4/2020

Pobierz PDF

ZWIERZĘ STADNE

Czyta, ogląda seriale, słucha mnóstwo muzyki, gotuje i nie wyobraża sobie swojego życia bez ludzi. Energię – jak mówi – czerpie od młodych osób, których jest nauczycielem. Przedstawiamy Tomka Florczyka – jednego z członków kapituły projektu „Twarze Przyszłości”.


Magda Fijołek: Pedagog, organizator Festiwalu Dekonstrukcji Słowa „Czytaj!”, ale też innych działań w Częstochowie. Masz za dużo energii?


Tomasz Florczyk: Czasem mi się wydaje, że powoli zaczyna mi jej brakować. Ale zaraz potem myślę, że przecież mogłoby być gorzej i rzucam się na nowe zadania. Nienawidzę się nudzić, poza tym nie wyobrażam sobie życia bez ludzi wokół siebie. Tak, wiem, że to brzmi banalnie, ale serio tak mam! Cała ta kwarantannowa sytuacja, którą szczerze wspieram i rozumiem, też mi uświadomiła, że jestem do bólu stadny. I bez tego stada wokół siebie albo raczej – bez wielu różnych stad – nie potrafię żyć.


Co czerpiesz dla siebie z pracy z młodzieżą?


Najchętniej powiedziałbym, że wszystko. W takim sensie, że traktuję szkołę jako miejsce spotkań, podczas których każdy może się czegoś nauczyć. Wiesz, jednym z najciekawszych odkryć w moim życiu było to, że nie chcę i nie umiem dzielić ludzi na uczniów i nie-uczniów. Fajnym dowodem na to jest dla mnie fakt, że po ponad dwudziestu latach pracy w szkole mam w gronie swoich znajomych, kolegów, ale także przyjaciół, wiele osób, które kiedyś uczyłem w „Plastyku”. Czasem nawet o dwadzieścia lat młodszych… Ci moi uczniowie i uczennice – obecni i dawni - dają mi po prostu kopa do dalszych działań.


A co z Festiwalem „Czytaj!”? Jak stałeś się jego współorganizatorem?


Historia jest o tyle zabawna, że jeszcze kilkanaście lat temu nie czułem żadnej potrzeby działania kulturotwórczego. Wszystko zmieniło się, kiedy Adam, mój młodszy kuzyn wrócił po studiach do Częstochowy i trochę pozazdrościłem mu „robienia w kulturze”. Potem poszliśmy razem na fantastyczną podyplomówkę na UJ („Wiedza o kulturze XX i XXI wieku”), a jeszcze później - Adaś z Agnieszką Batorek wymyślili „jakąś imprezę literacką” w Częstochowie. Powiedziałem: wchodzę w to, chcecie mnie? Chcieli. I zaczęła się największa przygoda mojego życia.


„Czytaj!” to festiwal czytelniczy. Który z gości lub jakie festiwalowe wydarzenie zapisało się w Twojej pamięci szczególnie?


Wiem, że to znowu zabrzmi jak banał, ale – było ich zbyt wiele, by jednoznacznie wskazać. Na pewno Krzysiek Bartnicki, tłumacz „Finnegans Wake” Joyce’a, który przyjechał tu z prapremierowym (i chyba jedynym na świecie) wykonaniem swojego muzycznego projektu inspirowanego wspomnianym dziełem. Na pewno koncerty, zwłaszcza te AbradAba i zespołu Syny, na pewno debaty, które mogłem poprowadzić w zeszłym roku, na pewno spotkanie z prof. Czaplińskim… Nawet nie próbuję dalej wymieniać, bo okaże się za moment, że moje wspomnienia zajmą całe łamy tego numeru. Na fejsbukowym profilu „Czytaja” dzielimy się tym regularnie – zapraszam!


Do niedawna czytanie książek należało do aktywności niszowych, a dzięki takim festiwalom jak Wasz, stało się czymś, co podnosi status. Nie uważasz?


