarabiają, w zamian wręcz szastając honorowymi wyróżnieniami, z których nie wynika kompletnie nic, poza kolejnym wpisem w social mediach. Jeszcze kilka lat temu sam tak robiłem, więc mogę o tym mówić z własnego doświadczenia - może oszczędzę komuś rozczarowania lub uchronię przed głupią stratą pieniędzy. Obecnie staram się wybierać tylko te inicjatywy, za którymi stoi coś więcej, jak na przykład festiwal. Wtedy wiem, że wpisowe z konkursu będzie pomocne w zorganizowaniu wydarzeń okołofestiwalowych, zaproszeniu świetnych wykładowców lub wydrukowaniu wystawy. Wszystkie takie rozsądnie wyglądające przedsięwzięcia chętnie wspieram, bo nawet jeżeli sam z nich nic nie wyniosę dla siebie, to jest wielu młodszych fotografów, dla których będzie to bodziec do dalszego rozwoju. „Moment” robi fajną rzecz, a mianowicie pobiera niewielkie wpisowe, które potem zwraca w formie nagrody pieniężnej. I to jest realne wsparcie, bo dzięki temu laureat będzie mógł sobie kupić książki fotograficzne, bilet lotniczy albo dołożyć do nowego aparatu. A to otworzy przed nim możliwości rozwoju. Wiem to po sobie, bo za nagrody w konkursach ściągałem z Amazona albumy fotograficzne, na które normalnie nie miałem pieniędzy. Dzięki temu rodziły się pomysły, pojawiała się motywacja, a w konsekwencji szedł za tym rozwój.


Jaki masz przepis na street photo? Jakich rad udzieliłbyś początkującemu fotografowi, by odnalazł się w fotografii ulicznej?


Street jest powtarzalny. Mniej doświadczeni fotografowie wcielają w życie sztuczki i patenty bardziej rozpoznawalnych w środowisku kolegów. Nie potępiam tego – uważam wręcz, że każdy przechodzi mniej lub bardziej podobne etapy i próbuje rozwiązań ze zdjęć, którymi się inspiruje. Takie przykłady fajnie kataloguje inicjatywa StreetRepeat. Ale dochodzi też do sytuacji, że zamiast motywu powtarzalne stają się miejsca. Nie jest niczym niezwykłym, że wielu fotografów wyjeżdża na streeta do Londynu czy Nowego Jorku. Jest to dla nich sposób na wyłamanie się z opatrzonego kraju, odświeżająca zmiana otoczenia. Sam tak robię, mając jednak z tyłu głowy to, że z perspektywy reszty świata nie jest to wyłamywanie się ze schematu, ale wpadanie weń. Jest niewielu fotografów, którzy starają się swoim stylem wyjść poza aktualnie panujący trend. Nie mówię tu o prostych trikach typu filtr przy edycji, ale o świadomym wyborze aparatu, parametrów bądź tematyki. W takim przypadku istnieje ryzyko niezrozumienia i odrzucenia, przejawiające się w popularnym haśle „to nie jest street!”. Można to zaobserwować podczas ogłaszania wyników konkursów streetowych, gdy niektóre zdjęcia wyraźnie odstają od innych. Czy w takich wypadkach zawiniło jury, czy raczej miało odwagę poszukiwania w streecie czegoś innego? Definicja streeta jest niejednoznaczna i każdy ma swoją własną. Zatem bardziej niż na jej określaniu, warto skupić się na robieniu zdjęć. Ja siłę swoich zdjęć staram się upatrywać w trudności w dekodowaniu lub wieloznaczności uchwyconej sytuacji. Szukam sytuacji dziwnych, które zmuszają mnie do zatrzymania i udokumentowania znaleziska. Kombinuję też z kadrowaniem podczas zestawiania różnych elementów. Nie używam żadnych filtrów, a edycję graficzną opieram na podstawowych suwakach w Lightroomie. Przede wszystkim jednak robię ją dla siebie i na samym końcu to ja muszę być z tych zdjęć zadowolony.