SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Agnieszka Małasiewicz

Wieczór smutnej myśli, którą się tańczy

11 lutego 2026
Udostępnij

Kontrabas łkał, skrzypce wtórowały, akordeon pobrzękiwał melancholijnie, gitara rządziła. Para tancerzy sunęła po scenie jak łyżwa po lodzie. Publiczność podziwiała. Zespół Tango Virtuosi zrobił dzień całej widowni.

middle-628273547_1531921112052635_8436165501034216441_n.jpg

Był środek karnawału – piątek, 6 lutego. Godzina 19.00. Filharmonia Częstochowska. Na plakatach zapowiedź: Tango Virtuosi. W foyer tłum. Przywitała go scena z minimalnym wyposażeniem: cztery krzesełka, tyle samo pulpitów do nut, jeden podnóżek, trochę kabli. W tle grube fałdy oświetlonego na purpurowo pluszu. I cisza.

Pierwszy naruszył ten spokój pan z akordeonem - Michal Červienka. Wyszedł zza kotary, usiadł, zagrał solo, skończył. Wyszła pani z gitarą - Miriam Rodriguez Brüllová. Zagrali razem. Wyszedł brodacz ze skrzypcami - Sándor Jávorkai. Zagrał wspólnie z gitarzystką, akordeon się nie wtrącał. Wyszedł brunet zasłonięty kontrabasem - Roman Patkoló. Też miał duet z gitarą, reszta instrumentów milczała. Ale potem już grała razem. Raczej rzewnie, smutno wręcz. Tak jakoś… mało namiętne były to kompozycje. Do czasu jednak.

W pierwszej części koncertu dostaliśmy bowiem trzy tanga światowej sławy – już wyraziste, z emocjami innymi niż smutek. Pierwsze rozpoznałam od razu – „La cumparsita”. Kto by nie rozpoznał. Drugie natychmiast zabrało moją pamięć do restauracyjnej sali, na środku której Al. Pacino jako niewidomy oficer prowadzi pewnie w tańcu młodziutką Gabrielle Anwar, wykonując „Por una cabeza”. Pamiętacie film „Zapach kobiety”? No to właśnie ta scena. I wreszcie numer trzy – „Adios muchachos” (choć ja osobiście identyfikuję go jako starożytny przebój dancingów „Bo nie zna życia, kto nie służył w marynarce”).

middle-631889109_1531921858719227_7325695724405968235_n.jpg

Przy „dwójce” widzów czekała niespodzianka. Muzycy zaszemrali przygrywkę. Zza kulis wyłoniła się pani w czarnym aksamicie rozciętym na nodze niemal do biodra. Gdzieś w tylnych rzędach podniósł się nagle ktoś (w półmroku nie było widać, kto) grający na skrzypcach. Podniósł i grając podążył ku scenie. Tam przerwał, odłożył instrument i panią w czerni porwał w objęcia.

Był to pierwszy tego wieczoru popis pary tanecznej Viktoria Bolender – Karol Brüll. Widownia od razu się ożywiła. Pan w rzędzie przede mną lornetował scenę starannie, inni, choć bez wspomagania optycznego, również śledzili z uwagą posuwiste kroki, ekspresyjne gibnięcia, skomplikowane zasupłania nóg. - Jakim cudem nie potykają się o siebie nawzajem to nie wiem – szepnęła do męża pani obok.

Już po dwóch tańcach widownia przekonała się naocznie, że tango wymaga skupienia. To nie hopsanie do taktu, automatyczne wykonywanie ustalonej sekwencji kroków i figur, lecz pełna uwagi improwizacja, gdzie reaguje się na każde drgnienie partnera, odpowiadając na jego ruchy.

middle-631462745_1531922025385877_6964542015539861400_n.jpg

Dlatego – co zauważam na marginesie - tak dobrze tańczyło się Jackowi Lemmonowi przebranemu za kobietę i Joemu E. Brownowi w słynnym fragmencie filmu „Pół żartem, pół serio”, choć pierwszy z aktorów był o głowę wyższy, a drugi powtarzał: Daphne, znów prowadzisz.

Po przerwie tancerka zamieniła czarny aksamit na barwną i powiewną spódnicę. Niestety, pokazała się tylko dwukrotnie. No, z kawałkiem, bo jeszcze na sam koniec bisu Viktoria i Karol zakręcili parę kółek. Ale o bisie za chwilę.

Przez część drugą wieczoru przewinęły się jakieś milongi, przeważały jednak utwory spod znaku tango nuevo, czyli kompozycje Astora Piazzoli, plus – na sam koniec – jego Koncert podwójny. Było więc jeszcze poważniej, najsłynniejszy bowiem twórca tanga mieszał je wprawnie z muzyką klasyczną, jak przystało uczniowi słynnej Nadii Boulanger. I w życiu byście nie podejrzewali, jak bardzo rzewnie i romantycznie może brzmieć… kontrabas.

Tak, tak. Tu już nic a nic nie trąciło dancingiem. Publiczność miała jak na dłoni dowód, iż tango pozostaje w istocie smutną myślą, którą się tańczy (cytat z wybitnego poety tanga Enrique Santosa Discepolo przytoczony przez prowadzącą koncert Paulinę Kulę).

middle-629223378_1531921785385901_8484094954196295834_n.jpg

Przy czym widzowie nie poszli do domów w nastroju minorowym. Nic z tych rzeczy. Na wyklaskany przez nich bis wykonawcy wybrali bowiem tango rześkie, pogodne, z mocnym rytmem. Gitarzystka odłożyła swój instrument, ujęła w dłoń mikrofon i przy akompaniamencie kolegów z zespołu zaśpiewała, że jest Marią, kobietą fatalną z Buenos Aires.

Ładne było to wszystko. I nic dziwnego, przecież tango – taniec i muzyka – jest wpisane na prowadzoną przez UNESCO listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości. Choć jeszcze 120 lat temu uważano je za szokująco nieprzyzwoite, brytyjska prasa na samo słowo wzdrygała się dostojnie, papież potępiał, a cesarz niemiecki zabraniał tańczyć nawet arystokratom na dworze. Tylko Paryżanie za nim szaleli - może dlatego, że kiedyś większość swojej arystokracji posłali na latarnie.

Częstochowska publiczność wychodząc z szatni filharmonii chwaliła szczerze, przyznając się: ja najbardziej lubię „Tę ostatnią niedzielę”, a ja „Libertango”, a ja „Tango milonga”. Cóż, moim faworytem pozostaje „Oblivion”. Zwłaszcza w wersji z 2019 roku, tańczonej na lodzie. To było na Mistrzostwach Świata w łyżwiarstwie figurowym, zorganizowanych gdzieś pod Tokio: Gabrielle Papadakis i Guillaume Cizeron jechali, jakby nimi sam Piazzola kierował, a tysiące Japończyków obecnych na miejscu (i ja przed telewizorem) gapiło się z otwartymi w podziwie buziami.

Fot. Agnieszka Małasiewicz

Joanna Skiba - czytaj więcej