Nie wiem. To znaczy – na samym początku założyliśmy sobie, że naszym celem nie jest „popularyzacja” czytania, ale raczej wskazanie, że jest to coś, co ma być i powinno pozostać elitarne. Taki pozytywny snobizm. Więc może masz rację? Czytanie jest trochę intymne i tak jest dobrze. Więc fajnie, jeśli możemy się tym pochwalić, ale we własnej „bańce”, wśród osób, które używają tego samego kodu, co my. Jestem tu oczywiście rozdarty, bo jako nauczyciel czasem muszę nalegać – „przeczytajcie!”. A wolałbym powiedzieć, że to Twoja sprawa, czy czytasz i co czytasz. Interesuje mnie Twoja opowieść, to, kim jesteś, a jak do tego dochodzisz – to twój wybór. Ja tylko, czy w szkole, czy organizując festiwal, mogę powiedzieć: „zobacz, to jest jedna z dróg Twojej narracji, może Ci pomóc bardziej, niż się spodziewasz”.


Każdą wolną chwilę wykorzystujesz na czytanie?


Nie! Staram się, naprawdę się staram czytać dużo, ale mam jeszcze mnóstwo innych zajęć. Na przykład prowadzę intensywne życie towarzyskie. Oglądam – jak każdy – seriale. Słucham mnóstwo muzyki, staram się być na bieżąco z nowościami w sztukach wizualnych. I przede wszystkim – jeśli mam trochę wolnego czasu – gotuję. W zasadzie mógłbym siedzieć w kuchni cały dzień, robiąc zresztą przy tym nieziemski bałagan. Ale serio, gotowanie to chyba dzisiaj moja największa pasja, a odkrywanie możliwości kuchni wegetariańskiej i wegańskiej (od jakiegoś czasu nie jem mięsa) to dla mnie największa frajda! No i parę osób mówi, że mi to wychodzi.


A co czyta współorganizator festiwalu? Jakich autorów?


Chciałbym odpowiedzieć, że wyłącznie wybitnych, a książki - tylko te z górnej półki. Albo nie, właściwie to raczej nie chciałbym tak powiedzieć. Tak naprawdę czytam wszystko: literaturę faktu, beletrystykę, literaturę gatunkową, klasykę, poezję. Ostatnio był to i niesamowity „Horyzont” Kuby Małeckiego, i seria kryminałów Roberta Małeckiego (zbieżność nazwisk, zdaje się, przypadkowa), i reportaż „Na marne” Marty Sapały. Czytam kilka tytułów naraz. Zaczynam i nie kończę. A inne kończę – i czytam od nowa. Jak każdy chyba.


W wersji elektronicznej czy tradycyjnej?


A, to ciekawe pytanie, bo prawie wyłącznie w elektronicznej. Jestem fanem czytnika, w ogóle uwielbiam nowinki elektroniczne i pochłonęło mnie konsumowanie kultury strumienia. Oglądam filmy, słucham muzyki, od roku też czytam w streamingu. I nie przekonuje mnie chór moich znajomych, którzy mówią: „no tak, ale papier, dotyk, zapach…”. Pewnie, że lubię. Ale nie oszukujmy się – tak jak kolekcjonowanie płyt czy filmów w formie fizycznej stało się domeną maniaków, tak książka – cudowny, wspaniały gadżet – dzięki formatom elektronicznym czy strumieniowi zyskuje nowe życie. Bardzo fajne nowe życie.


Znalazłeś się w kapitule projektu „Twarze przyszłości”, na co będziesz zwracał szczególną uwagę przy wskazywaniu wyróżnionych osób? Wybór wcale nie jest przecież taki łatwy.


Jest dużo młodych ludzi zasługujących na miano „Twarz Przyszłości”. No tak, jest ich bardzo wielu… Wybór trudny i nieoczywisty, zwłaszcza, jeśli zdasz sobie sprawę z tego, że kryteria są tak szerokie. Chciałbym móc zauważyć te osoby, które robią swoje – pomimo przeciwności. Które pozostają wierne pewnym pomysłom, nawet jeśli nie przynosi to efektu na krótki dystans. Zauważyć tych, którzy w swoich działaniach są wytrwali i pokazują miastu, że tylko to jest ważne: robienie swojego – w kulturze, sporcie, biznesie. No i oczywiście wiedzą, że to, co robisz – robisz nie tylko dla siebie.